Recenzja - Thorgal: Klątwa Odyna
Thorgal: Klątwa Odyna - recenzja
Aegnor, 4 kwietnia 2008
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ kilka ładnych lokacji
+ niezgorsza oprawa muzyczna
Wady:
- fatalny dobór lektorów
- mętna, infantylna fabuła
- nieliczne i nieciekawe zagadki
- nijakie postacie
- sekwencje zręcznościowe i "czasówki"
Krótko:
Nieciekawa i niedopracowana gra obliczona na sentyment wielbicieli komiksowego pierwowzoru. Jednak nawet oni zapewne nie znajdą w niej nic interesującego.

To była kwestia czasu. Naturalna kolej rzeczy. Zjawisko nieuniknione. Wielki Adaptator w świecie gier komputerowych, czyli francuskie Cryo, na swej desperackiej drodze do zilustrowania na przygodówkową modłę wszystkich możliwych owoców europejskiej kultury musiało kiedyś sięgnąć po osławionego Thorgala, stworzonego piórem Van Hamme'a i pędzlem Rosińskiego. Jedynie stojące już za progiem widmo bankructwa mogło pokrzyżować te plany. Wielka szkoda, że tak się nie stało. Nie musiałbym wtedy oglądać komiksowego idola moich szczenięcych lat w tak marnej kondycji. Bowiem Klątwa Odyna to tylko cierpki owoc usychającego drzewa, apogeum postępującej nijakości produktów Cryo i kryzysu gatunku gier przygodowych.

Fabuła gry jest mało odkrywcza, a jej komiksowy charakter przełożony na "język" przygodówek skutkuje opowieścią banalną, rwaną i niespójną. Oto Thorgal ze względu na niesprzyjającą (jak zwykle w jego przypadku) aurę kwateruje w niewielkiej portowej osadzie, usychając z tęsknoty za rodziną. Gdy napotkany przypadkowo wieszcz roztacza przed nim wizję przyszłości, w której ktoś wyglądający jak nasz bohater zabija Jolana, dzielny Wiking postanawia za wszelką cenę dotrzeć do syna i zapobiec tragedii. A że morze niespokojne, będzie musiał w tym celu przemierzyć dziki i niebezpieczny ląd, który, jak wieść gminna niesie, nawiedzany jest przez smoka. Czeka go więc wiele niebezpieczeństw, przyjdzie mu też po drodze spotkać zaprzysięgłych wrogów, jak i oddanych sojuszników. Zasadniczy wątek gry (istnienia innych nie stwierdziłem) rozwija się w sposób przewidywalny, skrajnie liniowy, bez zauważalnych wykwitów twórczej inwencji. Jedynie powtykane na siłę motywy z serii Atlantis gmatwają tę dość typową i bezbarwną historię, ale robią to w sposób sztuczny i zniechęcający. Choć spotkamy tu kilkoro bohaterów znanych nam z kart komiksu, to jawią się w grze jako własne cienie, starannie wyprane z jakichkolwiek przejawów emocji i osobowości.

Fabularnym uniesieniom dodatkowo nie sprzyja wyjątkowo słaba lokalizacja gry. Można by nawet wybaczyć mało zręczne tłumaczenie, ale to co zrobiono z doborem głosów to jakaś dubbingowa zbrodnia albo prowokacyjny eksperyment. Wiekowy starzec brzmiący jak dwudziestolatek oraz nieustraszony Wiking mówiący z ogniem i charyzmą asystenta bibliotekoznawstwa zdecydowanie nie stawiają Thorgala w rzędzie najprzedniejszych polonizacji. Uszy gracza skazane są więc apatyczne ględzenie, przetykane aktorskimi popisami na poziomie szkolnych akademii. Oprawa dźwiękowa polskiej wersji gry to prawdziwy dramat - przed wyłączeniem głośników na dobre powstrzymuje gracza tylko całkiem niezła ścieżka muzyczna.

Z zagadkami sprawa też nie przedstawia się różowo. Wyzwań jest mało, sztucznie wpleciono je w fabułę, są wtórne i nie dają za grosz satysfakcji. Niemal wszystkie zasadzają się na używaniu przedmiotów i prowadzeniu jednowariantowych rozmów. Sam sposób ich wykonania też pozostawia wiele do życzenia. Znalezienie niektórych przedmiotów graniczy z cudem, bo autorzy zdawali się czerpać satysfakcję z ich miniaturyzowania, przyciemniania i upodabniania do tła. Tytułem przykładu nadmienię tylko, że raz udało mi się przeoczyć... drzwi. Na domiar złego "silnik" gry ma tendencję do gubienia się we własnych realiach. Trudno mi było powstrzymać sarkastyczny śmiech, gdy kobieta, której syn trafiał strzałą po trzy razy z rzędu w środek ruchomego celu, uznała "mojego" Thorgala za równie wytrawnego łucznika, choć na dziewięć strzałów z kilku metrów trzykrotnie zaliczył skraj tarczy, a pozostałe sześć strzał utkwiło w pobliskiej chacie. Innym razem ogłuszony strażnik wypadł z roli i zamiast runąć na ziemię, przestępował tylko niecierpliwie z nogi na nogę gdy Thorgal przeszukiwał mu kieszenie (oczywiście w pośpiechu, "zanim strażnik odzyska przytomność"). Twórcom udała się za to sztuka nie lada - wprowadzone przez nich elementy zręcznościowe to najbardziej mozolne i senne fragmenty tej nijakiej historii. Najwytrwalszych graczy, niepomnych na moje ostrzeżenia, odstraszą pewnie sekwencje na czas i losowa gra, w której stawką jest możliwość kontynuowania rozgrywki.

Postacie są maleńkie, więc ich oblicza możemy oglądać tylko w scenkach przerywnikowych. Strata to niewielka, bo wystarczy spojrzeć raz na "naszego" troglodytę, który przez całą grę udaje Thorgala, by stracić złudzenia co do estetycznego potencjału tej gromady. Animacja nie wyrywa się ponad ogólny poziom gry - postacie poruszają się ślamazarnie i nieporadnie, a wokół własnej osi obracają się na piętach, nie poruszając nawet nogami. Nie zachwyca też wygląd lokacji, które są w większości zbyt ciemne by docenić wkład pracy grafików. Nie potrafili oni zresztą zaproponować nam jednej plastycznej wizji gry, w rezultacie czego niektóre tła wyglądają realistycznie, a inne sprawiają wrażenie zeskanowanego komiksu. Na pomysłowości twórcom najwyraźniej nie zbywało - tu jakaś wioska i zamek, tam jakiś statek kosmiczny (z wszelkimi możliwymi gadżetami znanymi z komiksowego cyklu), na dokładkę oczywiście Kraina Umarłych i dziedzina Strażniczki Kluczy, a jako deser znana z cyklu Atlantis latająca łódka, która pasuje tu jak pięść do nosa. W sumie nie ma w grze nic, czego fani przygód wikińskiego łucznika jeszcze by nie widzieli.

Interfejs to dość typowy point & click z niewielkim okienkiem inwentarza u dołu ekranu. Po traumatycznych doświadczeniach z podobną pod wieloma względami Odyseją, powrót do sterowania za pomocą myszki oceniam na plus. Wprawdzie bohater na nasze polecenia reaguje niechętnie, jednak można go przynajmniej opanować. Ciekawym pomysłem jest "dziennik" naszego herosa przedstawiony w postaci uzupełniającego się na bieżąco komiksu. Na koniec wypada też przywołać jeszcze jedną okoliczność łagodzącą - gra jest śmiesznie krótka, więc co bardziej uparci gracze, którzy postanowią ją ukończyć, zepsują sobie co najwyżej dwa popołudnia.

Thorgal jest grą marną, wtórną i pozostawia głęboki niesmak. Nawet w czasach posuchy na przygodówkowym rynku trudno go było uznać za udaną pozycję. Rażące braki we wszystkich aspektach gry skutecznie pozbawiają przyjemności obcowania z tym tytułem, a marketingowy wabik w postaci ikony europejskiego komiksu w zestawieniu z mizerią wykonania to policzek dla jego fanów. Jeśli w przypływie samozaparcia ukończyliśmy grę, dochodzimy do wniosku, że to wcale nie Odyn był odpowiedzialny za porywiste wiatry trzymające Thorgala w porcie. Po prostu straszliwie wiało nudą.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.