Recenzja - The Black Mirror
The Black Mirror - recenzja
Czaju, 7 marca 2005
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ porywająca fabuła
+ ładne i pełne szczegółów lokacje
+ wyważony poziom trudności
Wady:
- kiepska lokalizacja
- toporna animacja postaci
- irytujący (z początku) głos Samuela
Krótko:
Warto zagrać w tą przygodówkę, bo gra się świetnie...

Nie ma ideałów. Jedne są ładne, ale głupie. Inne wręcz przeciwnie, wyglądają nieciekawie, ale obcując z nimi tracimy poczucie czasu. Wszystkie mają wady i zalety; przewaga pierwszych nad drugimi jest oczywiście wskazana, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, żeby miały w sobie to "coś".

Długo, właściwie to od czasu Syberii, czekałem na pojawienie się u nas takiej przygodówki, aż w końcu położyłem łapki na The Black Mirror. Przez kilka kolejnych wieczorów przed komputerem trzymała mnie - i nie puszczała! - historia Samuela Gordona, dziedzica starego angielskiego rodu z tradycjami, od wieków zamieszkującego tytułowy zamek Black Mirror. Po dwunastu latach spędzonych z dala od jego nadgryzionych zębem czasu murów, Samuel wraca, aby uczestniczyć w pogrzebie ukochanego dziadka Williama. Zaraz po nim najchętniej wróciłby do siebie, Black Mirror przywołuje bowiem wiele bolesnych wspomnień, jednak tajemniczy sposób w jaki zginął William nie daje Samuelowi spokoju. Nasz bohater, nie wierząc w policyjną wersję o samobójstwie, postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Naprawdę ciekawie zaczyna się robić, gdy w okolicy Black Mirror odnajdywane są kolejne trupy, a przy każdym z nich jakieś tajemnicze znaki. Na dokładkę Samuel odkrywa, że jego rodzina ma swoje mroczne sekrety, sięgające jeszcze czasów średniowiecza. Koniecznie musisz przekonać się, o co w tym wszystkim chodzi!

Ciekawe jest to, co dzieje się wokół Samuela, on sam nie jest jednak zbyt interesującą postacią. Co tu dużo mówić, za sprawą aktora użyczającego mu głosu, facet jest strasznym sztywniakiem. Szczerze mówiąc początkowo trudno było przejść nad tym do porządku dziennego i sposób w jaki Samuel cedził słowa - powolny, pozbawiony jakiejkolwiek ekspresji, innym razem wręcz płaczliwy - mocno zniechęcał mnie do gry. Na szczęście w późniejszych rozdziałach aktor albo nieco się rozkręcił, albo historia zrobiła się już tak ciekawa, że na tą przypadłość Samuela przestałem zwracać uwagę. Wysłuchiwanie kwestii pozostałych, ważnych dla fabuły bohaterów, nie wymaga już takiego "poświęcenia". Brzmią one całkiem przyzwoicie, choć nie ulega wątpliwości, że aktorzy zatrudnieni przy The Black Mirror na co dzień grają w trzeciej lidze.

Nie można by złego słowa powiedzieć o spotykanych postaciach - jest ich dosyć sporo, wszyscy są wygadani i zapadają w pamięć - gdyby nie były tak tragicznie animowane. Ich ruchy są powooolne i kanciaste. Z pewnością postacie sprawiałyby lepsze wrażenie gdyby były w pełni trójwymiarowe, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić w najnowszych przygodówkach. Na szczęście to jedyne braki w oprawie graficznej. Do sposobu w jaki przedstawione są odwiedzane podczas gry miejsca, nie można mieć już żadnych zastrzeżeń. Posępne i przestronne wnętrza zamku pełne są obrazów, antycznych mebli i poustawianych na nich ozdobnych staroci; w zapuszczonym domku gościnnym zobaczymy odrapane ściany, połamane krzesła i poniewierające się wszędzie klamoty; ogród wokół zamczyska wygląda na naprawdę zaniedbany, a podziemia są naprawdę mroczne i zatęchłe. W dodatku niektóre lokacje pozwiedzamy o różnych porach dnia. Będziemy więc mogli zobaczyć ćmy uganiające się nocą wokół lampy i rzucające wokół ruchliwe cienie, a to, obok ptaków latających nad wieżą zamku czy chlupoczącej w fontannie wody, tylko niektóre z animowanych elementów tła. Wszystkie te szczegóły i szczególiki mają tylko jeden cel - cieszyć oko. I cieszą. Mistrzostwem świata jest jednak wciąż padający, ulewny deszcz. Do tego błyski, trochę złowrogich grzmotów - wszystko to tworzy niezapmniany nastrój.

Poziom trudności zagadek wyważono idealnie, bo pomimo, że nie są jakimś wielkim wyzwaniem, ich rozwiązanie daje sporo satysfakcji. Nie można też narzekać na brak ich różnorodności - jest tu kilka układanek, trochę zagadek polegających na łączeniu przedmiotów, trochę tego i tamtego. Co najważniejsze, wszystkie są logiczne i nie trudno wpaść na pomysł, jak sobie z nimi poradzić. Dzięki temu żadna nie zatrzyma nas zbyt długo w jednym miejscu, co z kolei nie pozwoli stracić z oczu tego co najważniejsze - świetnej fabuły. No dobra, jest jeden niechlubny wyjątek, gdy Samuel staje oko w oko z wygłodniałym wilkiem, którego musi ukatrupić strzałem z rewolweru. Niestety może zdarzyć się tak, że zabraknie mu naboi, bo wystrzelaliśmy je wcześniej. Wtedy jedynie co pozostaje, to rozpocząć zabawę od ostatnio zapisanego stanu gry, bo innego sposobu na zabicie wilka nie ma. Skoro już jesteśmy przy save'owaniu - trzeba to robić często, bo Samuel potrafi niespodziewanie zejść na tamten świat... niestety.

Sporym ułatwieniem przy rozwiązywaniu zagadek jest to, że Samuel nie może podnosić rzeczy, które nie są mu w danym momencie potrzebne. Wprawdzie oszczędza nam to w chwilach zwątpienia wypróbowania wszystkich siedemdziesięciu ośmiu zgromadzonych przedmiotów na stu innych, ale odbywa się kosztem dłuuugich przechadzek (łażenia w The Black Mirror jest tak dużo, że Samuel z pewnością zasłużył na jakąś odznakę turystyczną), w celu sprawdzenia czy przypadkiem nie można już zabrać pogrzebacza, bo mógłby się właśnie przydać w innym miejscu. Jeszcze więcej biegamy między kolejnymi postaciami, sprawdzając czy nie mają przypadkiem czegoś nowego do powiedzenia, albo czy nie pojawiły się już w umówionym wcześniej miejscu. To ostatnie jest szczególnie uciążliwe, bo właściwie nie wiadomo co powoduje, że możemy się już spotkać z daną osobą. Pozostaje jedynie ciągłe zaglądanie w umówione miejsce i sprawdzanie czy to już.

Ale wszystkie wspomniane wyżej usterki to betka przy naprawdę fatalnej lokalizacji gry. Niedbalstwo tłumaczy widać w co drugim zdaniu - a to literówka, a to jakiś błąd gramatyczny - jest tego mnóstwo. Zdarzają się takie kwiatki jak nazwanie lodówki chłodnikiem czy, o zgrozo, pojawianie się napisów nie mających nic wspólnego z tym, co mówi nasza postać (sprawdzając skrzynkę na listy Samuel stwierdza, ze coś w niej jest, po czym wyciąga list; tymczasem napisy twierdzą coś zupełnie przeciwnego - skrzynka jest pusta!). Pomijam już fakt, że tłumaczone kwestie przeważnie wyświetlają się podwójnie, z czego testerom polskiej wersji gry (byli jacyś?) z pewnością trudno byłoby się wytłumaczyć.

A teraz zapomnij o wszystkich niedostatkach The Black Mirror, bo da się je przeboleć, a historię Samuela Gordona naprawdę warto poznać. To najlepsza wydana u nas przygodówka od czasu Syberii, i z pewnością ma w sobie to "coś". Bo cóż innego pozwoliłoby przymknąć oko na jej liczne niedociągnięcia, a nie pozwoliło odstawić gry na dłużej, niż to absolutnie konieczne?


A co sądzą przypadkowi przechodnie...


PRZYPADKOWO SPOTKANY PREZYDENT

Nie będę odpowiadał na żadne pytania. Nie chcę brać udziału w tej awanturze politycznej.
Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.