Mini recenzje - Broken Sword: The Shadow of the Templars
Broken Sword: The Shadow of the Templars - mini recenzja
 Aegnor, 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Doskonała przygodówka, w sam raz dla graczy stawiających swoje pierwsze kroki w tym gatunku komputerowej rozrywki. Stosunkowo łatwe i intuicyjne zagadki (których rozwiązanie jednak przynosi sporo frajdy i satysfakcji), ciekawe postacie o wyrazistych osobowościach, wciągająca i niegłupia fabuła, dużo przedniego humoru, świetnie rozpisane dialogi i zabawne przemyślenia Stobbarta - wszystko to sprawia, że trudno się oderwać od monitora. Sama oprawa gry też pozostaje bez zarzutu - pyszne, kipiące od barw lokacje, niemal disney'owska, drobiazgowa animacja postaci, klimatyczna muzyka i starannie dobrane głosy postaci czynią z Broken Sword pozycję wyjątkowo odporną na starzenie się. Kto jeszcze nie grał, powinien spróbować koniecznie.



Broken Sword: The Shadow of the Templars - mini recenzja #2
 Davero, 2007
      

Fabuła Broken Sword nie jest ani specjalnie odkrywcza, ani trzymająca w napięciu czy tajemnicza. Jest jednak na tyle udana, że stanowi więcej niż wystarczające uzasadnienie podejmowanych przez bohaterów działań. Miałem jednak wrażenie, że momentami nie może się zdecydować czy jest poważna, czy niepoważna. I to chyba właśnie ta niespójność sprawiała, że trudno było mi się wczuć w grę - patrzyłem na to, co się dzieje z zewnątrz, z pozycji obserwatora, zamiast czuć się młodym Amerykaninem na wakacjach w Paryżu.

Humor nie zawsze jest najwyższego lotu, ale ładnych parę razy szczerze się uśmiechnąłem. Bardzo dużą przyjemność sprawiało mi też samo słuchanie rozmówców - inaczej mówi George, inaczej brytyjska arystokratka, inaczej rosyjski (chyba) naukowiec, inaczej Irlandczycy, inaczej Francuzi... Naprawdę ciekawie to brzmi, a przy tym trudno powstrzymać się od uśmiechu, kiedy słyszy się: "Oh, Żorżiii" :). Żarty prokurowane są dość często przez odwołanie się do stereotypów, te jednak nierzadko wykorzystywane (czy przerysowywane) są w taki sposób, że nie nudzą, ale rzeczywiście bawią.

Liczba zadań do wykonania jest przyzwoita, ich jakość zwykle też. Choć żadna z zagadek nie utkwiła mi tak naprawdę w pamięci, jako ta, której rozwiązanie dałoby mi jakąś szczególną satysfakcję. Standardzik. No, może poza paroma nielicznymi zagadkami o irytującym sposobie rozwiązania.

Gra sprawia wrażenie, jakby chciała połączyć klimat Gabriela Knighta i zabawnych przygodówek LucasArts. Efekt nie wypada jednak tak dobrze, jakby mogli życzyć sobie tego jej twórcy. W żadnym jednak z aspektów nie spada poniżej przyzwoitego poziomu, pozostając tytułem wartym wypróbowania.



Broken Sword: The Shadow of the Templars - mini recenzja #3
 Elum, 2012
      

Broken Sword zaczyna się interesująco. Filmowe intro, chwilę później klimatyczna scena rozgrywająca się w niepozornym zaułku. Przez kilkanaście minut jest prawie jak u Hitchcocka - tzn. zaczyna się od wybuchu (dosłownie!), a potem napięcie powinno rosnąć... No właśnie. Powinno. Ale nie rośnie. Broken Sword wypala się wraz z ostatnim tlącym się odłamkiem ładunku wybuchowego podłożonego w paryskiej kawiarni. I niestety nie dorównuje wcześniejszej przygodówce Revolution Software - Beneath a Steel Sky.

Najpoważniejszy problem Broken Sworda to dość wymuszony humor. Podczas gdy w Beneath a Steel Sky pewne elementy humorystyczne perfekcyjnie współgrały/kontrastowały z zimnym i bezwzględnym światem przyszłości, o tyle w Broken Swordzie żarty najczęściej przeszkadzają. Gra sprawia wrażenie, jakby nie mogła się zdecydować, czy chce być komedią, czy może jednak nie za bardzo. Na dłuższą metę irytuje również muzyka, która niepotrzebnie stara się podkreślić nawet nic nie znaczące sceny/sytuacje. Nie jestem też fanem designu postaci. W cutscenkach wyglądają chwilami jakby ktoś próbował nieudolnie naśladować lub parodiować klasyczne filmy Disney'a. Z drugiej strony, niezwykle staranna, wręcz pedantyczna jest animacja bohaterów. Animowana jest każda, najdrobniejsza nawet wykonywana czynność.

P.S. W 2009 roku ukazała się "zremasterowana" wersja Broken Sworda. Gdybym miał ją ocenić, ocena byłaby o pół gwiazdki niższa. Twórcy zamiast grę zremasterować... zwyczajnie ją oszpecili. Zupełnie niepotrzebnie zmieniony został początek. Wszystkie dodane grafiki i animacje wyglądają bardzo "nisko budżetowo" na tle oryginału. Dlatego jeśli grać... to tylko w oryginalnego Broken Sworda z 1996 roku. Na wersję reżyserską po prostu szkoda czasu.



Broken Sword: The Shadow of the Templars - mini recenzja #4
 Virgo, 2007
      

Niewiele gier tak pięknie się starzeje. Po latach, co prawda, grafika pierwszego Broken Sworda może nieco razić niewielką rozdzielczością, ale nadal wzbudza zachwyt dbałością o szczegóły i ręcznie rysowanymi lokacjami. Jeśli miałbym przyczepić się do jakiegoś elementu oprawy wizualnej, to byłyby to przerywniki filmowe. Wykonane przez doświadczone studio i dzisiaj cieszą oczy, ale cierpią na przypadłość wielu filmów animowanych - kiepskie zachowanie proporcji ciała. Przy zbliżeniach wszystko pięknie, ale niech George pojawi się na dalszym planie, a już z jego twarzą zaczynają się dziać dziwne rzeczy (głównie jej wydłużenie). Za to złego słowa nie mogę powiedzieć o muzyce. Napisana przez brytyjskiego kompozytora, nadal cieszy stonowanymi dźwiękami, które umilają czas spędzony przy grze.

Nie do końca zgadzam się z Davero, jeśli chodzi o przeplatanie humoru z powagą. Jak dla mnie był to celowy i typowy dla Brytyjczyków zabieg, w pełni uzasadniony i spełniający swoje zadanie. Byłoby to może wadą, gdyby vis comica twórców była niewielka lub żadna. Jednak nie, otrzymujemy skrzące się dowcipami dialogi, których z przyjemnością się słucha (zwłaszcza z powodu dbałości o szczegóły takie, jak słownictwo czy akcent postaci). Ze względu na niezbyt wysoki stopień trudności zagadek gra jest świetna dla początkujących, a i bardziej zaawansowani fani przygodówek miło spędzą przy niej czas.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.