Recenzja - The Secret of Monkey Island
The Secret of Monkey Island - recenzja
Tex Murphy, 27 listopada 2004
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ długo by wymieniać
Wady:
- nic nie przychodzi do głowy
Krótko:
Tak naprawdę to od przygód Guybrusha wszystko się zaczęło...

Po raz pierwszy z Guybrushem Threepwoodem spotkałem się jakieś 9-10 lat temu. Byłem wtedy jednak jeszcze całkiem początkującym graczem i w ogóle nie wyobrażałem sobie, by można było przechodzić przygodówki bez solucji. Dlatego tak naprawdę dopiero dziś mogę w pełni delektować się tą grą o której wiem już jedno - o ile do tej pory zawsze powtarzałem, że najlepsze (według mnie) gry przygodowe w dziejach, to Grim Fandango i Little Big Adventure 2, to od dzisiaj dodaję do tej dwójki również The Secret of Monkey Island. Ze spokojnym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to gra genialna, doskonała, zasługująca na maksymalną z możliwych ocenę.

Zachwyciłem się tą grą dzisiaj, więc mogę sobie wyobrazić jakie wrażenia musiały towarzyszyć graczom, gdy mieli okazję spotkać się z nią po raz pierwszy w 1990 r. To była prawdziwa rewolucja. W porównianiu do innych produkcji z tamtego okresu The Secret of Monkey Island stworzyła zupełnie nową jakość. Przede wszystkim ludzie z LucasFilm Games doszli do niezwykle "odkrywczego" wniosku, że gry komputerowe są po to, by bawić, a nie frustrować. Na tle innych ówczesnych przygodówek, zwłaszcza tych spod znaku niezwykle skądinąd zasłużonej dla tego gatunku Sierry, w których dla własnego dobra należało save'ować grę co parę minut, gdyż co krok można było zginąć, a co gorsza niezwykle często zdarzało się, że przeoczenie jakiejś drobnej czynności we wczesniejszej fazie gry skutkowało brakiem możliwości jej ukończenia, co okazywało się dopiero zwykle dużo później, gra LucasFilm była niesamowicie - jak byśmy to dzisiaj powiedzieli - "user-friendly". Nie można w niej było ani zginąć, ani wykonać jakiejś nieodwracalnej czynności, a dzięki temu bez niepotrzebnego stresu można było w pełni skupić się na fabule i rozwiązywaniu zagadek. Takie podejście do gier przygodowych stało się później zresztą znakiem firmowym LucasArts i zostało po pewnym czasie w znacznym stopniu przyjęte także przez innych producentów. Ponadto SoMI to kolejna gra, w której zastosowano wymyślony przez LucasFilm rewulucyjny interfejs SCUMM, tym razem udoskonalony w stosunku do wcześniejszych produkcji. Nie wnikając w szczegóły, była to po prostu technologia point'n'click, a więc coś, co dla graczy o krótszym stażu jest właściwie normą, jednak wówczas w porównaniu z interfejsem Sierry, zmuszającym gracza do wpisywania komend z klawiatury, SCUMM stanowił w dziedzinie wygody obsługi skok o jakieś kilka lat świetlnych w przyszłość.

Jednak o wyjątkowości The Secret of Monkey Island świadczą nie tylko szczegóły techniczne. One zaledwie ułatwiają i uprzyjemniają grę we wspaniałym świecie karaibskiej wyspy Melee (i Małpiej). Gra przede wszystkim oferuje fantastyczą przygodę, w której naprawdę wszystko jest rewelacyjne - tak interesująca "awanturnicza" fabuła, jak i kapitalny, niewymuszony humor, który wprost kipi z ekranu, a wyraża się w mistrzowskich dialogach, oraz świetnie nakreślonych, charakterystycznych postaciach. Tu już nie chodzi tylko o "pierwszoplanowe role" Guybrusha Threepwooda i "żywego inaczej" pirata LeChucka, ale i o szereg postaci drugiego planu takich jak MeatHook, Stan, kanibale z Małpiej Wyspy, Herman Toothrot i nade wszystko Panią Gubernator Elaine Marley, przy której Lara Croft może się schować. Ogromnie podoba mi się także sposób prowadzenia akcji gry, podzielonej na 4 "rozdziały", wyraźnie od siebie oddzielone (w tym także pierwszy Monkey Island był prekursorem). No i wreszcie to, co w przygodówkach ma szczególnie ważne znaczenie - a więc zagadki. Takie, jakie być powinny - trudne, ale nie do przesady, pomysłowe i interesujące i takie, których rozwiązywanie sprawia prawdziwą satysfakcję. Gdy do tego dodamy całkiem ładną grafikę, niezbyt może efektowną ale bardzo klimatyczną, oraz muzykę, która co prawda pojawia się rzadko, jednak gdy już się pojawia, to jest to - mam na myśli temat przewodni - perełka, która spokojnie znalazłaby swoje miejsce na liście 10 najlepszych melodii gier komputerowych wszechczasów (biorąc pod uwagę wszystkie gry, nie tylko przygodowe), to czy trzeba chcieć czegoś więcej?

Niedawno spotkałem się gdzieś z pewnym pytaniem, będącym jednocześnie próbą odpowiedzi na narzekania dotyczące faktu, że dziś gry nie są już tak dobre jak kiedyś. Pytanie owo brzmiało: "Ale czy można zrobić przygodówkę lepszą niż The Secret of Monkey Island?" Dziś już w pełni rozumiem, że było to pytanie retoryczne. Nie można. Ale wszyscy autorzy gier przygodowych powinni robić wszystko, aby choć zbliżyć się do jej poziomu.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.