Recenzja - Simon the Sorcerer
Simon the Sorcerer - recenzja
Elum, 14 listopada 2003
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ przeurocza oprawa graficzna
+ baśniowy klimat
+ dialogi
Wady:
- Simon the Sorcerer 3D ;)
Krótko:
Jedna z bardziej "magicznych" przygodówek pierwszej połowy lat 90-tych.

Simon the Sorcerer zaatakował szybko i znienacka. Tej nieco niepozornej produkcji, będącej debiutem nieznanej w 1993 roku firmy Adventure Soft (jej założyciele tworzyli wcześniej pod szyldem Horror Soft), mało kto się spodziewał. Również dlatego, że gra pojawiła się na rynku w momencie, gdy nasycenie tegoż grami przygodowymi było wysokie, nie było więc powodu, aby ekscytować się każdym, nowym tytułem. Dlaczego więc Simonowi się udało? Dlaczego został tak ciepło przyjęty, zarówno przez graczy, jak i recenzentów? Odpowiedź jest banalnie prosta. Simon the Sorcerer to po prostu kawał piekielnie dobrej przygodówki.

Głównym bohaterem gry jest Simon (NIE Szymek), trochę stylizowany na Guybrusha, na oko dwunastoletni egzemplarz, który pewnego wieczoru, na strychu swojego spokojnego domostwa odkrywa... portal do innego wymiaru. Oczywiście, jak to zwykle z dwunastoletnimi, kompletnie nieodpowiedzialnymi gówniarzami bywa, ani przez moment nie zastanawia się co w tej niecodziennej sytuacji zrobić. Bez chwili wahania, w towarzystwie swojego wiernego pieska, przechodzi na drugą stronę i trafia do przedziwnej krainy...

W chwilę po otrząśnięciu się z szoku, jakim dla przeciętnego dwunastolatka niewątpliwie jest teleportacja, Simon ląduje w małej, opuszczonej chatce. Ze znalezionej w niej dość lakonicznej notki dowiaduje się, że został "wybrany". Musi uratować dobrego maga Calypso z rąk złego (a jakże) czarnoksiężnika Sordida i najprawdopodobniej tym samym ocalić krainę od zagłady. Cóż, postawiony przed faktem dokonanym, nasz heros nie ma właściwie wyboru. Odziany jedynie w twarzową pelerynkę i spiczastą czapeczkę w gwiazdki, zaciskając zęby, rozpoczyna więc największą przygodę swojego dotychczasowego życia.

Może i fabuła Simona do najoryginalniejszych nie należy, jednak ma ona w sobie coś tak sympatycznego, że człowiek kompletnie nie zwraca uwagi na drobne luki w scenariuszu. Zresztą, od całej gry bije jakaś niesamowita, magiczna aura, która przyciąga jak magnes i ani na chwilę nie pozwala oderwać się od komputera. Gdy już zacznie się grać, gra się do rana. Pod wieloma względami Simon the Sorcerer bardzo przypomina też Curse of Enchantia. Twórcom obu produkcji udało się bowiem stworzyć podobną atmosferę wyobcowania, jaka towarzyszy graczowi podczas zabawy. O ile jednak Curse of Enchantia poza atmosferą i ładną grafiką nie ma zbyt wiele do zaoferowania, to Simon the Sorcerer bez wątpienia dorównuje najlepszym produkcjom ze stajni LucasArts i dawnej Sierry.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy już w chwilę po odpaleniu gry, jest interfejs będący prawie doskonałą kopią SCUMM znanego z produkcji LucasArts. No i bardzo dobrze. Po co komplikować życie graczowi, który dopiero co skończył, dajmy na to, Monkey Island 2? Tym bardziej, że interfejs ten fantastycznie sprawdza się w akcji i bardzo ładnie komponuje z ekranem gry.

Trzeba przy tym przyznać, że ma się z czym komponować. Od strony wizualnej Simon the Sorcerer jest bowiem po prostu... przeuroczy. Co więcej, w mojej skromnej opinii grafikom z Adventure Soft udało się stworzyć najpiękniejszy - i chyba zresztą największy - las jaki kiedykolwiek pojawił się w jakiejkolwiek przygodówce (mniej więcej połowa lokacji w grze to właśnie lokacje leśne). Włóczenie się po nim, tam i z powrotem, to doprawdy czysta przyjemność. Naturalnie na przeuroczym lesie świat Simona się nie kończy. W grze przyjdzie nam odwiedzić także wiele innych, równie interesujących lokacji. W 256-kolorowej, rozpikselowanej oprawie graficznej Simona naprawdę można się zakochać.

Ścieżka dźwiękowa, jak na grę z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych przystało, składa się z utworów w formacie MIDI. Prawdę mówiąc początkowo nawet nie zwracałem na nią większej uwagi. Ot, muzyka jak muzyka. Gdy jednak pewnego razu głośniki w moim wiernym Pentium 200 MMX odmówiły posłuszeństwa, zdałem sobie sprawę, że to co zazwyczaj słyszałem podczas gry, było czymś więcej niż tylko anemicznym popiskiwaniem, stukaniem i bzyczeniem. To było jak szum leśnego wiatru, czy odgłosy pracy w kopalni krasnoludów. Muzyka Simon the Sorcerer jest wbrew pozorom niezwykle istotnym elementem, autentycznie wpływającym na atmosferę gry.

Dialogi w grze również są bardzo dobre. Nietrudno zauważyć, że także tutaj twórcy wzorowali się na LucasArts. Specyficzne poczucie humoru powoduje, że człowiek łapczywie pochłania kolejne kwestie dialogowe, zapominając o wszystkich problemach dnia codziennego. Zagadki na szczęście nie są zbyt stresujące. Mimo, że rozwiązanie nie zawsze wydaje się na pierwszy rzut oka oczywiste, w momencie olśnienia raczej nie krzykniemy "co za idiota to wymyślił", tylko "jak mogłem na to wcześniej nie wpaść".

Podsumowując, Simon the Sorcerer to zdecydowanie najciekawsza część serii, która doczekała się jeszcze dwóch odsłon. Około 1995 roku firma Adventure Soft, zachęcona sukcesem komercyjnym części pierwszej, wypuściła sequel gry o podtytule The Lion, the Wizard and the Wardrobe. Niestety gra straciła jedną z największych zalet pierwszej części - z kameralnej i sennej opowieści przeobraziła się w tanią komedię.

A co było potem? Potem miał być Simon the Sorcerer 3, gra nieco bardziej mroczna i poważna, wizualnie przypominająca powstającego mniej więcej w tym samym okresie Discworlda Noir. Niestety firma Adventure Soft, na skutek nacisków ze strony wydawcy (który, nawiasem mówiąc, już dawno zbankrutował), zmuszona została do zawieszenia projektu i rozpoczęcia prac nad nową, tym razem całkowicie trójwymiarową wersją gry. Tak oto, po wielu perypetiach, około roku 2000 powstał i po ponad dwóch latach hibernacji (w latach 2000-2002 gra miała status "cancelled") światło dzienne ujrzał Simon the Sorcerer 3D (w naszym pięknym kraju, z niezrozumiałych dla mnie powodów, wydany jako Szymek Czarodziej). Dlaczego piszę o części trzeciej przy okazji recenzji części pierwszej? Ano po to, żeby oszczędzić Wam, Drodzy Gracze, popełnienia poważnego, życiowego błędu. Jeśli spodobał sie Wam Simon the Sorcerer możecie zagrać w dwójkę. Ale zamiast kupować Simona 3D lepiej te parę groszy zainwestować, na przykład, w zgrzewkę wody mineralnej.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.