Recenzja - Day of the Tentacle
Day of the Tentacle - recenzja
Houdini, 8 grudnia 2006
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ humor
+ historia
+ grafika
+ interface
+ wbudowana Maniac Mansion
Wady:
- specyficzny humor raczej nie dla wszystkich
Krótko:
Jedna z najlepszych gier przygodowych wszechczasów, LucasArts w najwyższej formie.

Firma LucasArts (swego czasu LucasFilm Games) często postrzegana jest jako jeden z najlepszych, a często nawet jako najlepszy producent gier przygodowych. I pomimo że w jej katalogu znajdują się także pozycje słabsze, to trudno się z tą opinią nie zgodzić - w końcu to oni dysponują takimi argumentami jak seria Monkey Island, Sam & Max, Grim Fandango czy rewolucyjna Maniac Mansion. Szczególnie ta ostatnia pozycja odcisnęła swe piętno na całym gatunku przygodówek, zmieniając go nie do poznania (obsługa myszki, płynny przesuw ekranu i przede wszystkim intuicyjny interface SCUMM, który zapoczątkował erę gier point'n'click - ale o tym gdzie indziej). I właśnie następczyni tejże gry będzie bohaterką tej recenzji. Day of the Tentacle ukazała się w połowie roku 1993, gdy LucasArts był już niemal na końcu swej drogi do nieśmiertelności, płodząc grę za grą i wszystkie bez wyjątku genialne. W przeciągu 24 miesięcy wypuścili na rynek cztery pozycje, które wielu graczy ma w ścisłej czołówce listy ulubionych gier przygodowych. Po drugiej części Małpiej Wyspy i nowej historii z Indianą Jonesem, a przed Sam & Maxem na rynek trafia wyczekiwana kontynuacja pierworodnego dziecka Amerykanów - czas macek nareszcie nadszedł (co w kontekście fabuły gry wydaje się trochę przerażające).

Opowiadana historia jest równie pokręcona jak cała gra. Purpurowa Macka w wyniku skosztowania toksycznych odpadów wypływających z laboratorium dr Freda staje się ponadprzeciętnie inteligenta i zła, a po krótkim namyśle postanawia zapanować nad światem i zniewolić ludzką rasę, do czego oczywiście doktor nie zamierza dopuścić - schwytana macka, wraz z Macką Zieloną oczekują w jego laboratorium na śmierć. Zaniepokojona takim stanem rzeczy macka w kolorze nadziei zdołała jeszcze wysłać list z prośbą o pomoc do swojego starego przyjaciela Bernarda Bernoulliego (jedyna grywalna postać z Maniac Mansion powracająca w sequelu), który wraz z dwójką swych przyjaciół (którzy są odgórnie narzuceni - nie możemy ich tym razem wybrać) - wyluzowanym rockmanem Hoagiem i "postrzeloną" studentką medycyny Laverne - wyrusza z misją ratunkową. Uwolnienie macek nie było jednak najlepszym pomysłem - Purpurowy ucieka aby wcielić w życie swój demoniczny plan, a trójka naszych "bohaterów" zostaje w skrajnej desperacji wysłana przez dr Freda w przeszłość, gdzie mają za zadanie wyłączenie wytwarzającego odpady urządzenia, tym samym zapobiegając mutacji Purpurowej Macki. Niestety, cięcia w budżecie sprawiły, iż Chron-O-John nie działał poprawnie i rozdzielił trójkę przyjaciół, każdego kierując do innego punktu na osi czasu - Hoagiego 200 lat w przeszłość, Laverne 200 lat w przyszłość, a Bernard pozostał tam gdzie był (czyli w teraźniejszości). Cała sprawa mocno się skomplikowała i jak zwykle w takich momentach do akcji wkracza gracz - trzeba naprawić maszynę czasu, sprowadzić dwójkę "podróżników w czasie" z powrotem, a na koniec powstrzymać zwariowaną Mackę tym samym ratując świat. Zadanie tylko pozornie łatwe.

Cała intryga świetnie współgra ze zwariowanym klimatem gry, która w niewielkim stopniu przypomina poprzedniczkę sprzed lat pięciu (o czym można przekonać się na własne oczy - w pełni grywalna wersja Maniac Mansion została dodana do Day of the Tentacle - jest zainstalowana na komputerze Weird Eda). Zmiany zaszły na niemal wszystkich możliwych płaszczyznach - grafika, dźwięk, interface, sposób rozgrywki... Ale może po kolei.

W grze wcielimy się w każdego z trójki młodych bohaterów (Bernard, Hoagie, Laverne), ale w odróżnieniu od części poprzedniej nie będą oni działać wspólnie, lecz każdy będzie musiał zająć się problemami w "swojej" wersji szalonego domu (czyli wszyscy działają w tytułowej "Maniac Mansion", ale w innym okresie dziejowym). Autorzy postanowili jednak urozmaicić rozgrywkę i umożliwili pewne interakcje pomiędzy bohaterami - otóż mogą oni przekazywać między sobą większość znalezionych przedmiotów, a to za sprawą wspomnianego Chron-O-Johna. Co więcej, nasze działania w przeszłości mają wpływ na przyszłość, co także przyjdzie nam kilkakrotnie wykorzystać w czasie zabawy. Świetny patent muszę przyznać. Ważne jest także to, iż możemy rozmawiać z napotkanymi postaciami - niby oczywista sprawa, a jednak w "jedynce" było to jeszcze niemożliwe. A będzie z kim pogadać - poza bohaterami znanymi z poprzedniej części (Szalony Ed, Siostra Edna, dr Fred, Zielona Macka), które spotyka Bernard, jest kilka nowych osobowości. Choć może przymiotnik "nowy" nie jest najlepszy - w końcu Benjamin Franklin, George Washington czy Thomas "Tommy" Jefferson nie powinni być dla nikogo anonimowi. Dodając do tego gadającego konia, nie gadającą mumię czy różne odmiany macek zbierzemy całkiem pokaźną i pokręconą menażerię.

Dialogi są bardzo dobrze napisane - możemy wypytywać się o wiele różnych spraw, często dość marginalnych, ale warto wykorzystywać wszystkie opcje - czasami nasi rozmówcy powiedzą coś, co pozwoli trybikom w naszej głowie zaskoczyć i rozwiązać kolejną zagadkę, a czasami wyniknie z tego po prostu jakaś śmieszna sytuacja. Najlepiej wypada zderzenie Hoagiego ze światem poważnych (choć jak widać w grze - nie do końca) mężów, którzy zajmują się takimi sprawami jak spisywanie amerykańskiej konstytucji czy wynajdywanie elektryczności. Lekki stosunek naszego długowłosego bohatera do spraw wszelkich jest doprawdy rozbrajający. Najmniej do gustu przypadł mi rządzony przez Purpurowego świat przyszłości, ale każdy ma swoje upodobania. Zadania, które przyjdzie nam wykonywać należą do tych z gatunku standardowych, ale w dość niestandardowym sosie. Niby zbieranie przedmiotów, odpowiednie ich łączenie z innymi czy też używanie na elementach otoczenia, nie wydaje się być niczym specjalnym, ale charakterystyczne poczucie humoru i podejście do przygodówek twórców z LucasArts trochę te czynności komplikuje. Po prostu nie wszystko wydaje się tu takie oczywiste, a jednak - z drugiej strony - świetnie pasuje do tego zwariowanego, bardzo specyficznego świata (dlatego należy próbować wszystkiego co przyjdzie nam do głowy - nie można zginąć, ani zablokować się). I jest to zarzut dość często kierowany pod adresem LucasArts - ich gry najczęściej mają pewnego ściśle określonego odbiorcę. Ci, którzy lubią ten rodzaj humoru zazwyczaj świetnie się bawią, jednak reszta nie widzi w ich produkcjach nic specjalnego. Ale tak to już jest z dowcipami - Monty Python też nie każdego śmieszy.

Losami bohaterów kierować będziemy dzięki stworzonemu na potrzeby Maniac Mansion, a używanego także w innych grach Amerykanów, systemowi SCUMM w swojej najlepszej postaci, często uważanego za najbardziej optymalny sterownik dla przygodówek. Warto może dodać, że jest on mocno zmodyfikowany w stosunku do części pierwszej (ograniczona do dziewięciu pozycji lista komend, ikonki prezentujące zawartość inwentarza), a do tego pojawił się po raz ostatni - w Sam & Max korzystaliśmy już z nowego interface'u. Na pochwały zasługuje także grafika. Utrzymana w kreskówkowym klimacie, ze specyficznym potraktowaniem perspektywy, w "pozytywnych" kolorach - świetnie pasuje do klimatu gry i doskonale sprawdza się jako jej tło. Także animacja postaci jest na wysokim poziomie. I pomimo że w dzisiejszych czasach niewielu będzie w stanie docenić wizualny aspekt tej historii (choć nadzieję niesie fakt, iż w takie - dość już przecież wiekowe - gry, grają ludzie, dla których grafika nie jest podstawą do ich oceny), to jednak ręcznie wykonane rysunki robią o niebo lepsze wrażenie niż mocno już przestarzałe komputerowe tworki z pierwszej części. Do tego w tle przygrywa nam bardzo przyjemna muzyczka, a dzięki zastosowanemu po raz pierwszy w Monkey Island 2 systemowi iMUSE, jej nastrój zależy od wydarzeń na ekranie. Co więcej, w wersji CD gry możemy posłuchać także mówionych dialogów, co w wydaniu dyskietkowym okrojone zostało jedynie do przerywników.

Pomimo wielu użytych w tej recenzji porównań do Maniac Mansion, gracze, którzy nigdy w tego klasyka nie grali, nie mają się czym martwić przed przystąpieniem do części drugiej - można świetnie się bawić bez znajomości wydarzeń i bohaterów z "jedynki". Choć ta znajomość procentuje - wynajdowanie różnych aluzji i ogólne podziwianie zwariowanej posesji i spotykanie starych znajomych sprawia jeszcze większą frajdę. Day of the Tentacle jest naprawdę niezwykłą grą przygodową. Niemal na pewno spodoba się fanom innych pozycji z katalogu LucasArts. Intuicyjny interfejs, świetny (choć mimo wszystko nie dla każdego) humor i zwariowany nastrój spotęgowany przez charakterystyczną kreskę rysowników tworzą bardzo dobre podłoże dla równie dobrej zabawy. Myślę, że jest to doskonały przykład klasycznej gry przygodowej, bo przecież to gry takie jak ta tworzą historię tego gatunku.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.