Recenzja - Sam & Max: Hit the Road
Sam & Max: Hit the Road - recenzja
Elum, 2 lipca 2003
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ USA w krzywym zwierciadle
+ pierwszorzędne dialogi
+ starannie animowane postacie
+ wyraz twarzy (pyszczka?) Maxa :)
Wady:
- momentami próbuje być śmieszna może trochę na siłę
- Max nie nosi spodni :(
Krótko:
Chcesz się dowiedzieć o czym myśli Max? Musisz koniecznie zagrać w Sam & Max: Hit the Road!

Sam ("a canine shamus") jest psem. Ale nie zwykłym psem, takim jak miliony zwykłych psów wyprowadzanych codziennie na spacery przez swoich właścicieli. Sam jest gadającym psem detektywem, pracującym dla Freelance Police - organizacji, która mówiąc najogólniej, walczy ze złem tego świata. Trudna to praca, ale na szczęście Sam nie jest sam. Sam ma partnera. Jest nim Max ("a hyperkinetic rabbity thing"), również gadający, a przy tym wiecznie szczerzący swoje kły, nadpobudliwy i uwielbiający dręczyć większych, a także mniejszych od siebie, królik... czy coś.

O tej niewątpliwie oryginalnej parze bohaterów świat po raz pierwszy usłyszał kilkanaście lat temu, kiedy to pojawili się oni na łamach komiksu autorstwa Steve'a Purcella. Później był jeszcze kilkunastoodcinkowy serial animowany, który jednak nie odniósł zbyt dużego sukcesu komercyjnego. I pewnie mało kto by już dzisiaj o Samie i Maxie pamiętał, gdyby nie firma LucasArts, która uznała, że przygody tego niecodziennego duetu to świetny materiał na grę komputerową. Tak narodziła się jedna z ciekawszych komedii point & click pierwszej połowy lat 90-tych, produkcja pod nieco przydługim tytułem Sam & Max: Hit the Road.

Fabuła gry jest pokręcona jak umysł szaleńca. Oto bowiem Sam i Max otrzymują zlecenie odnalezienia Bruna (wielkiej stopy) i Trixie (dziewczyny z żyrafią szyją), którzy w tajemniczych okolicznościach zniknęli z namiotu dziwolągów pewnego lunaparku. Uciekli? A może zostali porwani? Aby się tego dowiedzieć, nasi bohaterowie będą musieli przemierzyć kawał Ameryki, docierając do tak przedziwnych miejsc jak Największy Kłębek Wełny na świecie (będący, nawiasem mówiąc, dobrze znaną atrakcją turystyczną), czy też, nieco zmodernizowana na potrzeby bungee jumpingu, góra Rushmore. Cóż, brzmi to co najmniej dziwnie, ale o dziwo całość ma sens i w dodatku na dłuższą metę wciąga niczym dobrej jakości bagno. Wbrew pozorom Hit the Road to jedna z bardziej realistycznych przygodówek LucasArts. To nie jakaśtam fantastyka czy science fiction. To przede wszystkim komedia sensacyjna, w której świat realny został tylko odrobinę powykrzywiany i dopasowany do charakteru wybuchowej pary bohaterów. Gra żartuje z amerykańskich stereotypów, czerpie z klasycznych kryminałów z lat ok. 70-tych. Jedną z najmocniejszych stron Hit the Road są oczywiście pierwszorzędne dialogi. Rozmowy głównych bohaterów, docinki i nierzadko celne riposty Maxa wtrącającego się do prawie każdej rozmowy, wywołują przede wszystkim niekontrolowany uśmiech na twarzy. Rzadziej skłaniają do rozmyślań nad sensem życia... a może nie...

Graficznie Hit the Road bardzo przypomina Day of the Tentacle. Jest to spowodowane pewnie tym, że obie gry powstawały mniej więcej w tym samym czasie, niemal równolegle. Tak więc osoby, które znają Maniac Mansion 2 poczują się jak w domu. Już od pierwszych minut gry towarzyszą nam bowiem te same co w "Dniu Macki", charakterystyczne, nieco powykrzywiane lokacje oraz równie staranne i różnorodne animacje postaci. Warto dodać, że to pierwsza przygodówka LucasArts łącząca 2D z prerenderowanym 3D (elementy 3D nie rzucają sie tu jeszcze w oczy tak bardzo jak w Full Throttle). Graficznie Hit the Road, mimo że pracuje jedynie w rozdzielczości 320x200 i palecie 256 kolorów, potrafi zachwycić. Zresztą podobnie jak oprawa audio oraz głosy postaci (w wersji CD), których jakość, tradycyjnie w przypadku przygodówek LucasArts, stoi na bardzo wysokim poziomie.

A jednak. Przy wszystkich zaletach gry i właściwie braku jakichkolwiek poważniejszych wad, pojawił się pewien drobiazg, który w pamiętnym roku 1993 dla wielu hardcore'owych miłośników gatunku okazał się poważnym problemem. Skazą, choć właściwie nic nie znaczącą rysą na wyśmienitej przygodówce okazał się być... interfejs. Od zarania dziejów, od najdawniejszych czasów, o których z wypiekami na twarzach opowiadają wszyscy dziadkowie, "questy" firmy LucasArts korzystały ze sprawdzonego i kochanego przez graczy, tekstowego interfejsu SCUMM. Czy może być coś piękniejszego od ekranu gry, który w jednej trzeciej zajmuje urocza belka opcji takich jak "Pick Up", "Look At" czy "Use"? Twórcy Hit the Road, wbrew wszelkim prawom logiki, stworzyli nowocześniejszą, ich zdaniem podążającą z duchem czasu, ikonkową mutację tego interfejsu. W ten sposób charakterystyczny kursor w kształcie celownika zmienił się nie do poznania i przyjął formę obrazków ilustrujących poszczególne czynności, natomiast inwentarz stał się "pudełkiem" w lewym dolnym rogu ekranu (nawiasem mówiąc, okno inwentarza przypomina to, które wykorzystane zostało później w The Curse of Monkey Island). Ciekawostką jest nowa ikonka/kursor prezentująca radosną facjatę Maxa, a służąca do, hmmm... używania króliczego towarzysza Sama. Oczywiście tylko wtedy, gdy ma on na to ochotę, bo przyznać trzeba, że nadpobudliwy Max w wielu lokacjach potrafi sobie znaleźć inne, często dużo ciekawsze zajęcia, takie jak na przykład... skakanie. W każdym razie, na całe szczęście, nowy interfejs w żaden sposób nie utrudnia poruszania się po świecie gry i rozwiązywania zagadek.

Cóż, Sam & Max: Hit the Road nie jest może najlepszą przygodówką w historii, nie jest też najlepszą przygodówką LucasArts, ale na pewno jest grą bardzo dobrą, perfekcyjnie wykonaną (jak na możliwości techniczne początku lat 90-tych) i pełną niespodzianek. Dla fanów przygodówek pozycja raczej obowiązkowa. "Raczej", bo osoby które drażni postać Maxa kłapiącego swoimi siekaczami czy maltretującego biedne, niewinne zwierzątka (kotki, na przykład), powinny rozejrzeć się za inną pozycją. Naturalnie również z gatunku gier przygodowych.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.