Recenzja - Monkey Island 2: LeChuck's Revenge
Monkey Island 2: LeChuck's Revenge - recenzja
Houdini, 7 lipca 2006
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ scenariusz
+ rozmach
+ muzyka
+ humor
+ klimat, klimat, klimat...
Wady:
- hmm?
Krótko:
Absolutna klasyka.

Każdy fan gier by tak chciał: sequel ulubionej pozycji pojawia się na rynku niemal w rok po premierze części pierwszej (sportówki ze stajni EA nie liczą się z oczywistych powodów). Fani przygody spod znaku Monkey Island czekali właśnie tyle, aby raczyć się nowymi perypetiami przesympatycznego Guybrusha Threepwooda. Słowo "raczyć" jest tu jak najbardziej na miejscu, gdyż była to kontynuacja wielce smakowita. Już po krótkiej chwili obcowania z tym łakomym dla spragnionych nowych wyzwań graczy kąskiem łatwo zauważyć, że ekipa odpowiedzialna za kontynuację (oczywiście pod przewodnictwem Rona Gilberta) nie marnowała cennego czasu i stworzyła grę, która nie tylko dorównuje i tak już piekielnie dobremu pierwowzorowi, ale wręcz go przewyższa.

Bo w tej części, powiedzmy to sobie szczerze, niemal wszystko jest lepsze: i to, co rzuca się od razu w oczy jak też i to, na co w pierwszej chwili nie zwracamy uwagi, a co doceniamy dopiero w chwili drugiej, albo wręcz po ukończeniu zabawy. A co rzuca się od razu na nasze wysłużone i podniszczone promieniowaniem, ale ciągle sprawne patrzałki? Wiadomo - strona wizualna, popularnie zwana grafiką. Tutaj nastąpiła dość radykalna, ale jakże mile widziana zmiana. Komputerowo przygotowywane lokacje zastąpione zostały przez ręcznie rysowane arty. Co prawda wszystko staje się przez to (znaczy przez niską rozdzielczość) trochę niewyraźne i lekko nieostre, ale te dość nieistotne w wirze rozgrywki wady rekompensuje nam (z nawiązką) wysoki poziom wykonania i dbałości o szczegóły. Tło stało się bogatsze i dzięki temu bardziej przekonywujące. Nie będę ukrywał, że taka forma prezentowania "areny zmagań" dużo bardziej przypadła mi do gustu, choćby ze względu na to, że cała gra nabrała dosyć specyficznego, kreskówkowego klimatu, który w tego typu pozycjach (przepełnionych humorem, lekko odrealnionych) sprawdza się znakomicie.

I do tego świetnie współgra z genialną muzyką autorstwa (by nie rzec: "spod batuty") Michaela Landa, która wreszcie wybrzmiewa przez cały czas gry, co było wielce wyczekiwaną zmianą w stosunku do części poprzedniej. Scieżka dźwiękowa idealnie pasuje do tego co mamy okazję obserwować na ekranie, a jest tak nie tylko dlatego, że posiada ten jakże specyficzny karaibsko-piracko-radosny wydźwięk (absolutnie perfekcyjny motyw otwierający - zapamiętywalny na całe życie) i świetnie oddaje charakter poszczególnych lokacji, bohaterów i sytuacji, ale także dlatego, że dzięki świetnie się sprawdzającemu (i jak mi się wydaje, na owe czasu - pionierskiemu) systemowi iMuse automatycznie dostosowuje się do tego co obserwujemy na monitorze, zmieniając się (płynnie - bo o to w pionierstwie tego systemu chodzi) przy przejściach z lokacji do lokacji, w czasie rozmów, lub podczas ważnych wydarzeń (różnego rodzaju punkty zwrotne fabuły). Sprawia to, że grając nie odczuwamy jakiegokolwiek dyskomfortu, spowodowanego nachalną muzyką (lub jej brakiem), a kreowany subtelny instrumentalny pejzaż pozwala nam skupić się na rozwiązywaniu zagadek. Natomiast gdy dźwięk zaczyna odgrywać (notabene) pierwsze skrzypce od razu zapada w pamięć. Zresztą, najlepszą rekomendacją jest to, że ścieżka dźwiękowa równie dobrze smakuje na surowo (czyli odseparowana od gry), nawet teraz - po latach.

Ale oprawa audio-wizualna to oczywiście nie jedyne zalety Monkey Island 2. Tym co cieszy najbardziej jest fakt, że gra zachowała klimat pierwszej części, na który składają się: świetna historia, specyficzny humor, szeroki wachlarz interesujących postaci i zakręcone, długie rozmowy. To dlatego granie w gry z tej serii jest takie przyjemne. Widać, że autorzy naprawdę się postarali, a budowanie tego wyimaginowanego, ale jakże bogatego świata, sprawiało im pewnie nie mniejszą przyjemność, niż nam jego podziwianie. Wszędzie poukrywanych jest mnóstwo smaczków (polecam katalog w bibliotece na Phatt Island) i żarcików, czasami będących odniesieniami do poprzedniej części przygód Guybrusha, a czasami nawiązaniem do innych serii. Co więcej, twórcy udowadniają, że czasami wystarczy drobny gest postaci by rozbawić do łez.

A przechodząc grę, uśmiejemy się setnie. Spory w tym udział będą miały świetnie rozpisane dialogi. W niemal każdej rozmowie mamy wybór spośród kilku opcji, często dających nam możliwość wypytania rozmówcy o sprawy bezpośrednio z rozwojem akcji niezwiązane, ale mimo wszystko warte sprawdzenia. Godne uwagi są także postacie, które przyjdzie nam odpytywać. Przede wszystkim jest ich więcej niż w Monkey Island 1. Każdy bohater ma swój styl, głębię - jest na swój sposób charakterystyczny, zapamiętywalny. Dlatego nie sprawiają wrażenia "papierowych", płaskich, co jest sporą zaletą. Do wielu z nich zapewne się przywiążemy, a możliwe, że do niektórych już jesteśmy, gdyż pewien odsetek tej różnorodnej menażerii stanowią nasi starzy znajomi z części pierwszej, z tytułowym LeChuckiem na czele.

Jednak tym co stanowi o sile gry przygodowej są zagadki i fabuła. Na tym polu także widać nieznaczną poprawę. Gra jest spora. Na pewno jest dłuższa i wydaje się, że także trudniejsza. Wrażenie robi rozdział drugi, w którym przyjdzie nam rozwiązać największą ilość "questów", a do tego wszystko dzieje się na trzech wyspach (po których możemy się swobodnie poruszać) jednocześnie. Rozmach tego przedsięwzięcia lekko przytłacza, gdyż czasami po prostu nie wiadomo za co się zabrać najpierw. Choć z drugiej strony, daje nam to pewne poczucie nieliniowości - wrażenie poruszania się po sznurku do kłębka nie jest jakoś specjalnie natarczywe. A zagadki? Są jak ogry. Znaczy warstwy mają. Wiele z nich jest jakby "zagnieżdżona" - aby je rozwiązać musimy poczynić pewne przygotowania (zebranie odpowiednich przedmiotów) co sprowadza się do rozwiązania innych zagadek, które z kolei mają swoje "podzagadki". Do tego nie wszystko jest tu takie hop-siup. Pewnie hardcore'owi pożeracze przygodówek nie będą mieli specjalnych problemów, ale przeciętny konsument tu i tam może się na dłużej (bardzo dłużej) zaciąć, co często kończy się gorączkowym poszukiwaniem solucji. Jednak na pewno warto zmierzyć się z Monkey Island 2, gdyż samodzielne jej przechodzenie jest cholernie satysfakcjonujące. Jakichś specjalnych nielogiczności w rozwiązaniach nie ma, ale aby dobrnąć do końca musimy posiadać dobrze wykształconą zdolność kojarzenia wielu (często wydawałoby się nieistotnych) faktów. Przyda się także odstawienie na bok przyziemnego pojęcia o tym, co można, a czego nie, włożyć do kieszeni. Jasna sprawa, że łamigłówek nie rozwiązujemy po to by poćwiczyć szare komórki (w każdym bądź razie nie tylko po to), ale po to by poznać dalszy ciąg historii.

A snuta tu opowieść jest całkiem ciekawa. Dość powiedzieć, że Guybrush postanawia odnaleźć legendarny skarb Big Whoop, a LeChuck (w nowym/starym ciele) - Guybrusha. Nie napiszę nic więcej, gdyż moim zdaniem jakiekolwiek dłuższe opisy fabuły we wszelkiego rodzaju recenzjach (i nie dotyczy to tylko gier, ale także filmów, książek czy komiksów) po prostu psują zabawę i często sprawiają, że na początku przygody wiemy już zbyt dużo.

Monkey Island 2: LeChuck's Revenge jest na pewno grą godną polecenia. Może i z dzisiejszego punktu widzenia jest już trochę przestarzała technicznie i zapewne wielu młodych graczy na nią nawet nie spojrzy (pomijając fakt, że żeby ją zdobyć to trzeba się nieźle wysilić), ale jeśli jesteś fanem przygodówek to jest to po prostu pozycja obowiązkowa. To, co stanowi o jej sile to świetny, jedyny w swoim rodzaju klimat - klimat Małpiej Wyspy, który sprawia, że gdy już raz posmakujemy przygód Guybrusha, nie możemy się od nich oderwać. Trudno jest dzisiaj grze wystawić obiektywną ocenę. Sentymenty na pewno odgrywają tu ogromną rolę. Z drugiej strony, gra nie stała się kultowa bez powodu.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.