Recenzja - Dracula: Zmartwychwstanie
Dracula: Zmartwychwstanie - recenzja
Aegnor, 14 maja 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ nastrojowe lokacje
+ technicznie dopracowana
+ gra się bardzo przyjemnie
Wady:
- niezwykle prosta
- niezwykle krótka
- wyludnione lokacje
- muzyki jak na lekarstwo
Krótko:
Przedłużenie książkowych zmagań Jonathana Harkera z Draculą. Bez polotu, ale i bez zgrzytów.

Hrabia Dracula to obok tworu doktora Frankensteina chyba najczęściej ożywiane monstrum w literaturze, filmie i grach komputerowych. Mimo, że krwiopijczą postać Vlada Palownika trudno uznać za szczególnie sympatyczną, to żal się człowiekowi robi gdy wyobrazi sobie ileż to już razy mącono jego mroczny spokój. Tym razem został znowu przywołany do tablicy przez programistów z Wanadoo, studia kontynuującego mało chlubną tradycję Cryo masowego wydawania gier różniących się między sobą w podobnym stopniu jak cytryna i limonka. Wizytówką Cryo stało się też z czasem posługiwanie się sprawdzonymi, ale wtórnymi opowieściami podawanymi w nieświeżym sosie.

Tak jest i w przypadku Wanadoo. Dracula: Zmartwychwstanie beztrosko kontynuuje historię opowiedzianą w książce Brama Stokera, z duża dozą sztuczności dopisując do niej kolejny rozdział. Gra rzuca nas od razu w miejsce zakończenia tamtej opowieści, więc ci, którzy z literackim pierwowzorem się nie zetknęli, mogą czuć się lekko zagubieni. Zasadzka na upiornego hrabiego się powiodła, a Jonathan Harker odzyskał wreszcie swą ukochaną Minę. Twórcy gry nie pozwolili mu jednak długo cieszyć się szczęściem i bez zbędnych ceregieli (oraz większego sensu) wskrzesili upiornego hrabiego. Wywierając swój demoniczny wpływ na Minę, ściąga ją ponownie do Transylwanii. Jonathan po raz kolejny rusza więc w mroźne ostępy Rumunii, by stawić czoła swemu zaprzysięgłemu wrogowi.

Fabuła rozwija się szybko, bo i trudno w grze o wyzwania, które powstrzymałyby nas dłużej w jednym miejscu. Co najważniejsze jednak, jest przy tym całkiem ciekawie i gracz nie powinien się nudzić. Draculę ogląda się jak zgrabny klasyczny horror, który wciąga swoją atmosferą, choć straszenie mu za bardzo nie idzie. Bo jak przestraszyć kogoś płochliwym Draculą, który bohaterowi pozwala bezstresowo się panoszyć w swoich włościach? Twórcy, dopracowując techniczne aspekty tytułu, zapomnieli najwyraźniej o właściwym zbudowaniu dramaturgii rozgrywki. Sztampowy arsenał środków - ruiny, mgła, księżyc w pełni i skrzypiące podłogi - to trochę za mało, żeby wywołać u gracza ciarki. Gra nie zmrozi nas więc przerażeniem, co najwyżej poczujemy kilka razy lekki chłodek. Na dodatek zaserwowano nam wyjątkowo rozczarowujące zakończenie, z premedytacją obliczone na stworzenie kontynuacji. Sprawia ono, że granie w Draculę ma sens dopiero wtedy, gdy druga część czeka już u nas na półce.

Interfejs jest identyczny z tym, jaki widzieliśmy w grze Loch Ness, nawet wygląd kursora się nie zmienił, więc fani przygód Camerona poczują się jak w domu. Niestety, przeniesiono też "przestrzenną galerię" stanów gry, która prezentuje się nieźle, ale w praktyce jest uciążliwa. Także okno ekwipunku jest średnio funkcjonalne - zbyt obszerne (przez większość gry nasz inwentarz zajmuje ćwiartkę dostępnych miejsc) i pozbawione opisu przedmiotów. Poczynania Jonathana śledzimy jego oczami, mając przy tym swobodę rozglądania się. Poruszamy się "przeskakując" pomiędzy kolejnymi punktami węzłowymi, sygnalizowanymi zmianą wyglądu kursora. Jak widać, w sensie technicznym Wanadoo nie pokazało nam niczego nowego.

Podczas naszego pościgu za najsławniejszym wampirem odwiedzimy m.in. starą gospodę, opuszczony cmentarz, podziemia oraz zamek samego hrabiego. W sumie to niewiele, ale gra jest bardzo krótka, więc nie zdążymy poczuć monotonii. Otoczenie wygląda bardzo nastrojowo i estetycznie, głównie za sprawą ciekawych efektów świetlnych. Natomiast rozmieszczenie "punktów węzłowych", pomiędzy którymi się poruszamy, pozostawia wiele do życzenia - łatwo się pogubić albo przegapić istotną lokację.

W przypadku Draculi trudno mówić o stopniu trudności, bo gra w zasadzie przechodzi się sama. Zagadki są uderzająco logiczne, a wskazówki bardzo jednoznaczne. W rezultacie jedyny możliwy problem to przegapienie jakiegoś przedmiotu albo miejsca, gdzie bohater powinien coś pomajstrować. Nieco ambitniej jest pod koniec gry, ale nadal nie znajdziemy tu intelektualnych wyzwań godnych przygodówkowego weterana. Zadowoleni powinni natomiast być początkujący gracze, bo proste zagadki powinny przynieść im sporo satysfakcji i stanowić zachęcający przedsmak wymagających łamigłówek spotykanych w innych grach. Warto dodać, że twórcy oparli się pokusie dodania do gry elementów zręcznościowych, limitów czasowych czy innych zagrożeń dla życia naszego bohatera. Niektórych może to zmartwić, ale większość wielbicieli gatunku taką decyzję przyjęła zapewne z ulgą.

Zaangażowaniu w grę sprzyjają nastrojowe cut-scenki, a tymi twórcy raczą nas często i gęsto. Poziom ich wykonania jest bardziej niż satysfakcjonujący - są obszerne, gustowne i dynamiczne, z ciekawą pracą kamery oraz bardzo "filmowym" operowaniem ostrością. Na szczególne wyrazy uznania zasługują dopracowane i starannie animowane modele postaci. Wprawdzie podziwiać będziemy je w zasadzie tylko podczas filmików przerywnikowych (w samej grze postacie są statyczne), ale tych jest momentami więcej niż samej gry.

Muzyka jest całkiem udana, ale uświadczymy ją tylko w cut-scenkach. Przez resztę gry towarzyszyć nam będą jedynie odgłosy otoczenia, na szczęście bardzo wierne, przejmujące i budujące atmosferę zagrożenia. Równie przyjemnie słucha się postaci - zespół polonizacyjny dobrał im ciekawe głosy mało do tej pory eksploatowanych aktorów (ileż można w końcu słuchać standardowego "sztabu" aktorów CD Projektu?) i potrafił zadbać o wysoki poziom profesjonalizmu w odtwarzaniu poszczególnych kwestii. Denerwować może tylko flegmatyczny i ospały główny bohater, który do zmagań z pradawnym złem podchodzi z ekscytacją właściwą raczej spożywaniu popołudniowej herbaty. Nie wiem, czy to kwestia osobliwego pomysłu na postać, nagrywania kwestii wyrwanych z kontekstu czy po prostu braku zaangażowania. Tym niemniej "technicznie" nadal jest to całkiem porządny dubbing.

Dobre udźwiękowienie polskiej wersji idzie w parze z równie porządnym tłumaczeniem, które jest naturalne i swobodne. Dziwić mogą jedynie francuskojęzyczne drogowskazy w sercu Transylwanii, ale to już "zasługa" twórców, podobnie jak kilka niedorzeczności w dialogach. Wyobraźmy sobie, że na XIX-wiecznej rumuńskiej, religijnej i zabobonnej prowincji, terroryzowanej w dodatku przez upiornego władcę zamku, pojawia się dziwaczny przybysz z drugiego końca Europy (czyli nasz bohater) i od progu częstuje tekstem w rodzaju "Kiedy przewracałem kamienie na waszym cmentarzu, znalazłem coś ciekawego". Taką hienę cmentarną w najlepszym przypadku pogoniono by widłami, a tutaj rozmówca bardzo chętnie pomoże w zidentyfikowaniu znaleziska świętokradcy.

Trudno wystawić Draculi pełną pochwał laurkę, bo gra zwyczajnie na nią nie zasługuje. Jest wtórna, banalnie prosta i skandalicznie krótka, a cyniczne zagranie z nie wyjaśniającym nic zakończeniem budzi lekki niesmak. Z drugiej strony, tytuł jest technicznie dopracowany, a chwile (a w zasadzie "chwilę") przy nim spędzone wspomina się bardzo przyjemnie. Podsumowując wypada więc stwierdzić, że Zmartwychwstanie to idealna gra dla początkujących - lekka, łatwa i przyjemna. Bardziej doświadczeni gracze "zaliczą" ją w jeden wieczór i bez sentymentu odłożą na półkę.


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.