Mini recenzje - Broken Sword 3: The Sleeping Dragon
Broken Sword 3: The Sleeping Dragon - mini recenzja
 Wajuś, 2004
       [zobacz jak oceniamy gry]

Z rewolucji nici. Na papierze prezentowała się dobrze. Niestety, gdy nadszedł ich czas, z rewolucjonistów z Yorku uszło powietrze. Może to wina nowego silnika, który jak każdy noworodek domaga się skupienia na nim największej uwagi, a może po prostu spadek formy, którego pierwsze sygnały można było zanotować juz kilka lat temu przy okazji In Cold Blood.

Wiele mówiło się zarówno przed, jak i po premierze gry o jej filmowych walorach. Niestety, gdyby z BS3 próbować zrobić film, wyszłaby z tego typowo Hollywoodzka, sztampowa produkcja z tradycyjnie głupim zakończeniem. Wiem, że fabuła w serii BS nigdy nie była jakoś specjalnie genialna (jedynka trzymała poziom, ale do piet nie dorastała np. Gabriel Knight 3), ale była za to sprawnie i z lekkością opowiedziana. Można się kłócić czy poziom fabuły jest w BS3 lepszy niż w poprzednich częściach, czy gorszy, ale niestety nie mam wątpliwości, co do tego, że sposób opowiadania historii przez przesuwanie skrzyń, wskakiwanie, zeskakiwanie, wspinania się i inne ekwilibrystyki to nie najlepszy pomysł. Skrzynie np., jak cala gra, są elementem banalnie prostym, ale niestety jakieś 70 procent przypadków ich umiejscowienia w grze nie ma żadnego sensowniejszego uzasadnienia (podobnie jak elementy "akcji"). Wydaje się po prostu, jakby ktoś umieścił ich aż tyle, bo raz stworzony mechanizm za nie odpowiadający trzeba było jakoś wykorzystać lub na siłę przedłużyć grę - no, może nie ma ich "aż tyle", ale po prostu nienaturalnie wybijają się z całości. Gra jest okrutnie łatwa i przez to bardzo krotka, głównie dlatego, że historia jest jak ten zawsze za krótki kocyk, którym nie da się przykryć nóg i szyi jednocześnie - nie rozwija ona ani zagadek, ani nie wypełnia szczelin pomiędzy sekcjami "zręcznościowymi" w odpowiednio interesujący sposób.

Interaktywne filmiki były juz w BS1 i BS2, wiec jeżeli komuś tam nie przeszkadzały, tu tez nie będzie miał większych zastrzeżeń - poza czasem potrzebnym na ich wykonanie (ja tez nie zdążyłem przejść wszystkich za pierwszym razem. Zagadki są w większości głupiutkie, jeszcze prostsze i bardziej toporne niż w dwójce, ale za to mniej absurdalne... Co do postaci... gra jest tak krotka, że nie ma czasu ich lepiej poznać.

Dialogi stoją ogólnie na przyzwoitym poziomie - szczególnie, tradycyjnie, te pomiędzy Nico i Georgem. Dowcip jest, ale rozsiany rzadko i faktycznie momentami mętny - tylko dwa, no... trzy razy szczerze się zaśmiałem, reszta to uśmieszki kącikiem ust lub wyraz obojętności na twarzy.

Graficznie gra nie oszałamia. Nie jest sterylnie (głównie dzięki "ciepłemu" oświetleniu), ale niestety nie tak swojsko i malowniczo jak w pierwszych dwóch częściach i zdecydowanie zbyt ubogo w detale. Dźwiękowo i aktorsko jest bardzo dobrze, choć muzyka w jedynce i dwójce była chyba bardziej dramatyczna.

Animacje Nico warte są grzechu, ale sama gra już nie. Miłośnicy rasowych przygód mogą zrazić się płytkością - w pospiechu opowiadanej fabuły i mało wymagających zagadek. Fani Broken Sword zagrają jednak i tak. Mimo wszystko to nadal Broken Sword.



Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.