Mini recenzje - The Curse of Monkey Island
The Curse of Monkey Island - mini recenzja
 Aegnor, 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Długo wyczekiwana trzecia część Małpiej Wyspy to comeback w najlepszym stylu. Już na poczatku kapelusze same opuszczają głowy, gdy widzimy jak zgrabnie autorzy wykaraskali się z niefortunnego (z punktu widzenia kontynuacji) zakończenia części drugiej. Oprawa graficzna uległa bardzo istotnej przebudowie, dzięki której nawet dziś gra prezentuje się wybornie i przyćmiewa pod tym względem wszystkie pozostałe odsłony cyklu. Warstwa muzyczna nie pozostaje dłużna, wzbogacona jest zresztą o głosy postaci najwyższej próby. "Klątwa..." wyraźnie wraca do korzeni i utrzymana jest bardziej w duchu "jedynki" niż części drugiej. Twórcy odeszli od zaserwowanego nam poprzednio "męskiego" wizerunku Guybrusha i w The Curse of Monkey Island nasz bohater znowu wygląda jak ciamajdowaty pokładowy majtek. Po chwilowej nieobecności wraca też szermierka słowna, jeden z najfajnieszych patentów cyklu. Poza tym oczywiście starzy, dobrzy znajomi, trochę nowych twarzy (Murray!), szalone przygody, zwariowane pomysły, ocean humoru i masa dobrej zabawy. Po prostu: klasyka, evergreen, kanon przygodówek. Trzeba zagrać.



The Curse of Monkey Island - mini recenzja #2
 Kamiko, 2012
      

Jest mnóstwo wciągających gier, ale mało takich, od których naprawdę żal się odrywać i które natrętnie zaprzątają myśli, póki ich nie ukończymy. Taką grą była dla mnie The Curse of Monkey Island, czyli trzecia część przygód "potężnego pirata" Guybrusha Threepwooda.

Jedni zachwycają się oprawą tego tytułu (świetna kreskówkowa grafika, intuicyjny interfejs, znośna muzyka i bardzo dobry voice-acting), inni kochają go za humor (osobiście doceniam pomysły fabularne twórców tudzież ciekawe dialogi), mnie zaś najbardziej wciągnęły zagadki - niby absurdalne, a jednak logiczne, wymagające nieraz głębszego namysłu... albo zwyczajnego kombinowania na chybił trafił. Poza kilkoma wyjątkami zagadki są wyśmienite - chyba przy żadnej innej grze tak bardzo się nie zaparłam, by próbować samodzielnie znaleźć rozwiązanie i nie zniżać się do korzystania z poradnika. A jaka była satysfakcja, gdy przyszło olśnienie!



The Curse of Monkey Island - mini recenzja #3
 Virgo, 2007
      

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem screeny z CoMI wiedziałem, że prędzej czy później w tą grę zagram. Minęło siedem lat zanim zdobyłem mój egzemplarz, ale gra ani trochę się przez ten czas nie zestarzała. Aż nie chce się uwierzyć, iż grafika powstała pod koniec lat '90, nawet dzisiaj potrafi zachwycić. Mnie, przyznam się, najbardziej urzekło (także w owym '98 roku) karaibskie, nieco zasnute charakterystycznymi, ślimakowatymi chmurami niebo. Upływające lata obeszły się także łaskawie z humorem zawartym w CoMI - nadal cięty niczym ostrze pirackiego rapiera potrafi największego ponuraka zmusić do grymasu na twarzy. A jak fajnie po kilku piwach śpiewać wraz z załogą Guybrusha! Polecam każdemu, nawet jeśli nie jest się fanem Karaoke (a ja nim z pewnością nie jestem).

Niestety nawet w tej beczce miodu musiało się trafić nieco dziegciu. Nie ma co ukrywać, że niemal wszystkie elementy CoMI to kopiowanie pomysłów z poprzednich dwóch części gry. Jeśli jednak ktoś od niej zaczął swoje przygody z Małpią Wyspą (jak niżej podpisany) nawet nie będzie sobie z tego zdawał sprawy. Będzie się za to wybornie bawił próbując rozwiązać kolejny zakręcony jak faworki w karnawale problem który los postawił przed Guybrushem.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.