Recenzja - Phantasmagoria
Phantasmagoria - recenzja
Davero, 5 września 2006
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ prawdziwi aktorzy
+ umiejętnie budowana atmosfera zagrożenia
+ końcówka jest naprawdę emocjonująca (o ile uda ci się szybko ją przebrnąć)
Wady:
- krótka
- niezbyt wymyślne zagadki
- podobnie fabuła
- frustrująca końcówka dla tych, którzy będą się z nią męczyć dłużej
- niechętni grom typu FMV po zagraniu w ten tytuł raczej się nie nawrócą
Krótko:
Lekki horror, kojarzący się z Lovecraftem, przyzwoity i po stronie fabularnej, i zagadkowej. Do smakowitości nieco mu jednak brakuje w obu aspektach.

Ciekaw jestem czy lubicie się bać? Ja raczej nie bardzo. Po prostu kiedy oglądam dobrze zrealizowany film, czy czytam dobrze napisaną książkę, wczuwam się w świat przedstawiony tak mocno, że przez chwilę jest on dla mnie prawie rzeczywistością. Kiedy zatem wyciągnę coś z pudełka z napisem horror czy thriller, nie staję podczas czytania/oglądania obok i nie myślę sobie, hmmm... ciekawe gdzie teraz stoi oświetleniowiec... Nie, przeżywam i mam serce w przełyku. Słabe nerwy; zupełnie nie na dzisiejsze czasy...

Również gry komputerowe mają swoich przedstawicieli zaliczanych do "strasznego gatunku". A ja wróciłem właśnie do jednej z głośniejszych gier tego typu, która jednak pośród recenzentów zbiera zazwyczaj noty słabe lub co najwyżej średnie - do Phantasmagorii. Jakie były moje wrażenia z pierwszego spotkania z nią i co o niej myślę po rewizycie? O tym już za chwilę. Zostańcie z nami... (tu proszę sobie zanucić ulubioną melodię, jako informację o rozpoczęciu przerwy na reklamy i iść zrobić herbatkę/kawkę/kisielek czy co tam jeszcze, żeby było czym usta zwilżyć).

JEST TO KOLEJNA PRZYGODÓWKA ZREALIZOWANA W TECHNICE FMV

Co prawda filmy nie prezentują się tutaj tak okazale, jak ma to miejsce w późniejszych produkcjach, niemniej jednak są wystarczająco dobre, żeby poczuć obecność żywych ludzi podczas gry. Po prostu technologia dostępna PC-towej rozrywce w roku 1995, nie potrafiła uchronić swoich dzieci przed znaną nam chorobą - pikselozą. W większości przypadków nie powinna ona jednak za bardzo przeszkadzać, nawet tym, którzy nie są zapaleńcami starych gier (no, chyba że jedyne czego szukacie w grach to doskonałe odwzorowanie cieni rzucanych przez paznokcie na opuszki palców, co gwarantowane jest przy użyciu HiperShadera 2.5k). Ja chyba raz czy dwa razy się skrzywiłem. Lekko. Postacie aktorów nie są niestety idealnie wkomponowane w tła, na których je umieszczono. Widać, że są jakby z innej bajki. Natomiast samym rysowanym tłom, dopracowaniu lokacji nie mam nic do zarzucenia - wyglądają naprawdę dobrze po dziś dzień.

Oprawa muzyczna zaś jest dobra. Czyli, ani mnie nie porwała, ani nie przeszkadzała. Nie, właściwie było sporo lepiej - dobrze komponowała się z otoczeniem, a chyba o to właśnie w muzyce ilustracyjnej (uzupełniającej obraz) chodzi. Natomiast fragmenty ze śpiewem chóru (niestety właściwie tylko intro i outro) - te już owszem, owszem zapadły mi w pamięć i to całkiem przyjemnym wspomnieniem. Muzyce towarzyszą jeszcze dźwięki otoczenia - trzaskanie drewna w kominku, śpiew ptaków na dworze, odgłos wyłączanego laptopa itp. W sumie zwykle tam, gdzie spodziewamy się coś usłyszeć - słyszymy to.

Tutaj znajdziecie łaciński (z angielskim tłumaczeniem) tekst "Consumite Furore" (utworu z intra) oraz tekst modlitwy wygłaszanej pod koniec gry. Poszczególne języki różnią się brzmieniem, a łacina jakoś szczególnie pasuje do takich klimatów. A trochę z innej beczki - pamiętacie utwór Rammstein w "Zagubionej autostradzie" Lyncha? Tam pojawienie się nagle niemieckiego było dla mnie wielkim zaskoczeniem, ale pasował do sceny niesamowicie.

W OWYM INTRZE WIDZIMY...

...fragment koszmaru naszego alter ego w grze - Adrianne Delaney. Zmyślna realizacja, w której najpierw budzi się ona we śnie, by dopiero po chwili zbudzić się naprawdę. Uspokaja ją czuły mąż - Don. A o poranku przekomarzają się przy kuchennym stole, przypominając sobie nocne wydarzenia.

Wszystko rozpoczyna się więc sielankowo. Po porannej kawie mamy zamiar nacieszyć się ledwie co nabytą rezydencją, buszując po jej zakamarkach. Carnovasch Estate to bowiem budowla stara, ciekawa, mająca swój charakter. Zwłaszcza, że wszystko wygląda tu tak, jak zostawili to dawni mieszkańcy - zostały nawet listy.

Kto jednak przystępuje do gry ze świadomością, że uruchamia Phantasmagorię, ten na pewno spodziewa się, że sielanka nie potrwa długo. I słusznie. Atmosfera grozy jest jednak budowana stopniowo. A to lustro odbija nie to, co widzimy w rzeczywistości, a to znajdujemy na ścianie piwnicy kajdany, a to, gdy przyśniemy podczas chwili odpoczynku, nawiedzi nas kolejny koszmarny sen... W sumie, kiedy grałem za pierwszym razem, muszę przyznać, że z pewną ulgą robiłem sobie przerwy.

Zdarzają się sceny brutalne, od których wrażliwi mogą zechcieć odwrócić wzrok (można też włączyć opcję cenzurowania obrazów na ekranie, ale nie próbowałem, bo nie po to decyduję się grać w taką grę, żeby wyłączać "strachy"; sam mam wbudowaną cenzurę w postaci własnych powiek). Zdarzają się sceny pełne napięcia. Zdarzają się wreszcie takie iście filmowe, podczas których muzyka buduje nastrój "zaraz-coś-się-wydarzy", a tu nagle okazuje się, że czmycha nam z miałkiem spod nóg własny kot. I ty Brutusie... chciałoby się powiedzieć (choć kot wabi się Spezz).

Gra jest opatrzona znakiem "od lat 18". Twórcy pozwolili więc sobie na próbę zastosowania w praktyce maksymy "sex sells". Mamy więc tu dwa filmiki z "momentami". Ale jeśli komuś spodobał się ten drugi, to ja radzę odwiedzić lekarza. Bo wpisuje się on raczej w klimat grozy niż zmysłowych uniesień.

A JEŚLI JUŻ O KOCIE MOWA (NIE JEST CZARNY)...

...miłe podczas gry jest to, że można właśnie pogłaskać sierściucha, rozgarnąć węgle w kominku pogrzebaczem, skubnąć małe co nieco z lodówki, umyć ręce w łazience (tak, można też "andare pipi" jak mówią Włosi, ale Adrianne wyprosi nas wtedy z łazienki. Niestety, masz ochotę na Big Brothera... to się zgłoś do następnej edycji). Czynności te niczemu nie służą, ale budują atmosferę, że my po prostu mieszkamy w tym domu, a nie jesteśmy w nim po to tylko, żeby rozwiązać parę zagadek. Nie chciałbym zdradzać zbyt wiele, ale gra, pod względem dopracowania szczegółów, zasługuje na pochwałę.

Nasza rezydencja leży niedaleko małego miasteczka - Nipawomsett, w którym będziemy mieli okazję załatwiać mniej lub bardziej drobne sprawunki. Nie wiem jak wam, ale mnie ta nazwa zaraz na myśl przywiodła Lovecrafta. Nie jestem miłośnikiem jego prozy więc darujecie gdybym błądził, ale historia z Phantasmagorii ma moim zdaniem cechy upodabniające ją do tych, pióra wspomnianego mistrza klasycznego horroru (choć fani gry dopatrują się jej inspiracji m.in. w "Lśnieniu" S. Kinga). Jest jednak jak na mój gust nazbyt przewidywalna. Od właściwie samego początku co najmniej z grubsza można przewidzieć, jak się potoczy i niewiele kolejnych elementów układanki tak naprawdę zaskakuje. Choć Adrianne dziwi się im niepomiernie. Zresztą właściwie trudno jej się z kolei dziwić - wyobraźcie sobie własną reakcję, w sytuacji, gdyby ktoś wam powiedział, że np. w waszym domku mieszka sobie duch. W każdym razie historia mogłaby być lepsza. No, ale może świadomie była wzorowana na klasycznych fabułach, od których, moim skromnym zdaniem, powiewa nudą (mam nadzieję, że fani nie naślą na mnie Cthulhu, po tym, co powiedziałem, bo wtedy zatęsknię za nudą, oj zatęsknię).

W sumie zwiedzając zakamarki Phantasmagorii bywałem przestraszony, choć nie przerażony. Wydaje mi się więc (biorąc pod uwagę wspomniane słabe nerwy autora), że gra nie jest bardzo straszna. Potwierdzałaby to też moja rewizyta w jej świecie, podczas której tylko kilka razy tętno mi nieco przyspieszyło (ale od niektórych filmików nadal odwracałem wzrok).

NIE MA PRZYGODÓWKI BEZ ZAGADEK

Nie ma ich jednak w Phantasmagorii zatrzęsienia. Gra jest bowiem dość krótka, choć z tym (często podnoszonym zarzutem) też bym nie przesadzał. Przechodzenie gry po raz drugi (kiedy już przecież mniej więcej pamiętałem, co należy zrobić) zajęło mi około 7 godzin. Tak, że z pewnością nie jest tak, że ledwie zasiądziesz do gry, już będziesz musiał wstawać.

Przeszkody, które musi pokonać Adrianne nie wymagają umysłu geniusza - są dość proste. Zdarzają się takie, dla rozwiązania których, trzeba będzie poszukać niewielkich przedmiotów. Aczkolwiek znajdują się one tam, gdzie można się ich spodziewać. Nie nazwałbym więc tego "poszukiwaniem zaginionego piksela". Phantasmagorii zarzuca się też, że rozwiązania niektórych zagadek (głównie jednej z nich) są sztucznie zawężone do jednej opcji, przewidzianej przez twórców. Adrianne tłumaczy nam jednak dlaczego nie chce zrobić tego, co chcielibyśmy zrobić my: "bo się nabrudzi" - i jak dla mnie mieści się to w tym, co nazwałbym "kobiecą logiką". Trzeba znaleźć inny, czystszy sposób. Czasami jednak rzeczywiście narzucona kolejność wykonywania czynności jest dziwna - dlaczego muszę zapalić światło skoro na ekranie całkiem wyraźnie widzę miejsce, które chcę obejrzeć? Zarzucić można też twórcom gry, że w pewnym momencie otrzymujemy możliwość pójścia tam, gdzie dotąd nie mogliśmy, przy czym nic tego nam nie sugeruje. Jak trafimy, to mamy szczęście.

Tak, że gra skupia się raczej na budowaniu atmosfery dźwiękiem, obrazem, filmikami, niż na zajmowaniu gracza myśleniem nad rozwiązywaniem zagadek. Ciekawym (a nawet dziś nie powszechnym) rozwiązaniem jest danie graczowi pewnej, niewielkiej swobody. Przy pierwszej rozgrywce na przykład (jeśli dobrze pamiętam) jedna ze spotykanych w grze postaci - Harriet, wróżyła mi z kart tarota. W drugiej ominąłem ten fragment bez żadnych problemów fabularnych czy innych. Do ostatniego rozdziału możemy też przystąpić z różnymi przedmiotami w ekwipunku. Od jego zawartości zależeć będą czynności, które będziemy musieli wykonać, aby wyjść z całego zamieszania, nie tracąc głowy.

Ten ostatni rozdział może być jednak piętą achillesową całej gry. Jest on bowiem zrealizowany w konwencji interaktywnego filmu, podczas którego masz naprawdę niewiele czasu na podejmowanie kolejnych decyzji. Inaczej giniesz. Co prawda gra przywraca cię automatycznie do miejsca, w którym popełniłeś ostatni błąd, ale... W najlepszym wypadku (jeżeli przed rozpoczęciem ostatniej odsłony zebrałeś wszystkie potrzebne przedmioty) będziesz musiał dokonywać powtórek kilka/kilkanaście razy. To jeszcze nie pozbawi cię zapewne przyjemności z gry, bo końcówka jest emocjonująca. W pozostałych wypadkach, gdy zmuszony jesteś podążać do celu dłuższą drogą, tych powtórek może być... sam nie wiem ile. Kiedy grałem po raz pierwszy po prostu gry nie ukończyłem. Tylko puściłem parę uszami ze złości. Zwłaszcza, że gra automatycznie podmienia ostatni (zresztą w jednym jedynym wolnym slocie, w którym można zapisać stan gry) save i nie możesz wrócić do przeszłości, żeby sobie dozbierać, czego potrzeba na spokojnie.

NIESTETY POTRZEBNA BĘDZIE ZNAJOMOŚĆ ANGIELSKIEGO...

...zarówno do rozwiązania niektórych zagadek, jak i w ogóle do czerpania przyjemności z gry (przez co rozumiem uczestniczenie w opowiadanej historii). W kwestiach mówionych znajdziemy bowiem wskazówki, odnośnie tego, co powinniśmy zrobić. Nie są one jednak niestety opatrzone napisami na ekranie. Same dialogi też nie są zrealizowane doskonale. Towarzyszy im pogłos oraz niekiedy szum, co nie ułatwia zrozumienia wypowiadanych słów. Osoby znające język angielski dość dobrze nie powinny mieć jednak kłopotów ze zrozumieniem, o co chodzi. Szkoda też, że nasze uczestnictwo w rozmowie ogranicza się do kliknięcia na osobie, z którą chcielibyśmy zamienić parę słów. Sam dialog możemy tylko obserwować, nie mogąc decydować, o tym, co powiedzieć ma Adrianne.

Z pracy aktorów, którą widzimy na ekranie można być zadowolonym. Przynajmniej ja byłem. Zaznaczam przy tym, że nie czuję się krytykiem filmowym, co raczej powstrzymuje mnie od wygłaszania kwestii typu: "Tej pani wydawało się, że jest aktorką. Informujemy, że jej się tylko wydawało.", na co pozwoliło sobie jedno z pism recenzujących pewną polską grę. Zatem jeśli aktorzy nie grają w sposób oczywiście nienaturalny, zakładam, że grają dobrze. A jeśli coś mnie dziwi, składam to na karb specyfiki odgrywanej przez daną osobę postaci. Tak się gra przyjemniej, niż skupiając się na wyszukiwaniu potknięć.

Spotkałem się też z zarzutami dotyczącymi głównej bohaterki - że niesympatyczna, że zachowuje się głupio... Człowiek, jak człowiek, każdy jest inny. We mnie nie wzbudziła ani nadzwyczajnej sympatii, ani antypatii. Właściwie to nawet było mi jej żal, a coraz większą niechęć budził główny przeciwnik. Nie uważam natomiast, żeby zachowywała się głupio. Jeśli odniesiecie takie wrażenie, to zwróćcie uwagę, że wszystkie zdarzenia w grze dzieją się w ciągu ledwie kilku dni. Bylibyście w stanie całkowicie zmienić swoje życie w takim czasie? A filmik przed ostatnim rozdziałem (moim zdaniem zresztą najlepszy w całej grze) doskonale rysuje psychologiczne uzasadnienie poczynań Adrianne.

STEROWANIE I INTERFEJS...

...nie powinny nikomu sprawić kłopotów. Poruszamy się po z góry przewidzianych przez programistów ścieżkach. Jeśli gdzieś można pójść, pojawi się strzałka. Jeśli czegoś można użyć natomiast, kursor zmieni kolor na czerwony. Przedmioty z ekwipunku można oglądać z bliska, przeciągając je nad oko w prawym dolnym rogu ekranu. Można je wtedy obracać i próbować znaleźć ewentualne ukryte elementy. Jeśli chcemy użyć przedmiotu klikamy na nim, a następnie powtórnie na miejscu, w którym chcielibyśmy go wykorzystać.

W lewym dolnym rogu ekranu mamy natomiast czaszkę - Hintkeepera (suflera). Jego podpowiedzi mogłyby być, moim zdaniem, bardziej subtelne na początek, a dopiero po kolejnych kliknięciach coraz bardziej oczywiste. Ale cóż... jest jak jest. Gdyby ktoś miał trudności - pomoc ma na wyciągnięcie ręki (może nawet zbyt łatwo dostępną i za bardzo kuszącą). Natomiast samo okno ze światem gry zajmuje nieco ponad połowę ekranu, co w zupełności wystarcza do komfortowego przyglądania się poczynaniom naszej bohaterki. Warto dodać, że filmiki, których nie chcemy oglądać możemy przerwać naciskając ESC lub przycisk przewijania pomiędzy oknami ekwipunku.

Co ciekawe możemy zacząć grę od dowolnego z siedmiu rozdziałów. Rozpoczynając go, mamy w inwentarzu wszystkie przedmioty, których zdobycie było niezbędne, by dotrzeć do danego miejsca. Jednak, poza ewentualnie chęcią powrócenia do niektórych fragmentów gry, nie widzę sensu w korzystaniu z tej opcji.

NA ZAKOŃCZENIE

Jeśli chodzi o ocenę, gra plasuje się, moim zdaniem, między trzema, a trzema i pół gwiazdkami. W miarę zadowoleni powinni być z niej fani klasycznych przygodówek (zwłaszcza z rodzaju FMV), nie powinni zawieść się też miłośnicy pozycji z półki "groza". Reszta, myślę, nie straci za wiele, jeśli poszuka sobie innego przedmiotu rozrywki.


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.