Recenzja - Broken Sword 3: The Sleeping Dragon
Broken Sword 3: The Sleeping Dragon - recenzja
Galador, 11 września 2005
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ animacja postaci
Wady:
- nieciekawe postacie
- skrzynki
- nie wciąga
Krótko:
O jedną skrzynię za daleko...

Dawno, dawno temu... za siedmioma górami, za siedmioma lasami żył sobie George Stobbart. Był on bohaterem dwóch przygodówek, które zapisały się w historii gatunku złotymi zgłoskami. George wypoczywał sobie spokojnie na zasłużonej emeryturze, wspominając stare dobre czasy, kiedy wraz z Nico Collard ratował świat przed totalnym unicestwieniem, gdy wtem... przyszedł goniec z wiadomością:

"Potrzebujemy cię George. Robimy trzecią część Broken Sworda, w pełnym 3D i w ogóle full wypas. Wprowadzimy cię w trzeci wymiar, dodamy elementy akcji... Potrenuj przesuwanie skrzyń w magazynie i przybywaj do nas. Podpisano: Ważny Gościu z Revolution Software."

Na to George: "Sorry, ale nie chce mi się przesuwać jakichś skrzyń i w ogóle full wypas. Jestem już zajęty. Grupa fanów robi Broken Sword 2,5. Trochę wolno im to idzie."

Właśnie dlatego ludzie z Revolution zatrudnili do swego dzieła sobowtóra Georga. Nikt nie skapował o co chodzi, gdyż przejście do 3D skutecznie zatuszowało sprawę.

Tak, drodzy moi... Broken Sword: The Sleeping Dragon ma niewiele wspólnego z poprzednimi częściami serii. To niby ci sami bohaterowie, ale nie ci sami. Niby są templariusze, ale to nie templariusze. Niby jest fabuła, ale co to za fabuła... W zamierzeniu gra jest zarówno dla fanów serii jak i dla nowych graczy, jest na PC i konsole, jest prosta, łatwa, przyjemna. Jest produktem, ale czy przygodą?

Zacznijmy od początku. Grafika jest dobra, chociaż na kolana nie powala. Niektóre elementy, jak na przykład wystawy sklepowe na ulicach Paryża, powtarzają się. Sprawia to wrażenie dekoracji. Postacie Georga, Nico i innych są całkiem, całkiem. Bardzo dobra jest animacja postaci. Szczególnie rzuciła mi się w oczy animacja biustu Nico :) Przechadzanie się Nico przy rogu ekranu... eee... tego... jedziemy dalej.

No więc mamy całkiem ładną, kolorową grafikę, całkiem ładne, dobrze animowane postacie. Czego brakuje? Tego, co w grze przygodowej najważniejsze. Czyli: postaci, fabuły i zagadek. George Stobbart oraz Nico Collard są w tej grze "piękni i bogaci". Może to tylko takie moje wrażenie, ale wydali mi się zbyt płascy, cool na siłę i bez dowcipu. Nie lepiej jest z innymi postaciami. Są po prostu nieciekawe. Fabuła jest bardzo sztampowa. Susarro, główny czarny charakter, chce zawładnąć mocą Linii Smoka, by zapewnić sobie nieśmiertelność. Naszym zadaniem jest przeszkodzenie mu, a w tym celu przemierzyć będziemy musieli cały świat w tę i z powrotem. Ot, znów ratujemy ludzkość przed zagładą.

Zagadki są dość łatwe. Oprócz typowego dla przygodówek łączenia przedmiotów i używania na czymś/kimś autorzy postarali się o wprowadzenie tzw. elementów zręcznościowych. Skradamy się obok straży, skaczemy po skalnych półkach, wdrapujemy na drabiny... Skakanie, wdrapywanie itp. ma niewiele wspólnego z jakąś zręcznością w palcach, bo wystarczy podejść do krawędzi półki i po prostu wcisnąć jeden z klawiszy. Innym "zręcznościowym" elementem jest pojawiająca się czasem w trakcie cut-scenki możliwość wciśnięcia któregoś z przycisków. Przeważnie dzieje się tak, kiedy naszej postaci zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo. Ani razu nie zareagowałem za pierwszym razem.

Te elementy wydłużają czas gry, niewiele do niej wnosząc. Nie są jednak wkurzające. W każdym razie nie tak jak... skrzynki. Przesuwanie skrzynek należy do czynności, które pojawiają się w tej grze zdecydowanie za często. Są to zagadki logiczne. Aby móc dostać się do miejsca X, należy odpowiednio poprzestawiać drewniane skrzynie. Zbyt częste zatrudnianie bohatera do tego typu zadań powoduje, że ulatuje gdzieś klimat.

Sterowanie w grze jest proste, wystarczy krótsza lub dłuższa chwila, by się przyzwyczaić. Poruszamy się za pomocą strzałek. Przedmioty, których można użyć zaznaczają się gwiazdką, gdy przechodzimy obok nich. Wtedy uaktywniają się przyciski W,A,S oraz D, za pomocą których możemy dany przedmiot obejrzeć/zabrać/użyć itp. W menu głównym poruszamy się za pomocą strzałek, enter i esc. Autorzy nie przewidzieli możliwości korzystania z myszki.

Podsumowując, Broken Sword: The Sleeping Dragon nie jest grą złą. Kto szuka odrobiny prostej, przygodowej rozrywki, przyjemnie spędzi czas. Niestety, czegoś tutaj brak. Klimatu, wyrazistych postaci, fabuły z prawdziwego zdarzenia, czy dowcipu stojącego na poziomie poprzednich części. Dlatego równie dobrze można sobie ten tytuł odpuścić.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.