Recenzja - Salammbo
Salammbo - recenzja
Czaju, 22 września 2003
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ wciągająca historia
+ fascynujący świat gry (w końcu to Druillet)
+ doskonała muzyka (w końcu do Dvorak)
+ udana lokalizacja
Wady:
- utrudnione poruszanie się po świecie gry
- niemy główny bohater
- straszliwa pikseloza
- zabawy wystarcza zaledwie na dwa wieczory, a zakończenie rozczarowuje
Krótko:
Tak, ta gra ma wiele wspólnego z Cryo. Jeśli ktoś ma alergię na tę nazwę, niech się przełamie, zaciśnie zęby i zagra, bo po prostu warto. Gdy cena Salammbo spadnie, można śmiało grę kupić.

Grając w Salammbo ma się nieodparte wrażenie obcowania ze sztuką. Nic dziwnego skoro za mroczną wizją starożytnej Kartaginy stoi Philippe Druillet, a tło opowieści opartej na jego komiksie tworzy nastrojowa muzyka Dvoraka. Mimo to nazwanie Salammbo dziełem sztuki było by sporą przesadą.

Salammbo jest księżniczką i kapłanką bogini Tanit. Jest piękna, zmysłowa, ubiera się "skromnie" - pewnie dlatego trafiła na pudełko gry. Nam jednak przyjdzie pokierować losami Spendiusza, brzydkiego i mało sympatycznego niewolnika, tytułowa Salammbo jest bowiem postacią zaledwie drugoplanową.
Grę zaczynamy w wilgotnym lochu, a skończymy pod murami Kartaginy, stojąc na czele armii najemników (będziemy dowodzić nią w bitwie!). Mamy więc klasyczną opowieść z gatunku "od zera do bohatera", opowieść wciągającą, z niespodziewanymi zwrotami akcji i zapadającymi w pamięć bohaterami. Szkoda tylko, że historia Spendiusza jest taka krótka! Grę można ukończyć z marszu, w góra dwa wieczory i żadna zagadka nie przeszkodzi nam w szybkim posuwaniu fabuły naprzód.

Chyba najwięcej czasu spędza się na podziwianiu świata stworzonego przez Druilleta. Jego Kartagina z III w p.n.e. przypomina senny koszmar. Domy wyglądają jak zaklęte w kamień potwory, których rozwarte paszcze służą za drzwi. Spotykane postacie zamiast oczu mają szczeliny żarzące się czerwienią rozpalonych węgli, przez co bardziej przypominają demony niż ludzi. Wszędzie panuje półmrok, grobowy nastrój, wilgoć zdaje się przesiąkać przez ekran monitora.
Oprawa graficzna Salammbo jest niezwykle sugestywna. Widać w niej rękę mistrza i niezwykłe wręcz przywiązanie do szczegółu. Wystarczy spojrzeć na misternie zdobioną zbroję pierwszego lepszego żołdaka czy płaskorzeźby na ścianach. Jednak nie ma róży bez kolców i zapewne wielu graczy będzie kłuć w oczy straszliwa pikseloza - wina przestarzałego engine'u graficznego, znanego chociażby z obu części Draculi, który z pewnością pamięta lepsze czasy. To bardzo duży mankament gry.

Jednak wcale nie pikseloza jest największą bolączką Salammbo. Najbardziej daje się we znaki sposób, w jaki poruszamy się po świecie gry. Najkrócej można określić go jako "Mysto-podobny system dezorientacyjny", bo po każdym "kroku" do przodu zastanawiamy się gdzie (do cholery) jesteśmy. Wszystko dlatego, że przeważnie ów "krok" oznacza teleportowanie nas w miejsce oddalone o kilkanaście metrów! Koniec końców błądzimy, rozglądamy się bezradnie wokół i mamy trudności nawet z ustaleniem skąd przyszliśmy.

Na wstępie wspomniałem, że gra w Salammbo to jak obcowanie ze sztuką. Mają w tym swój udział również aktorzy użyczający głosów postaciom. Odegrali oni swoje role w sposób bardzo teatralny. W innej grze z pewnością byłoby to nie do zniesienia, jednak tutaj przesadna dykcja i powolne cedzenie słów przez bohaterów idealnie wpisują się w nastrój gry.
Samych aktorów dobrano z dużym wyczuciem, jednak szukając dziury w całym z pewnością zwolniłbym tego, który zagrał Matho - ponurego dowódcę najemników oblegających Kartaginę. Jego zbyt wysoki głos jakoś nie komponuje się z wyglądem twardziela. Żałuję też, że Spendiusz przez całą grę jest takim milczkiem (jego kwestie widzimy tylko na ekranie), no ale to już wina autorów gry, a nie ekipy lokalizacyjnej. Generalnie, po kompromitujących wpadkach z Post Mortem i Thorgalem, tym razem Cenega stanęła na wysokości zadania, czego efektem jest bardzo przyzwoita, polskojęzyczna wersja Salammbo.

Na pytanie "kupić czy nie kupić?" odpowiadam, że póki co warto się wstrzymać. Gdy tylko cena gry nieco spadnie, gdy zabawę z Runaway będziemy mieli za sobą, a czekać będziemy na drugą Syberię, krótka aczkolwiek ciekawa historia Spendiusza warta będzie uwagi i naszych pieniędzy. To bardzo dobra pozycja na jakiś ponury, zimowy weekend.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.