Recenzja - Gilbert Goodmate: Fangoryjskie Dziwy
Gilbert Goodmate: Fangoryjskie Dziwy - recenzja
Bartolomeo, 12 lutego 2003
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ ładnie wykonane tła
Wady:
- fabuła
- animacja bohaterów
- muzyka
- nielogiczne zagadki
Krótko:
Ładna grafika nie czyni dobrej przygodówki. Gilbert Goodmate jest tego najlepszym przykładem. Gra nie warta... grzyba ;)

Fundamentem, na którym tworzy się gry przygodowe jest fabuła. Musi być ona na tyle ciekawa, aby gracz po pięciu minutach nie odszedł znudzony od komputera. Klimat, w jakim ma być utrzymana, to kolejny krok do sukcesu. Jedni decydują się na trzymający w napięciu mroczny nastrój, inni stawiają na piękną, kolorową grafikę z dużą dawką dobrego humoru, jak choćby znany wszystkim fanom gatunku (i nie tylko) Broken Sword. Jednak na kolorowej grafice podobieństwo Gilberta Goodmate'a i Broken Sworda się kończy... Już na początku zostajemy uraczeni bardzo słabej jakości intrem i wciągani w równie mało interesującą fabułę...

Phungorią, krainą w której przychodzi nam się "bawić", rządził niegdyś potężny czarnoksiężnik imieniem Karn, którego celem było objęcie władzy nad całym światem. Źle traktowani, przerażeni mieszkańcy nieraz próbowali przeciwstawić się okrutnemu władcy. Silni młodzieńcy wyruszali, aby pokonać tyrana, lecz za każdym razem wyprawy kończyły się niepowodzeniem. Gdy zabrakło śmiałków, na samobójczą misję wysłany został Marvin - młody chłopak wątłej postury ledwie unoszący ciężar zbroi. W trakcie wędrówki do zamczyska, miejsca urzędowania tyrana, zaskoczył go sam Karn. Przestraszony chłopak padając na glebę upuścił miecz i czekał na śmierć. W akcie desperacji zerwał rosnącego nieopodal grzyba i celnie rzucił nim prosto w czarnoksiężnika... ratując w ten sposób krainę i cały świat. Od tamtej pory grzyb stoi w samym centrum miasta. Podczas corocznych festynów wybierana jest osoba, mająca za zadanie ochronę i opiekę nad relikwią. Wszystko odbywało się bez zarzutu, aż do czasu gdy obowiązek ten spadł na dziadka Gilberta Goodmate'a - Abrahama. Podczas codziennej pielęgnacji grzyba Abraham zostaje ogłuszony, a symbol miasta skradziony. Zadaniem Gilberta (i naszym oczywiście) jest odnalezienie złodzieja i grzyba.

Słabą fabułę mógłby uratować jeszcze dobry humor, ale tego jak na lekarstwo. Co kilkanaście nudnych linijek dialogów pojawia się jakiś zabawny tekst, ale wywołać może co najwyżej delikatny uśmieszek na twarzy.

Zagadki można podzielić na dwie kategorie: banalne i nie do rozwiązania. O ile połączenie sześciu dziwnych składników w celu stworzenia super-mega-hiper-ekstra-szybko-schnącego-kleju-plus może wydać się jeszcze logiczne, to robienie sztangi z drucika i kul armatnich sprawia, że przygodę trudno zakończyć nie zaglądając do solucji.

Interfejs, choć prosty, również nie jest pozbawiony błędów. Okno "schowka" wywołujemy naciskając prawy przycisk myszy. Przytrzymując na przedmiocie lewy przycisk ukazuje się nam mrugający, uśmiechnięty, obdarzony rękoma grzybek. I tak przesuwając kursor na oczka możemy przedmiot obejrzeć, na rączki - użyć, a na usta (co ciekawe) porozmawiać z nimi. No cóż, trudno wyobrazić sobie ciekawą konwersację ze skarpetką czy szczoteczką do zębów, o czym i tak za każdym razem przypomina nam Gilbert...

Niewątpliwą zaletą gry są naprawdę ładne, malownicze tła, wyglądające jak żywcem przeniesione ze znanych kreskówek. Cały urok niszczy jednak animacja bohaterów. Już na początku gry, gdy oglądamy przeciągającego się Gilberta, szybko biegniemy po instrukcję sprawdzić czy tempo w jakim to robi (2 fps/sek) to przypadkiem nie wina naszego procesora. Trudno też powiedzieć coś dobrego o muzyce. Zorientowałem się, że w ogóle istnieje dopiero przy zapisie gry, ponieważ podczas gry absolutnie się nie wyróżnia. Głosy użyczone postaciom w sporej większości pasują do ich osobowości.

Niestety, nawet najpiękniej narysowane tła i dobrze dobrane głosy nie są w stanie zamazać złego wrażenia, jakie wywiera już na początku sama fabuła, a potem reszta niedoróbek jakie zawiera gra.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.