Recenzja - Tony Tough i Noc Pieczonych śCiem
www.gry-online.pl - wortal rozrywkowy


Tony Tough i Noc Pieczonych śCiem
Elum, 29 maja 2003
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ jak najbardziej klasyczne podejście do tematu
Wady:
- irytujący główny bohater
- skrajnie idiotyczna fabuła
- wymuszony humor w dialogach
Krótko:
Przygodówka na jeden raz. Do zaliczenia i sprzedania na Allegro (nastęnego dnia).

Dwie gry. Tony Tough i Noc Pieczonych śCiem i Gilbert Goodmate: Fangoryjskie Dziwy. Co je łączy? Ano całkiem sporo. Obie posiadają tak samo przydługi i debilny tytuł, tak samo irytujących tytułowych bohaterów, niemal identyczny sterownik, że nie wspomnę o problemach i bardzo długiej drodze, jaką obie produkcje przeszły, zanim wreszcie zostały wydane na ogólnoświatowym rynku (w tym także w Polsce). A co je różni? Gra w Gilberta Goodmate'a nie jest tylko przykrym obowiązkiem recenzenta.

Tony Tough to młody (tzn. czterdziestoparoletni) detektyw z własnym biurem, kapeluszem i prochowcem, który pewnego dnia, prawdopodobnie z braku ciekawszych zajęć, postanawia przeprowadzić śledztwo i w końcu schwytać złodzieja od trzydziestu (?) lat konsekwentnie i tylko w noc święta Halloween kradnącego dzieciom cukierki. Co tu dużo mówić, sprawa zapowiada się niezwykle interesująco. Niestety, już na wstępie nieco się komplikuje, oto bowiem w tajemniczych okolicznościach znika wierny przyjaciel i partner Tony'ego - "pies" (on sam twierdzi, że jest tapirem) o wdzięcznym i dźwięcznym imieniu Pantagruel. Tony oczywiście postanawia go odnaleźć, niejako przy okazji rozwiązując zagadkę znikających cukierków. A jak to zwykle bywa w każdej przyzwoitej dobranocko-wieczorynce, zadanie to wcale nie będzie takie łatwe, a naszego "hiroł" na drodze do upragnionego szczęśliwego zakończenia, spotka wiele niebezpieczeństw i innych głupot. W końcu jak przygoda, to przygoda.

Cóż, może po kilku piwach ta historia nawet i brzmi ciekawie, ale na mnie jakoś nie zrobiła większego wrażenia. W zasadzie nie wiem dlaczego. Wiele jest przecież świetnych przygodówek z równie absurdalną fabułą, dlatego wydawało mi się, że Tony Tough ma szansę przyciągnąć moją uwagę na kilka wieczorów. Niestety produktowi chłopaków z Prograph zabrakło pewnej bardzo istotnej w grach komputerowych cechy - grywalności. O ile na początku nie jest jeszcze tak źle i można się jakoś zmusić do grania, to w momencie wejścia do parku Halloween, w którym przyjdzie nam spędzić około 80 procent czasu gry, zaczyna się robić po prostu nudno. Niby odwiedzamy kolejne lokacje, spotykamy kolejne postacie (spośród których każda stara się być NAJdziwniejsza i NAJzabawniejsza), rozwiązujemy zagadki i tak dalej. Problem w tym, że po pewnym czasie dochodzi do sytuacji, w której właściwie nic już nie jest w stanie nas zaskoczyć (ooo, gadający bałwan). Tony naturalnie wszystkie swoje poczynania próbuje zgrabnie komentować, ale na Boga, jak długo można szwędać się po jakimś durnowatym lunaparku?! Sytuacja ożywia się wprawdzie trochę w połowie gry, kiedy to trafiamy do pewnej starej drewnianej i pozornie bezużytecznej szopy, ale jest to niestety tylko chwilowy przebłysk pomysłowości twórców.

Oprawa Tony Tough prezentuje się przeciętnie. Gdyby okroić nieco ściężkę dźwiękową i zmniejszyć rozdzielczość niezbyt szczegółowych lokacji do 320x200, możnaby ją spokojnie wydać w wersji dyskietkowej. A skoro mowa o ścieżce dźwiękowej, to należy wspomnieć, że muzyka w Tonym Toughu jest. I w ogóle nie drażni. Podobnie jest z dźwiękami i różnego rodzaju odgłosami. Też są i też nie drażnią.

Z kolei zagadki potrafią nieźle dać w kość. Choć nie wszystkie. Można je bowiem podzielić na dwie grupy - dziecinnie łatwe i koszmarnie trudne (na poziomie "hard" jest ich więcej). Gra korzysta również ze sprawdzonego i po raz pierwszy zastosowanego w Full Throttle sterownika ("krążek" z dostępnymi w formie graficznej opcjami), który jest dosyć wygodny i, co najważniejsze, nie utrudnia zabawy.

Żeby nie było wątpliwości, nie uważam, że Tony Tough jest grą (bardzo) kiepską. Po prostu nie podzielam entuzjazmu większości recenzentów, którzy wystawili jej bardzo wysokie oceny, argumentując swoją decyzję posuchą i brakiem ciekawszych (podobnych) pozycji na rynku gier przygodowych. Dla mnie to nie jest żadne wytłumaczenie i tym bardziej powód, żeby każdego - za przeproszeniem - przeciętniaka traktować jak grę roku. Oczywiście, Tony Tough, jeżeli tylko lubi się lunaparki i strawi infantylną fabułę oraz pseudo-LucasArtsowy humor twórców, naprawdę może się spodobać. Jest to przecież jak najbardziej klasyczna i poprawnie wykonana przygodówka. Ja jednak grając w nią cały czas miałem wrażenie, że mam do czynienia z produkcją shareware'ową, zrobioną przez kilku zapalonych miłośników gatunku. Niestety wydaje mi się, że autorzy, mimo dobrych chęci, tak naprawdę chyba nie mieli żadnego konkretnego pomysłu na grę. Chcieli po prostu, wzorując się na produkcjach LucasArts i Sierry, stworzyć klasyczną przygodówkę. Cel swój osiągnęli. I to wystarczy. Sequelowi Tony'ego Tougha mówię stanowcze NIE!

Copyright (c) Michał Czajkowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.