Recenzja - The Last Express
www.gry-online.pl - wortal rozrywkowy


The Last Express
Davero, 26 września 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ ciekawa historia
+ wciąga i trzyma w napięciu... czas umyka
+ piękne wykonanie
+ doskonała oprawa dźwiękowa
Wady:
- niektóre zdarzenia muszą nastąpić, choć wydaje się, że można by im było zapobiec
- nie najwygodniejsze sterowanie w scenach akcji
Krótko:
Jedna z najwybitniejszych gier w historii gatunku.

Spektakl. Przetrząsając pamięć i rozgarniając stosy zalegających ją słów, trudno było mi wybrać to, które adekwatnie określałoby The Last Express. Ale trafiając na "spektakl" postanowiłem przy nim pozostać. Ostatni Express to bowiem przedsięwzięcie spektakularne tak pod względem techniki realizacji, konstrukcji rozgrywki, kreacji świata przedstawionego, jak i fabuły, w którą angażuje gracza.

Jest rok 1914. Dwudziesty czwarty dzień lipca. Za chwilę wybuchnie I wojna światowa. W powietrzu czuć napięcie, delikatne drżenie nadciągającej erupcji, która przeora tzw. cywilizowany świat, zdmuchnie w niepamięć trzy cesarstwa, nieodwracalnie odmieni życie ludzi Zachodu. W ten niespokojny czas, w niespokojnej Irlandii Robert Cath - lekarz z Ameryki od paru lat mieszkający w Paryżu - napytał sobie biedy trafiając w złe miejsce w nieodpowiednim czasie. Teraz szukają go brytyjska i francuska Policja, z wielką chęcią chwyta się więc propozycji dawno niewidzianego przyjaciela - Tylera Whitneya - aby mu pomóc i towarzyszyć w podróży Orient Expressem do Konstantynopola. Okazuje się jednak, że Tyler nie żyje, a na dodatek był zaplątany w interesy z nader interesującymi postaciami.

Dość szybko okazuje się także, że słynny pociąg to tak naprawdę ówczesny świat w pigułce. Mamy socjalizujących francuskich konduktorów, światowej sławy artystki, rosyjskich anarchistów i urzędników caratu, niemieckich przedsiębiorców i angielskich detektywów, poważnych inżynierów i panny szukające przygód, serbskich bojowników o wolność i kosmopolitycznych arystokratów... nawet Turków z haremem. Nie tylko ich "mamy", obserwujemy, ale i słuchamy. Każdy z nich mówi w swoim języku i jeśli tylko Cath go rozumie, na ekranie ujrzymy odpowiednie napisy po angielsku. A całkiem niezły z niego poliglota więc jedynie Serbów i Turków będziemy słuchać jak na tureckim, nomen omen, kazaniu. Pociąg i jego pasażerowie żyją przy tym własnym życiem, ciągle coś się dzieje i to niezależnie od nas. Tak! Gra toczy się w czasie rzeczywistym - płynie on choćbyśmy siedzieli nieruchomo, wpatrując się w krajobraz za oknem i wsłuchując w hipnotyzujący stukot kół. Oczywiście, jeśli coś zrobimy, nierzadko czas przyspiesza, zazwyczaj też na określoną scenę można trafić przez pewien okres, a nie w tylko konkretnej minucie. Także i same działania, które wykonujemy rękami Roberta, aktywują - jak to zwykle w grach bywa - zaplanowane przez twórców kolejne wydarzenia, odkrywające dalszą część fabuły. Ta nietypowa konstrukcja rozgrywki powoduje, że mimo naprawdę śladowej liczby typowych przygodówkowych zagadek, cały czas jest nad czym myśleć. Co i kiedy zrobić? Żeby dowiedzieć się co się stało z Whitneyem, żeby zręcznie wywinąć się z zaciskającej się pętli rozmaitych interesów i zagrożeń... Stwarza też wrażenie realizmu toczących się wydarzeń, mając niebagatelny wpływ na poczucie zanurzenia w świecie gry.

Nie sądzę, by było wielu graczy, na których realizacja The Last Express nie zrobiłaby wrażenia. Specyficzna, pomysłowa, doskonale wykonana... Świat Orient Expressu obserwujemy oczami bohatera, przy czym prezentowany jest on bądź w formie standardowego prostokąta, bądź też - w korytarzach, przedziałach - na pionowym pasku ekranu stanowiącym ok. 1/3 ekranu. Wąsko jak... w pociągu. Poruszamy się od punktu do punktu, a w miejscach docelowych możemy spojrzeć tylko w tych kierunkach, które przewidzieli twórcy (czyli najczęściej na boki, rzadziej w pionie czy na skos). Oczywiście, pełna swoboda ruchu byłaby przyjemniejsza, ale nie zapominajmy, że gra pochodzi sprzed dziesięciu lat. Orient Express oddano z wielką dbałością o szczegóły i zgodność z rzeczywistym jego wyglądem (twórcy dotarli do prawdopodobnie ostatniego wagonu, który przetrwał obie wojny i zapomniany niszczał sobie na jednej z kolejowych bocznic). Tak, że z pewnością jest na czym oko zawiesić.

A postacie... postacie prezentują się wspaniale! Do ich przeniesienia na komputerowe ekrany użyto techniki rotoskopowej, która - w skrócie i w uproszczeniu - polega na poklatkowym nadaniu zwykłemu materiałowi filmowemu wyglądu filmu animowanego. Widzimy więc podczas gry prawdziwych aktorów, "odrysowanych" niejako do form kreskówkowych. I to nie byle jak. Kreska, kolorystyka, sposób prezentacji zostały dobrane tak, by sprawiać wrażenie malarstwa w stylu art nouveau, popularnego na ów czas kierunku w sztuce (kojarzycie może wizerunki pór roku Alphonsa Muchy?). Kapitalne! Animacja co prawda rzadko jest "pełna" (głównie, gdy postacie chodzą oraz w scenach "akcji") i najczęściej obserwujemy ich ruch w postaci przeskoków od jednych póz do innych, ale i tak nie wygląda ona źle, a na pewno ciekawie. Tak, że gdyby poprawić gdzieniegdzie rozdzielczość, zapewnić postaciom pełną animację w każdej sytuacji i może jeszcze dać bohaterowi możliwość swobodnego rozglądania się, The Last Express mógłby, moim zdaniem, zostać wydany i dziś, budząc wciąż - niemalże 10 lat po premierze - entuzjazm swoim wyglądem u przeciętnego gracza.

Osobną i równie wielką pochwałą należy obdarzyć oprawę dźwiękową gry, w której prym wiedzie doskonale wykonana praca aktorów podkładających głosy. Słychać na każdym kroku, że Alexei Dolnikov nie mówi głosem z trudem znalezionego kolegi grafika, który w szkole podstawowej uczył się rosyjskiego, a Abbott - angielski detektyw... huh, chyba urodził się z kluską w ustach. Oby nie spotkać takiego przy kontroli na lotnisku... Za to August Schmidt, czy francuscy konduktorzy, posługują się (oprócz rzecz jasna swoich rodzimych języków) angielskim w sposób, który powinien zadowolić każdego obcokrajowca (oczywiście po przefiltrowaniu naleciałości z owych rodzimych języków). Co ma do powiedzenia pan Mahkta, pilnujący czterech przedziałów kobiet w czadorach, darujcie, nie wiem. Muzyka nie towarzyszy rozgrywce bez przerwy, ale pojawia się od czasu do czasu. Jest to zrozumiałe, bo przeszkadzałaby ona skupić się na słuchaniu tego, co mają do powiedzenia inni pasażerowie. A rozmowy z nimi, a nawet podsłuchiwanie tego, co mówią bynajmniej nie do nas, jest kluczowe dla powodzenia w grze. Jeśli już jednak The Last Express uraczy nas muzyką, narzekać nie ma na co. A koncert na fortepian i skrzypce, w którym Cath ma okazję uczestniczyć podczas podróży, zapadnie jak sądzę na długo w pamięć nie uczulonych na muzykę klasyczną.

Wspomniane powodzenie w grze nie jest - jak mogłoby się wydawać - sprawą zupełnie jednoznaczną. Zakończeń podróży ostatnim przed rokiem 1932 Orient Expressem może być bowiem kilka. I to bynajmniej nie jedno dobre (dojeżdżamy do Stambułu cało i zdrowo), a reszta zła. Ja trafiłem na trzy można by rzec niezłe dla Catha... Które gracz uzna za satysfakcjonujące - jego decyzja. Ale myślę, że każdy będzie chciał tak czy siak dojechać do Konstantynopola, choćby zobaczyć, jak to się wszystko skończyło (mogło skończyć). Konstrukcja gry w czasie rzeczywistym sprawia też, że niekiedy może okazać się, że czegoś tam nie zrobiliśmy wcześniej, wobec tego w danym momencie nie możemy już nic zdziałać, aby zapobiec rozwiązaniu zupełnie nas niezadawalającemu. Z łatwością można jednak cofnąć czas - na pięknym zegarze stylizowanym na jajo Faberge - i wrócić do momentu, w którym wydaje się nam, że popełniliśmy błąd. W grze nie ma klasycznego systemu save'ów. Jest tylko ów zegar, pozwalający cofnąć się do dowolnego momentu w przeszłości. Kiedy już do niej wrócimy mam trochę czasu, żeby zastanowić się czy chcemy zostać. Kiedy zegarek w prawym dolnym rogu ekranu przestanie pulsować, naprzód skoczyć do przyszłości już nie będzie można.

Emocjonować gracza spróbowali też twórcy przez wplecenie w rozgrywkę kilku scen akcji. Nie są to typowe zadania zręcznościowe, w których należałoby wykazać się małpią zwinnością, ale raczej sytuacje, wymagające zgrania w czasie czynności, którą podjąć ma Cath z tym, co dzieje się na ekranie. Ostatnia, najtrudniejsza walka, sprawiła mi jednak nieco kłopotu. Może nie tyle przez samą swoją trudność, co dość niewygodne - w tym wypadku - sterowanie myszką. Myślę, że gdybym te dwa czy trzy ruchy na krzyż, które może wykonać Robert, mógł aktywować z klawiatury, byłoby po problemie. Nieco też zawiodłem się, przekonując, że niektóre wydarzenia muszą nastąpić, cokolwiek bym robił. Choćby nawet moje działanie, na zdrowy rozum, powinno im zapobiec (trafiłem, żeby być precyzyjnym, na dwie takie sytuacje). Ot, dla przykładu, idę za podejrzanym, przypuszczając, że może on coś zostawić w pewnym miejscu. Ten przechodzi koło niego jakby nigdy nic. Po czym okazuje się, ze ów przedmiot i tak tam się znalazł. Ale w sumie te drobne uwagi krytyczne w najmniejszym stopniu nie psują ogólnego odbioru gry.

Ostatecznie jest The Last Express, moim zdaniem, grą świetną. Przygodówką - mimo niemalże całkowitego braku tradycyjnych zagadek logicznych, czy związanych z używaniem przedmiotów; te zaś które już są, nie powinny sprawiać większej trudności. Cały czas jednak, jak mówiłem, jest o czym myśleć, zastanawiając się co zrobić, żeby osiągnąć cel i właściwie jaki to cel wolelibyśmy osiągnąć. Jest ciekawą, wciągającą opowieścią zrealizowaną w pięknej, dopracowanej scenerii, gdzie nawet gazety z informacjami z tamtego okresu można poczytać. Nieprzeciętnym wreszcie doznaniem estetycznym, niezwykle specyficznym pośród komputerowych produkcji. Serdecznie polecam każdemu, czyich emocji nie budzi jedynie dźwięk serii z karabinu, a miłośników gier fabularnych z miejsca wysyłam z rozkazem udania się na polowanie po aukcjach internetowych. Jeśliby chcieć szukać wzorców dla gier, które miałby się koncentrować na fabule, niczym rozbudowane interaktywne filmy wciągać gracza w świat konstruowanej opowieści, w której może on na dodatek aktywnie uczestniczyć, to The Last Express jest właśnie takim wzorcem. Niczym metr z Sevres.

Copyright (c) Michał Czajkowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.