Recenzja - The Riddle of Master Lu
The Riddle of Master Lu - recenzja
Davero, 16 czerwca 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ różnorodne zadania
+ można zrobić także to, co nie doprowadzi do rozwiązania zagadki
+ przyjemna dla oka i ucha realizacja
Wady:
- niekiedy wymaga "polowania na piksele"
- czasem chciałoby się coś zrobić inaczej niż zaplanowali to twórcy
- brak napisów przy dialogach
Krótko:
Rozbudowana opowieść w stylu Indiany Jonesa, z wieloma różnorodnymi, ciekawymi i wymagającymi zagadkami oraz paroma uciążliwościami.

Znacie już Lee Sheldona. Odpowiadał on za fabułę recenzowanej już wcześniej przeze mnie Dark Side of the Moon (pośród ostatnio wydanych produkcji, maczał palce m.in. w I nie było już nikogo). Stoi on również za nieco bardziej znanym wśród fanów przygodówek tytułem - The Riddle of Master Lu. Mając w pamięci estymę jaką internetowe recenzje darzą Ripley's Belive it or Not!, zasiadłem do niej przekonany, że zaraz zagram w świetną grę. I rzeczywiście, pierwszy kontakt nastroił mnie do niej całkiem pozytywnie, dalej jednak było już nieco gorzej. Choć mam wrażenie, że co najmniej częściowo sam jestem temu winien. Po prostu zabrałem się do niej chyba niewystarczająco głodny nowych przygód. Nie pozostało to bez wpływu na głębokość pokładów cierpliwości, do których mógłbym się odwołać. A wiadomo, że przygodówkowicz bez cierpliwości, to jak Rydzyk bez Radia...

Grając w The Riddle of Master Lu trzeba wykazać się sporą spostrzegawczością. W dwóch czy trzech momentach mamy w niej do czynienia z "pixel huntingiem" pełną gębą, w paru innych sporą trudnością będzie nagromadzenie miejsc istotnych dla popchnięcia fabuły naprzód. Powoduje ono, że kierując kursor np. na kran, musimy zauważyć, że tak naprawdę składa się on z kurka, podstawy i wylewki. Jeśli to przeoczymy, może okazać się, że będziemy głowić się, co tu zrobić w błędnym przekonaniu, że przecież użyliśmy już wszystkiego na wszystkim. No i jeszcze trzeba być uważnym przy klikaniu, żeby użyć czegoś dokładnie na wybranym miejscu/przedmiocie. Poza tym zdarza się, że spośród wielu takich samych rzeczy wykorzystać możemy tylko jedną. Znowu zatem fory mają systematyczni, a niecierpliwi mogą mieć kłopoty. Tylko, że czasami nie chce się wszystkich tych przedmiotów dokładnie sprawdzać, zwłaszcza kiedy wiąże się to z przemieszczeniem się, a Mei (towarzyszka naszego alter ego w grze w niektórych jej momentach) snuje się powolnym krokiem, na zaplanowane przez twórców gry miejsce na ekranie i trzeba byłoby to oglądać kilka(naście) razy. Oprócz tej niedogodności, interfejs i współdziałanie z grą nie sprawiało mi większych kłopotów. Ripley też nie jest co prawda sprinterem, ale możemy go prawym klawiszem myszki zmusić do skoku w dal, dzięki któremu ląduje od razu w punkcie docelowym na ekranie.

Czy to znaczy, że zagadki - ta sól każdej przygodówki - są w The Riddle of Master Lu kiepskie? Bynajmniej. Jest ich wcale niemało i są dosyć zróżnicowane. Większość wiąże się z używaniem przedmiotów, w tym również z ich łączeniem ze sobą. Są przy tym i takie, które wymagają użycia wielu przedmiotów na raz, dzięki czemu moglibyśmy zasłużyć sobie na medal z "kombinatoryki", gdyby była ona akurat dyscypliną olimpijską. Bywają też logiczne - o umiarkowanym stopniu trudności. Jest nawet labirynt. Niezbyt trudny, ale dość upierdliwy. Chwała twórcom, że chociaż wracać nim nie musiałem, gdy już dotarłem na miejsce. W sumie zatem z zagadek, na które napotykamy podczas gry można być zadowolonym, choć tak jak mówiłem, cierpliwość nie okazała się podczas tej rozgrywki moją silną stroną i parę razy rzuciłem okiem do solucji.* Zdarzyła się też raz sytuacja, że należało użyć przedmiotu w miejscu nijak nie nazwanym. Było to co prawda miejsce zupełnie logiczne, zważywszy na okoliczności. Niemniej jednak naklikałem się dookoła na wszystkim, przy czym zapalały się nazwy na ekranie, zanim w końcu kliknąłem tam, gdzie teoretycznie nic się nie powinno (biorąc pod uwagę dotychczasową mechanikę gry) wydarzyć. Zdarzały się też sytuacje, w których wiedziałem, co zrobić i miałem pomysł, jak tego dokonać, ale twórcy gry mieli inny i musiałem się biedzić, żeby wpaść właśnie na niego. Aczkolwiek przyznać trzeba, że jest to raczej typowe niż wyjątkowe pośród gier przygodowych.

Rozwiązywanie zagadek w The Riddle of Master Lu jest też o tyle ciekawe, że gra pozwala nam wykonać czynności, które nie prowadzą do celu. To, że uda nam się coś przymocować np. do wspominanego wyżej kranu, nie oznacza wcale, że ma się to tam znaleźć. Możliwych kombinacji jest zatem więcej, niż tylko jedna, prawidłowa (co najmniej jedno zadanie można wykonać też na więcej niż jeden sposób). Niekiedy skutkiem złego wyboru jest śmierć naszego poszukiwacza przygód. W żadnym jednak wypadku, twórcy nie szafują nadmiernie życiem Ripley'a, a odczuwanie rzeczywistego zagrożenia dla kierowanej postaci, powinno tylko dodać grze smaku. W razie przedwczesnego zejścia, gra szybciutko przywróci nas do życia w ostatnim miejscu, gdzie staliśmy jeszcze cali i zdrowi, tak że i pod tym względem umieranie nie powinno być uciążliwe. ;)

Właściwie to nie zapoznałem was jeszcze z głównym bohaterem. Przywitajcie się: czytelnicy - oto Robert Ripley, Robert - przywitaj się z czytelnikami... Dziękuję. Ripley jest poszukiwaczem rozmaitych osobliwości, które wystawia w swoim Odditorium. Interes początkowo idzie kiepsko, dopóki nie znajdziesz wystarczająco wielu ciekawych przedmiotów, które przyciągną do galerii Ripley'a tłumy. Znalezienie ich wszystkich i wysłanie do Nowego Jorku nie jest niezbędne, ale jeśli podczas wojaży po świecie zapomnisz o swoim interesie, Feng Li będzie cię nękał telegramami, aż wreszcie zechcesz go zabić. Podróże w grze prowadzisz za pomocą Posh Offices, znajdujących się w każdym miejscu, do którego chcesz się udać, a tam pracownik, w ramach swoich służbowych obowiązków wręcza ci też ścigające cię po świecie telegramy. Zawsze zatem kiedy wchodziłem do biura (przez 3 gry!) musiałem przeżyć informację, że jest dla mnie wiadomość i oglądnąć jak jest mi podawana, by następnie z narastającą irytacją przerwać zrzędzenie Feng Li niecierpliwym kliknięciem.

Jeśli już mówimy o rozmowach. Każda postać wypowiada swoją kwestię, nie da się jednak niestety dorzucić dźwiękom do towarzystwa napisów. Trzeba zatem polegać na słuchu, co dla niektórych może być kłopotliwe, zważywszy, że wszyscy mówią po angielsku. Po angielsku, ale w różnych częściach świata z wymową charakterystyczną dla danego regionu - bardzo sympatyczny, ciekawy efekt to daje; jakoś tak indywidualizuje postacie, z którymi się spotykamy. Podczas gry trochę się narozmawiamy, ale bez przesady - The Longest Journey to to nie jest. Nie wydaje mi się też, żeby wybór kwestii, które wypowiada Ripley miał jakiś istotny wpływ na to, co się stanie. Od strony technicznej patrząc, czasami głos naszego alter ego nieco dudni, jakby był nagrywany w jakiejś wielkiej hali. W sumie jednak aktorów podkładających głosy słucha się bardzo przyjemnie.

Przyjemnie się też ich ogląda. Postacie występujące w grze są digitalizowane, a do tego nierzadko kiedy coś robimy, otwiera się dodatkowe niewielkie okienko, pokazujące nam zbliżenie istotnego fragmentu ekranu. Możemy się wtedy nacieszyć krótkim filmikiem z aktorami, których animowanymi postaciami poruszamy podczas rozgrywki. Niezwykle przypadł mi do gustu ten pomysł. Jak zwykle powtarzam: im więcej takich elementów możliwie wiernie oddających rzeczywistość, tym bardziej mogę poczuć się "tam" - w świecie gry. Sama animacja postaci pozytywnie mnie zaskoczyła. Pamiętacie miękkie ruchy naszego hero, w Prince of Persia? Otóż i w The Riddle of Master Lu bohaterowie poruszają się naturalnie, aczkolwiek w sposób dość powolny i dystyngowany, czego może nie spodziewalibyśmy się po amerykańskim zawadiace w stylu Indiany Jonesa.

Robert Ripley nie jest jednak, dla odmiany, postacią fikcyjną. Ripley Entertainment Inc. funkcjonuje zresztą po dziś dzień, choć oczywiście pod wodzą spadkobierców inicjatora całego przedsięwzięcia (z jej działalnością możecie zapoznać się TUTAJ. Kariera Ripleya zaczęła się w 1918 roku od komiksowych publikacji gazetowych o rozmaitych dziwnościach i niezwykłościach. Ich popularność zaowocowała rozszerzeniem działalności Ripley'a na radio i telewizję oraz stworzeniem objazdowej wystawy dziwacznych, ciekawych eksponatów - "Odditorium" właśnie (pod hasłem "Belive it or Not!" - stąd alternatywny tytuł gry, który przywołałem we wstępie). Pierwsza stała Galeria Osobliwości powstała niecały rok po śmierci bohatera tej opowieści - w 1940 roku na Florydzie. Do tej pory pozostaje perłą w koronie sieci dziś już prawie trzydziestu Odditorium, rozsianych po 10 krajach świata.

W grze spotykamy Ripley'a po raz pierwszy na pokładzie sterowca, kiedy opowiada swojej partnerce Mei Chen o przygodzie w Egipcie, kiedy to z rąk rzezimieszków wybawiła go mówiąca figura Memnona. Filmowe intro świetnie wprowadza nas w grę, a zaraz po jego zakończeniu stawiani jesteśmy przed koniecznością ratowania życia przyjaciela. Początek - krótko mówiąc - Hitchcockowski. Później co prawda akcja nieco zwalnia, ale fabuła jest całkiem zajmująca, choć do rewelacyjnie opowiedzianej historii, nieco jej jednak, moim zdaniem, brakuje. No, ale czy w filmach o Indianie Jonesie zwracamy uwagę na fabularne mielizny? W każdym razie chodzi o potężny podobno artefakt - wielką pieczęć pierwszego cesarza Chin Shih Chuang Di, pochowaną wraz z nim w grobowcu, którego położenia nikt dziś już nie zna. Być może pewne wskazówki zawierać mogłyby starodawne tablice tytułowego Mistrza Lu, jednakże nikt nie zdołał ich jak na razie odczytać. I właśnie w poszukiwaniu takiego "kamienia z Rosetty" jacyś złoczyńcy napadli na Odditorium Ripley'a niemalże zabijając Feng Li. Domyślasz się kim mogą być, biorąc pod uwagę coraz bardziej mroczne czasy drugiej połowy lat 30-tych XX wieku. Z pewnością nie chcesz, żeby im właśnie wpadł on w ręce. Może skorzystasz z pomocy pewnego ekscentrycznego niemieckiego barona, mieszkającego w pałacu poświęconemu w całości asowi pik... O stosunku opowiedzianej w grze historii do historycznej prawdy autorzy opowiadają nam co nieco w instrukcji do gry, co stanowi naprawdę ciekawy dodatek (aż szkoda, że tak rzadko wykorzystywane są podobne pomysły).

Lokacje, które przyjdzie nam odwiedzić podczas podróży Ripley'a przez cztery kontynenty często nie są ogromne. Wykonane zostały jednak z wielką dbałością o szczegóły i ze smakiem. Dobrze oddają charakter różnych miejsc, w których przyjdzie nam zagościć. Chyba jeszcze żadna 256-kolorowa grafika aż tak mi się nie podobała. Udźwiękowienie też jest niczego sobie - dźwięki są adekwatne do sytuacji i zupełnie miłe dla ucha. Muzyka natomiast towarzyszy nam jedynie od czasu do czasu, włączając się w pewnych tylko momentach, np. przy rozpoczynaniu jakiegoś dialogu. Kiedy ją jednak usłyszymy, powinna wywołać w nas raczej pozytywne emocje. Warto zatrzymać się dłużej w szczególności przy tej, raczącej uszy podczas poruszania się po menu startowym. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek nieuczulony po prostu na to, że coś jest "nienowe" mógł narzekać na techniczną oprawę The Riddle of Master Lu.

W sumie zatem gra nie spełniła w całości nadziei, które w niej pokładałem, ale być może były one po prostu nazbyt rozbuchane i, być może, sam sobie nieco radości z grania odebrałem własną niecierpliwością. Niemniej jednak jestem przekonany, że tytuł ten wart jest polecenia każdemu fanowi przygodówek. Inni gracze - byle znający język angielski - także powinni całkiem dobrze bawić się, grając w The Riddle of Master Lu, mogąc przy okazji spojrzeć na nieco nietypową (okienka z filmikami) technikę realizacji.


* [SPOILER] Ale, jak miałem się domyślić, że mam zabrać z Nowego Jorku żółwia, o którym mowa była o tyle, że lubi go nasz partner w interesach - Feng Li.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.