Recenzja - Discworld
Discworld - recenzja
Elum, 25 lipca 2003
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ fabuła na poziomie oryginału
+ charakterystyczne poczucie humoru
+ efektowna grafika
Wady:
- ogromna ilość drobnych chochlików technicznych
Krótko:
Fantastyczna przygodówka, w pełni oddająca klimat cyklu "Świat Dysku"

Terry Pratchett, urodzony w 1948 roku angielski pisarz fantasy, podobno sprzedał swoją pierwszą powieść mając zaledwie trzynaście lat! Po co o tym piszę? Przede wszystkim dlatego, że Pratchett* jest autorem "Świata Dysku", jednego z najsympatyczniejszych seriali fantasy. Ten przepełniony magią i humorem cykl, opowiadający o losach mieszkańców płaskiego lądu dźwiganego przez cztery ogromne słonie, spoczywające na grzbiecie jeszcze większego, płynącego przez otchłań kosmosu żółwia A'Tuina, podbił serca milionów czytelników na całym świecie. Podobnie jest z grami, które mimo że przygotowane przez mało znane studio Perfect 10 Productions (później - Perfect Entertainment), w swoim czasie narobiły sporo zamieszania na rynku przygodówek.

O fabule Discworlda, pierwszej z serii gier o Świecie Dysku, jej nawiązaniach do twórczości Pratchetta, można by pisać długo. Ponieważ jednak standardowa recenzja powinna zawierać chociaż kilka słów informacji na temat oprawy graficznej, interfejsu i zagadek, a równocześnie nie powinna być zbyt długa**, wspomnę tylko, że Discworld to w zasadzie nic innego jak "Straż! Straż!" z całym Ankh-Morpork, Strażą Miejską Ankh-Morpork (mała rola trzecioplanowa), smokiem i... Rincewindem w roli głównej. Chwileczkę, chwileczkę, Rincewindem?! No cóż, najwidoczniej twórcy uznali, że to właśnie Rincewind najbardziej nadaje się na głównego bohatera ich gry. Zresztą, może nawet był to dobry pomysł. Nikt inny nie ma przecież takiego fajnego... Bagażu.

No właśnie, Bagażu. Biegająca za naszym bohaterem na swoich krótkich nóżkach drewniana skrzynia bez dna (zrobiona z drewna myślącej gruszy), pełniąca rolę inwentarza, wygląda po prostu uroczo. Na całe szczęście twórcy gry nie popełnili największego błędu w swoim życiu i nie zrezygnowali z tej, dobrze znanej z książek Pratchetta, postaci. Dzięki temu Rincewind ze swoją pozwalającą pomieścić co najwyżej cztery przedmioty kieszenią stał się, na tle innych przygodówkowych herosów noszących przy sobie po dwadzieścia drabin i pięć samolotów, postacią bardziej wiarygodną***. No i przede wszystkim zyskał wiernego towarzysza. Bo Bagażowi, mimo że inteligencją nie grzeszy, bliżej jest jednak do typowego przedstawiciela psowatych niż, dajmy na to, przeciętnego stolika. Można by nawet powiedzieć, że ten wielonożny przyjaciel ma w sobie coś z Maxa (tego króliczego - z Hit the Road). Mimo że "bez wahania" rzuciłby się za Rincewindem w ogień, jest równie uparty, złośliwy i niebezpieczny.

Oczywiście Bagaż to nie jedyny niezwykły bohater Discworlda. Oprócz wspomnianej wcześniej Straży Miejskiej Ankh-Morpork w grze możemy spotkać także wielu innych, dobrze znanych miłośnikom prozy Pratchetta, bohaterów. Są to m.in. Śmierć (naturalnie rodzaju męskiego), Gardło Sobie Podrzynam Dibbler, Niania Ogg i cała załoga Niewidocznego Uniwersytetu z bibliotekarzem-orangutanem nie przepadającym za słowem "małpa" włącznie. Wszyscy oni, z doskonale podłożonymi głosami (w wersji CD), brzmią i wyglądają fantastycznie.

Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że w swoich czasach Discworld jakością wykonania po prostu zachwycał. Co więcej, moim zdaniem jest to jedna z najładniejszych, jeśli nie najładniejsza, rysowana przygodówka pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Zarówno tła (wiele z nich w wersji "dziennej" i "nocnej") jak i wygląd postaci, czy nawet takie drobiazgi jak kursor zostawiający za sobą wielokolorowy ślad, są tu bowiem dopracowane do perfekcji i mimo że technicznie oprawa gry jest oczywiście daleko w tyle za współczesnymi produkcjami, obcuje się z nią z prawdziwą przyjemnością.

Trochę gorzej na tym tle wypada niestety muzyka. Wprawdzie utwory są całkiem przyjemne i łatwo wpadają w ucho, ale niestety, jako że są to zaledwie ścieżki MIDI, przy pierwszym odpaleniu gry mogą nieco drażnić swoją archaicznością i dopiero po drugim, trzecim przesłuchaniu zaczynają się podobać. A skoro mowa o muzyce, to należy zwrócić uwagę na pewien dość istotny szczegół. Otóż Discworld ukazał się w dwóch wersjach, dyskietkowej i CD. Naturalną koleją rzeczy nieco poprawiona wersja CD została wydana jakiś czas po premierze wersji dyskietkowej. Niestety, autorzy chyba za bardzo wzięli sobie poprawianie gry do serca (o czym szerzej za chwilę) w związku z czym... nieznacznie spieprzyli jej muzykę. Być może to tylko kwestia gustu, w każdym razie w mojej skromnej opinii brzmienie muzyki w oryginalnej, dyskietkowej wersji Discworlda jest lepsze niż w wersji CD.

A co w końcu z tym poprawianiem? Trzeba przyznać, że twórcy przygotowując wersję CD Discworlda naprawdę mieli co poprawiać, liczba drobnych błędów pojawiających się w dyskietkowej wersji gry jest bowiem przeogromna. Jednak o ile w większości wypadków nie są to jeszcze błędy zbyt dokuczliwe, to niestety trafił się też jeden wyjątkowo wredny, który zaważył na mojej końcowej ocenie gry. Przy odrobinie nieszczęścia (tj. pechowej konfiguracji komputera) błąd ten uniemożliwia przebrnięcie przez jedną z cutscenek w Akcie 2. Niestety jedynym sposobem ominięcia tego problemu jest... zaopatrzenie się w Discworlda w wersji CD. Cóż, wydaje mi się, że patch byłby tu nieco wygodniejszym rozwiązaniem.

Ale to w sumie tylko takie moje nieprzemyślane przemyślenia. Najważniejsze, że Discworld, mimo swoich drobnych, choć niestety licznych, chochlików natury technicznej, jest przygodówką, którą można śmiało wymienić jednym tchem z takimi klasykami jak Lure of the Temptress, Simon the Sorcerer czy wspomniany już wcześniej Sam & Max Hit the Road. Przygodówką, na co należy zwrócić uwagę, trudną. Co jednak nie oznacza, że frustrującą! Trudność gry polega tu raczej na tym, że już praktycznie na starcie otrzymujemy dostęp do większości lokacji gry.

O mały włos zapomniałbym o najważniejszym! Ponieważ Discworld jest prawdziwą kopalnią easter eggów oraz nawiązań do twórczości Pratchetta, przed przystąpieniem do gry warto przeczytać, lub przypomnieć sobie, "Kolor Magii", "Blask Fantastyczny", "Straż! Straż!" i opcjonalnie resztę cyklu "Świat Dysku". Oczywiście i bez tego można Discworlda bez większych zgrzytów ukończyć, jednak przyjemność z gry w takim wypadku spada. O jakieś trzydzieści osiem procent.

* Znany również jako Pratthet, Prachttett, a czasem nawet Praczet.

** Oczywiście takie stwierdzenie jest w stu procentach błędne. Nikt nigdy nie powiedział, że standardowa recenzja nie powinna być zbyt długa.

*** Chociaż, prawdę mówiąc, w Świecie Dysku pewnie nikt nawet nie zwróciłby uwagi na osobnika wyciągającego z kieszeni trzy pociągi towarowe.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.