Recenzja - Sekret Nautilusa
www.gry-online.pl - wortal rozrywkowy


Sekret Nautilusa
Czaju, 4 grudnia 2003
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ hmm... może, nie... hmm...
Wady:
- brak wierności kasiążkowemu oryginałowi
- nuda
- kiepska oprawa
- dubbing a la Cenega
Krótko:
Juliusz Verne - gdyby żył - poczułby się urażony...

Sekretem Nautilusa jest to, że w ładnym pudełku, efektownie prezentującym się na sklepowej półce, kryje się najbardziej badziewiasta przygodówka wydana u nas w tym roku. Takie sekrety warto odkrywać zanim sięgnie się do portfela...

Głównym bohaterem gry jest nuda... Ekhm, przepraszam, przejęzyczyłem się... A więc bohaterem gry jest naukowiec zaokrętowany na łodzi podwodnej USS Rekin, która pływa po głębinach Atlantyku w poszukiwaniu wraków zatopionych statków. Pewnego razu jej sonary wykrywają metalowy obiekt ogromnych rozmiarów, spoczywający nieruchomo na dnie. "Ha, to na pewno przełomowe odkrycie. Będę sławny!" pomyślał nasz bohater i, wbrew zakazom kapitana, porwał batyskaf, aby dostać się do wnętrza zatopionego 100 lat wcześniej Nautilusa.

Jak ma się gra do książkowego oryginału? Już na samym początku pozbywamy się wszelkich wątpliwości - nijak. Z "20.000 mil podmorskiej żeglugi" zaczerpnięto nazwę łajby i "imię" jej kapitana. Reszta to głupawe wymysły autorów gry, z gadającym systemem bezpieczeństwa Nautilusa na czele. To właśnie z nim (a może z nią, system ma kobiecy głos ;) będziemy się użerać przez całą grę, nasz bohater zostaje bowiem uznany za intruza i musi zostać zlikwidowany.

Zwiedzanie Nautilusa w poszukiwaniu drogi ucieczki jest koszmarnie nudne. Ja wiem, że łodzie podwodne nie są zbyt atrakcyjnym miejscem, ale w tym akurat przypadku winę za nieprzerwane ziewanie podczas gry należy zrzucić na twórców. Ściślej rzecz biorąc - na ich lenistwo i brak inwencji. Po całym okręcie poniewierają się kilogramy notatek, książek i zapisków, których lektura rzeczywiście mogła by nam pomóc w odkryciu tytułowej tajemnicy. Tymczasem podczas gry przeczytamy dwie czy trzy, nic nie znaczące, bełkotliwe notatki i... tyle. W pewnym momencie zacząłem nawet podejrzewać naszego bohatera o to, że kupił swój dyplom archeologa na bazarze, no bo co to za naukowiec, który będąc w laboratorium kapitana Nemo, nie zainteresuje się nawet nad jakimi wynalazkami ów pracował? Tym sposobem zabawa sprowadza się do oglądania lokacji i wykonywania tylko tych czynności, które zbliżają nas do ucieczki z Nautilusa. O zgłębianiu jakichkolwiek tajemnic trzeba zapomnieć...

Fabuła Sekretu Nautilusa, nawiasem mówiąc szczątkowa, jest grubymi nićmi szyta i zwyczajnie nie trzyma się kupy. Widać, że autorzy starali się, żeby coś się w tej grze działo, ale efekt jest mizerny. Wszystkie wydarzenia wydają się być mocno naciągane, a czasami są jawnie pozbawione logiki. Absurdalny jest np. moment, w którym USS Shark zasypuje wrak Nautilusa bombami głębinowymi. Siedziałem jak osłupiały, zastanawiając się dlaczego kapitan, który jeszcze parę minut wcześniej tonem ojcowskiej reprymendy zabraniał mi wycieczki na Nautilusa ("To zbyt niebezpieczne!" - mówił), teraz próbuje mnie zabić :/ Po dziś dzień jego motywacje pozostają dla mnie zagadką...

Właśnie, zagadki. Są standardowe aż do bólu, a jedyna satysfakcja z ich rozwiązania, to świadomość, że oto znowu zrobiliśmy krok w stronę zakończenia tej żałosnej historii. Zdarza się nawet, że rozwiązujemy je na ślepo, nie mając pojęcia co i po co robimy, aż tu nagle - bach - włączyliśmy pompy dostarczające tlen na statek :) W grze w obfitości pojawiają się czasówki, czyli momenty, gdy trzeba działać szybko i zdecydowanie, a ospałość skutkuje zejściem naszego bohatera (na pokładzie Nautilusa zginąć nie trudno). Jedyną na to radą jest częste robienie save'ów i zaciśnięcie zębów na jakimś drewnianym kołku ;)

W warstwie technicznej Sekret Nautilusa również nie ma nic do zaoferowania. No, chyba że ktoś jest amatorem, dajmy na to, irytującego interfejsu - będzie czuć się jak ryba w wodzie. Po wnętrzach statku rozglądamy się przesuwając kursor na brzegi ekranu. Ponieważ na jednym z nich umieszczono plecak z zebranymi przez nas przedmiotami oraz palmtopa (znajdziemy w nim mapy pomieszczeń, różne zapiski, menu itp.), nietrudno się domyślić, że gdy musimy z nich skorzystać, chcąc nie chcąc przesuwamy ekran - to denerwuje. Innym mankamentem są trudności związane z używaniem przedmiotów. Hot spoty nie są wtedy zaznaczone, dlatego gdy chcemy np. powiesić obrazek, gra wymaga obklikania nim całej ściany - to też denerwuje (a wyobraźcie sobie, co się dzieje, gdy nie wiemy co powiesić na ścianie - nigdy nie mamy wtedy pewności czy źle klikamy, czy może klikamy złym przedmiotem).

Oprawa wizualna gry prezentuje poziom sprzed ładnych kilku lat, a dla jej określenia wystarczy jedno słowo - Cryo. Rozwijając temat powiem, że "Cryo" oznacza w tym przypadku: paskudnie rozmazaną grafikę - zasługa leciwego engine'u Omni 3d lub innego, nie wiadomo dlaczego jeszcze używanego tałatajstwa; burą niczym osiedla za Gomułki kolorystykę lokacji; kiepskiej jakości, ale na szczęście króciutkie i nieliczne, przerywniki filmowe. Również oprawę muzyczną Sekretu Nautilusa określić można jednym słowem - "jest". Żeby rozwinąć ten temat musiałbym jeszcze raz zainstalować grę (a do tego nikt i nic mnie nie zmusi), bo podczas rozgrywki na muzykę zupełnie nie zwraca się uwagi. To też o czymś świadczy.

I tradycyjnie ostatni akapit poświęcam lokalizacji gry. Co tu dużo mówić, ludzie z Cenegi po raz kolejny dali ciała. To ich zasługą jest kapitan Nemo mówiący głosem dwudziestolatka (!). Cha cha, że-na-da. W dodatku głos podłożył chyba jakiś student dorabiający w siedzibie Cenegi na portierni, bo tylko tak można wytłumaczyć beznadziejny poziom gry aktorskiej. Jeśli chodzi o jakość samego przekładu, to większych usterek nie zauważyłem. Tekstu w grze jest tak niewiele, że tłumacze nie mieli okazji... rozwinąć skrzydeł ;) O ile lokalizacja Salammbo pozwalała wierzyć, że Cenega wyciągnęła wnioski z poprzednich wpadek, to Sekret Nautilusa utwierdza mnie w przekonaniu, że wszystko zostało po staremu - biada miłośnikom przygodówek w Polsce. A może zanim zostaną wydane Omega Stone czy Amenophis, poskarżymy się The Adventure Company na to, co Cenega robi z ich grami?

Copyright (c) Michał Czajkowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.