Mini recenzje - Escape from Monkey Island
Escape from Monkey Island - mini recenzja
 Kamiko, 2012
       [zobacz jak oceniamy gry]

Po wspaniałej przygodzie z The Curse of Monkey Island, zetknięcie z kolejną, czwartą już częścią przygód pirata Guybrusha Threepwooda, było jak uderzenie śniętą rybą po twarzy.

Już od początku miałam to nieodparte wrażenie, że twórcy zwyczajnie zdurnieli, gdy nakazano im przygotować grę w trójwymiarze. I nie chodzi nawet o to, że wszystko wygląda klockowato, a projekty postaci są w większości zwyczajnie brzydkie. Nie chodzi nawet o sterylność poszczególnych miejscówek, ale o kompletny brak nastroju, którym poprzednie gry emanowały. Przy pierwszych częściach gry twórcy mieli ograniczone możliwości działania, a jednak udało im się stworzyć to coś, co gracze chętnie i najzupełniej niepoprawnie nazywają "klimatem" - każdy rozpikselowany zakątek miał swój niepowtarzalny charakter, zapadał w pamięć, stanowił dopieszczoną całość... W EfMI nie ma o czymś takim mowy. Taka chociażby wyspa Melee nie jest już śmierdzącym grogiem, morską wodą i tajemnicą schronieniem dla cudacznych typów spod ciemnej gwiazdy, ale zbiorem pustych, plastikowych domków, wśród których musimy się snuć.

Sterowanie prezentuje się tak, że zamiast klasycznego wskazywania i klikania, poruszamy się po trójwymiarowych miejscach, a w razie zbliżenia się do jakiegoś aktywnego punktu, na ekranie pojawiają się stosowne polecenia, które możemy wybrać - np. "popatrz na budynek", "porozmawiaj z...", itd. Niestety, miejscówki są tak źle rozplanowane, że po częstokroć nie widać żadnych przedmiotów, którymi moglibyśmy się zainteresować. Guybrush znika nam czasem z pola widzenia albo zasłania coś całym sobą, toteż gracz musi koncentrować się na szukaniu miejsc aktywnych nie po tym, co widzi, lecz po napisach, które pokazują się na ekranie. Leciutkie przesunięcie w lewo czy w prawo przy szafce, którą Guybrush dokumentnie zasłania nam własnymi plecami, może zaowocować pojawieniem się kolejnego napisu, a zatem - być może - kolejnego niezbędnego przedmiotu (niezwykle łatwo coś przeoczyć). Jakby samo to było nie dość irytujące, dodano nam zupełnie bezsensowny, nieprzejrzysty inwentarz, przez który łatwo zapomnieć, co w ogóle posiadamy w naszych kieszeniach, zaś łączenie w nim rzeczy jest kompletnie nieintuicyjne. Słowem - Graczu, zapomnij o wygodzie!

Czy zagadki to rekompensują? Nie. Czy humor to rekompensuje? Nie. Także pod tymi względami mamy do czynienia z najgorszą częścią w historii małpiej serii.



Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.