Mini recenzje - Virginia
Virginia - mini recenzja
 Elum, 28 lipca 2022
       [zobacz jak oceniamy gry]

Jesień roku 1992. W małym miasteczku, gdzieś w stanie Wirginia, zaginął syn pastora. Znaki wskazują, że związek ze zdarzeniem może mieć pewien kardynał (wirgiński, zwany też szkarłatnym). To chyba nieco zbyt wysoki poziom jak na możliwości lokalnej policji, dlatego do pomocy w poszukiwaniach oddelegowana zostaje świeżo upieczona agentka FBI. Rzucona od razu na głęboką wodę będzie musiała nie tylko poradzić sobie z natłokiem nowych obowiązków, ale przede wszystkim nauczyć współpracy z doświadczoną, także przez los, partnerką. Ich znajomość już na początku poddana zostanie próbie.

Zabrzmiało wystarczająco enigmatycznie? Mam nadzieję, bo taką grą jest właśnie Virginia. Czerpiącą inspirację m.in. z "Twin Peaks" czy "Fargo", co oficjalnie przyznają także autorzy. Z produkcji nie wymienionych przez nich w materiałach prasowych, w oczy rzuciły mi się podobieństwa zwłaszcza z nieśmiertelnym "Archiwum X". Już od początkowych scen, gdy tak jak w pierwszych minutach pierwszego odcinka serialu, prowadzimy bohaterkę poprzez najciemniejsze zakamarki piwnicy FBI, gdzie mieści się biuro przydzielonej partnerki. Trochę pewnie lekceważonej przez przełożonych. Jeżdżącej, zamiast służbowym Buickiem, Plymouthem czy Lincolnem - rodzinnym kombi.

Muldera w Virginii nie spotkałem, za to pani wygląda mi na pracującą pod przykrywką młodziutką Scully.

Tajemnicza, w sumie niepotrzebnie przekombinowana fabuła jest tu praktycznie jedyną zagadką, ponieważ rozgrywka opiera się właściwie wyłącznie na eksploracji. Co ciekawe, gra nie jest typową przygodówką "spacerową", jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, lecz swoistą jej hybrydą z interaktywnym filmem. W dodatku niemym. Tak, brak tu jakichkolwiek dialogów mówionych czy też pisanych. Wszyscy rozumieją się bez słów. Zastąpiła je mowa ciała, także ze strony pierwszoosobowej bohaterki; nie raz w kadrze pojawiają się jej ręce, sylwetka czy odbicie w lustrze. Dopieszczona animacja postaci momentami kojarzyła mi się z do dziś robiącą pod tym względem wrażenie L.A. Noire, choć sam styl graficzny Virginii do realistycznych zdecydowanie nie należy. Przywodzi na myśl raczej np. wektorową Kentucky Route Zero, żeby daleko nie szukać (Wirginia i Kentucky zdaje się ze sobą graniczą).

Virginia miast mówić pokazuje. Również rzeczy zwyczajne, codzienne. Takie jak przygotowywanie śniadania, tankowanie na stacji benzynowej lub płacenie rachunku w przydrożnym barze. Sceny obyczajowe są tu równie ważne jak główny wątek kryminalny. Przy czym budowanie obyczajowo-onirycznego klimatu odbywa się nie tylko przy pomocy wysmakowanej oprawy graficznej, ale też wyśmienitej ścieżki dźwiękowej. Niezręczną ciszę między postaciami wypełnia muzyka skomponowana i wykonana przez Praską Orkiestrę Symfoniczną z iście filmowo-serialowym rozmachem. Bezbłędnie dopasowuje się do sytuacji na ekranie i trafnie naśladuje charakterystyczne brzmienia filmów i seriali sprzed trzydziestu lat.

Virginia ma do tego bardzo filmową długość, bez pośpiechu kończy się ją w mniej niż dwie godziny. Niestety jest przy tym skrajnie liniowa. Nawet nie stwarza pozorów, że gracz ma jakikolwiek wybór. Do celu od początku do końca prowadzi tylko jedna droga. W kolejnych lokacjach, które są tu raczej wirtualnymi dekoracjami, aktywne są pojedyncze punkty. Ale nie to doskwierało mi najbardziej. Najgorsze są nagłe przeskoki do kolejnych scen. Nigdy nie wiadomo kiedy, bez ostrzeżenia włączy się następna. Dzieje się tak nawet podczas przeglądania dokumentów - gdy nie ma chwili czasu by się w nie wczytać. O ile taki patent sprawdza się w filmie nieinteraktywnym, to w przypadku tzw. gry jedynie irytuje, bo zniechęca do działania. Pod koniec, gdy akcja nabiera tempa przybierając wręcz formę teledysku, już tylko biernie czekałem na kolejne ujęcia.

Przechodząc Virginię przez cały czas przypominało mi się... interaktywne intro Firewatch, zrealizowane całkiem podobnie. Cóż, w tym przypadku idealnie pasuje powiedzenie - co za dużo, to nie zdrowo. Nie bez powodu czołówki w serialach, nawet te fajne, trwają zwykle kilkadziesiąt sekund, a nie kilkadziesiąt minut.


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.