Recenzja - Jack the Ripper
Jack the Ripper - recenzja
Qualis, 28 sierpnia 2009
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ coś z pysznych
XIX-wiecznych klimatów daje się odnaleźć
+ miły scenariusz
+ dobre dialogi
+ irlandzkie pieśni Abi
Wady:
- koszmarna (w sensie jakości!) grafika
- za prosta jak na grę przygodową...
- i za krótka!
Krótko:

Gościowi o przezwisku Jack the Ripper przypisuje się oficjalnie pięć zabójstw prostytutek w Londynie roku 1888. Jack stał się sławny nie dlatego, że zamordował pięć osób (bo któż by się zbytnio przejmował prostytutkami pod koniec XIX wieku?), nie dlatego, że zabijał je brutalnie (bo jak wtedy uważano, brutalność przynależy z natury do pewnych stanów społecznych), nawet nie dlatego, że w części przypadków powycinał swoim ofiarom organy (bo cóż, bieda prowadzi do różnych dziwactw) ale dlatego, iż wyciął je jak na człeka medycznie wykształconego przystało, ze znawstwem i bardzo dokładnie. No i zrobił się problem - nie sądowniczy - lecz społeczny. To, że człowiek wykształcony morduje brutalnie prostytutki, można było przełknąć. Ale to, że człowiek wykształcony (w XIX wieku wykształcenie w 80 procentach oznaczało zamożność i dobre pochodzenie społeczne) tak sfiksował, aby zabawić się w rzeźnicze, upiorne zabawy z ciałami elementów niższych społecznie, to wydawało się niezrozumiałe. I takie pozostało. Chociaż współcześnie nikomu nie przychodzi do głowy uzależniać istnienia zwyrodnienia (lub jego brak) od stanu społecznego. Wtedy sprawy nie wyjaśniono (trudno powiedzieć, iż gorliwie szukano...), unieśmiertelniając ją tym samym i dając pole do popisu autorom książek, scenariuszy, no i gier komputerowych.

Jack the Ripper jest mieszanką gry pseudo-3D, w której obracamy się po lokacji w wyrenderowanym wcześniej jej obrazie. Pewne novum stanowi (znane wcześniej np. z Post Mortem) dodanie postaci ludzkich i niektórych elementów otoczenia (zwykle tych, których można użyć) renderowanych trójwymiarowo w czasie rzeczywistym. Efekt? Żałosny zaiste. Grafika tła (otoczenia) jest nader kiepska, rozmyta, nieżywa, nieładna, nieświeża, nieprzekonująca i na dodatek idiotycznie zgrzytająca w zębach estetyki na widok trójwymiarowych postaci tkwiących głupawo w zamglonych bohomazach trójwymiarowych teł. A Fabuła? Trochę marnieje w poślednim, nużącym towarzystwie oprawy graficznej. Szkoda jej tym bardziej, iż zgrabną panienką jest...

Fabuła opowiada o młodym reporterze, który prowadzi dochodzenie dziennikarskie w sprawie tajemniczych morderstw prostytutek. Jest rok 1901, Nowy Jork - sposób działania, sposób okaleczania ofiar identyczny jak w Londynie roku 1888. Jack the Ripper wrócił? Ha! Jeżeli ktoś nastawia się na krwistą jak niewysmażony befsztyk fabułę, to się srodze zawiedzie. Jedyny krwisty kawał trupa jaki widzimy w grze, to tusza wieprzowa w chłodni... Gra jest bardziej dochodzeniowa, kameralna niż krwawo-horrorowata. Prowadzimy dialogi, wysyłamy depesze alfabetem Morse'a, przebijamy się przez archiwa, myszkujemy po gabinetach lekarskich, wysłuchujemy ślicznych irlandzkich pieśni, piszemy artykuły, włamujemy się, podglądamy, zaglądamy tajemniczo w oczy tajemniczych czarnych ptaszków oraz... walimy głową w bruk na dobranoc. Nie użyłem metafory, nasz bohater wali w glebę co noc, dosłownie z dokładnością zegarka - nie wiem, pewnie chorowity jest czy coś... Ale czy nie mógłby po prostu iść do domu spać? Wszystko to po to, aby móc zastawić finalną pułapkę na zbrodniczego perwerta. W porównaniu z detektywistyczno-dialogowym Post Mortem, Jack the Ripper jest bardziej żwawy, przygodowy, przyjemny i mniej formalny. Zagadki nie są trudne, są ładnie logicznie powiązane, a dialogi bardzo miłe (zasługa doskonałych lektorów).

Nastrój mroczny także można wyłuskać, zwłaszcza grając sobie w nocy - no ale ba! W porównaniu z serią Silent Hill Kubę Rozpruwacza w tym wydaniu można by wziąć za jakąś czytankę dla ultrakatolickich niemowląt. Mimo wszystko, mimo kiepskiej grafiki, mroczny, zimny nastrój jest odczuwalny, jeśli tylko trochę się do gry przyłożyć mentalnie. Współtworzy go doskonała muzyka (a zwłaszcza irlandzkie pieśni Abi) oraz dobry scenariusz. Początek XX wieku tonie jeszcze w fascynującym XIX wieku - wtedy nauka przebijała cielesność człowieka z ciekawością początkujących patologów. Eleganccy wiktoriańscy lekarze przeprowadzali operacje bez znieczulenia w szpitalach dla biedoty, niemieccy lekarze zamykali ludzi w żelazne klatki każąc im uprawiać sex, studenci sztuk pięknych bez żenady odwiedzali prosektoria aby tam uczyć się anatomii. Ciało ludzkie nie było jeszcze dość banalne, aby nie stanowić obiektu pożądania dla nauki, sztuki i perwersji. Coś z tych klimatów przenika do gry. Grzbiety książek w gabinecie lekarskim, za którymi kryją się niewyobrażalne czasem cierpienia dopiero nazywane, dopiero katalogowane, dopiero czekające na udaną terapię, albumy z ilustracjami upozowanych zwłok sięgającymi korzeniami średniowiecza, artyści płacący prostytutkom za udawanie trupów. Bagno, nauka i sztuka. Gra oczywiście nie jest taka rozkoszna i XIX-wieczna, ale ów świat czai się w niej na odległość cienkiej błony wyobraźni. To jest jeszcze XIX wiek w którym psychiatrów zwano alienistami...

Fabuła podsuwa różne tropy - naukowe, artystyczne, kryminalne - by wymknąć się pod koniec. To znaczy, koniec gry nie może być inny niż gracz od początku przypuszcza, bowiem aby zniszczyć legendę w sensie nadania jej nowego smaku, trzeba by o wiele, o wiele większego rozmachu fabularnego. A tak, czas gry obejmuje 12 dni, podzielonych na noc i dzień (plus walnięcie głową w bruk na dobranoc rzecz jasna) co daje w praktyce niecałe dwa dni czasu rzeczywistego (grania). To bardzo, bardzo mało. Na pewno za mało jak na Nową Legendę Kuby Rozpruwacza.

Oceniam Jack The Ripper na trzy gwiazdki. Gra jest za krótka, za prosta, posiada zbyt kiepską grafikę oraz wymaga zbyt wielkiego wkładu własnej wyobraźni, aby zasłużyć na więcej. No cóż, każdy chyba lubi i ceni sobie gry-Dominy, które łapią za przyrodzenie, ściskają je delikatnie acz jednoznacznie i wciągają bez dyskusji w swój świat. Jack The Ripper odwrotnie - wymaga, aby to na niego pochuchać wyobraźnią. Można traktować ją więc jako przegryzkę pomiędzy prawdziwymi przygodówkami. Takie coś na drugie śniadanie, w braku innego intelektualnego pożywienia. Albo coś pośredniego w smaku pomiędzy logicznymi grami w stylu Mysta, a tymi bardziej normalnymi. Lub coś dla osób początkujących. Albo dla nie lubiących długich gier. Albo dla lubiących na dobranoc walić głową w bruk... Za dużo owych "albo", co też świadczy o grze. Nie najlepiej rzecz jasna.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.