Recenzja - Blair Witch Volume III: The Elly Kedward Tale
Blair Witch Volume III: The Elly Kedward Tale - recenzja
Little Horror, 7 marca 2004
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ dopracowanie (tylko częściowo)
+ dobra oprawa dźwiękowa
+ wyjaśnienie legendy u jej źródeł
Wady:
- idiotyczne pomysły autorów
- brak klimatu grozy
- raczej nudna
Krótko:

W trzeciej odsłonie opowieści o wiedźmie z Blair dotrzemy do samego źródła legendy. Cofamy się aż do roku 1786, gdy mieszkańcy Blair w popłochu opuszczają miasteczko z powodu klątwy Elly Kedward. Kobieta rok wcześniej została skazana za uprawianie czarnej magii, po tym jak kilkoro dzieci przyznało się, iż wiedźma zapraszała je do swej chaty i piła ich krew. Kedward wywieziono w zimie w głąb lasu, przywiązano do drzewa i pozostawiono na pewną śmierć. Jednak niecały rok po tym zdarzeniu z osady zaczęły ginąć dzieci. Panika sprawiła, że osada opustoszała aż do roku 1824, kiedy to zasiedlono ją ponownie i zmieniono nazwę na Burkittsvile.

Nasz bohater nazywa się Jonathan Prye. Jest łowcą czarownic, który utracił wiarę w Boga. Zwabiony dziwnymi pogłoskami dochodzącymi z Blair przybywa na miejsce, aby odkryć prawdę o wiedźmie i jednocześnie odnaleźć zagubioną wiarę. Gdy przybywa do osady, ta jest już w zasadzie opustoszała. Pozostali w niej jedynie ksiądz, sędzia i dwójka więźniów - miejscowy pijaczek opowiadający niestworzone opowieści, oraz Elisabeth Styler, kobieta oskarżona o czarostwo.

Wszystkie części Blair Witch biegają na tym samym silniku, więc nad grafiką nie ma co się rozwodzić - trzyma poziom poprzednich produkcji. Wydaje się być najbardziej dopracowana, ale posiada też kilka felerów. Niektóre postacie są wręcz karykaturalnie przedstawione (np. sędzia i ksiądz), szczytem tego są komiksowe obrazki podczas ładowania. Z kolei nasz bohater podczas biegu porusza się krokiem kmiota, któremu utknęło coś w dupie, co sprawia komiczne wrażenie. Gra światłocieni, która tak poruszała w części pierwszej, tu znajduje się w atrofii. W dodatku lampa noszona przez Jonathana, która powinna być zaledwie promyczkiem rozświetlającym mroki, wali po oczach jak lampa halogenowa. Ciemnych zakamarków w grze po prostu nie ma. Muzyka, która występowała w Rustin Parr ilościach śladowych (radio, szafa grająca), a w The Legend of Coffin Rock nie występowała wcale, tutaj tworzy całą otoczkę. Słucha się jej całkiem przyjemnie, choć nie jest to coś, co będziemy wspominać na drugi dzień po rozgrywce.

Sama gra rozpoczyna się bardzo przyjemnie, ale im dalej, tym gorzej. Historia zaczyna przypominać opowieści marynarza po trzeciej butelce grogu, a pomysły autorów na urozmaicenie rozgrywki są najnormalniej w świecie denerwujące. Tak wdzięczna postać, jak XIX-sto wiecznego łowcy czarownic, została nakreślona w mało wyrazisty, a wręcz niedbały sposób, co odpycha gracza od identyfikacji z bohaterem. Dialogi są tak drętwe, że podczas gry musiałem się szczypać w zadek, aby się skupić na ich treści. O ile w części pierwszej zagłębienie się w las było przerażającym przeżyciem, to tu wędrówki po lesie są najzwyczajniej nudne. Niezwykle irytujące jest odradzanie się zombie w kilka minut po ich pokonaniu. Walka z nimi nie ma większego sensu (chyba, że akurat brakuje nam energii lub amunicji, ponieważ pozostawiają po sobie te cenne towary), najlepiej po prostu ich ominąć. Dopiero w dalszej części gry, gdy w lesie pojawiają się inni przeciwnicy (np. piekielne psy) sytuacja zaczyna robić się ciekawsza. Broń jaką dysponuje nasz bohater jest różnorodna i ciekawa. Dysponujemy m.in. pistoletem skałkowym, muszkietem, a także broniami magicznymi. Znajdziemy wśród nich zarówno chrześcijańskie jak i indiańskie talizmany. Skąd się wśród tej rupieciarni wzięła lalka voodoo stanowi kolejną niezmierzoną tajemnicę autorów. Ciekawe jest też zastosowanie świętego krzyża dźwiganego przez Jonathana. Okazuje się, że owym artefaktem można co najwyżej zdzielić kogoś w łeb - i to wszystko.

Na pierwszy rzut oka The Elly Kedward Tale wygląda na najlepiej dopracowana część trylogii, ale co z tego, skoro autorzy skupiwszy się na mało znaczących szczegółach, najwyraźniej stracili z oczu ogólną perspektywę. W The Elly Kedward Tale nie czuje się ani klimatu epoki, ani egzotyki indiańskich legend, wokół których przecież kręci się cała fabuła. Całość nie trzyma w napięciu, choć uczciwie trzeba przyznać, iż w grze znajdziemy kilka naprawdę nieźle wyreżyserowanych momentów. Jednak wszystkie zalety gry, w miarę jej postępu, zaczynają ginąć w powodzi nijakości i... hmm, nietypowych pomysłów autorów.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.