Recenzja - Full Throttle
Full Throttle - recenzja
Elum, 18 marca 2005
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ ładna oprawa
+ doskonałe dialogi
+ cutscenki
Wady:
- irytujące elementy zręcznościowe
- zdecydowanie zbyt krótka
Krótko:
Niezła, ale na tle innych przygodówek LucasArts wypada niestety przeciętnie.

Masz wolną chwilę między drugim śniadaniem, a obiadem? Zostałeś sam w domu, bo rodzina wyskoczyła na zakupy do hipermarketu? Zagraj w Full Throttle, a jest całkiem prawdopodobne, że zanim wrócą zdążysz, poza ukończeniem gry, uszyć co najmniej trzy pary spodni. Tak wiem, że brzmi to idiotycznie, ale taka jest prawda. Gra jest krótka. Krótsza niż przewiduje norma. A na dodatek to nie jest jej największa wada.

Ale może zacznijmy od zalet. Pierwszą z nich bez wątpienia jest zgrabnie napisany scenariusz. Oto więc mamy w Full Throttle dosyć oryginalnego (jak na grę przygodową) głównego bohatera - Bena, który oprócz tego, że kocha zapach gorącego asfaltu, jest również członkiem (głową) gangu motocyklowego The Polecats. Ben jest twardy, zdecydowany i nie uznaje kompromisów. Ale ma też swoje zasady, z których deficytem bez wątpienia nie radzi sobie Adrian Waj... Ripburger ;) - wice szef potężnej, zaprzyjaźnionej z The Polecats, korporacji Corley Motors (produkującej ulubione maszyny członków gangu). Ripburger chce za wszelką cenę przejąć władzę nad firmą. Nawet jeśli miałoby to oznaczać śmierć kilku przeciwnych jego planom osób. W tym Bena.

Brzmi interesująco. Ale jak mogłoby być inaczej, skoro autorem gry jest nie kto inny jak Tim Schafer - ten sam, który zasłynął między innymi jako (wcześniej) współtwórca Day of the Tentacle i (później) twórca Grim Fandango. Dzięki niemu gra poza intrygującą fabułą, posiada również doskonałe dialogi i całkiem sporą dawkę humoru. Przy czym należy zwrócić uwagę na fakt, że humor Full Throttle różni się nieco od specyficznego humoru znanego z innych produkcji LucasArts, chociażby z serii Monkey Island. Tutaj jest on bardziej zakamuflowany, dyskretny i dzięki temu lepiej pasujący do świata, w którym toczy się akcja gry. Pełnego przemocy, nieprzyjaznego, wręcz zimnego, mimo spalonych słońcem pustyń otaczających większość lokacji jakie przyjdzie nam, wcielając się w Bena, odwiedzić.

Lokacji, które graficznie, mimo kilku ładnych lat na karku, wciąż przykuwają wzrok. Może niekoniecznie od strony technicznej, bo coraz trudniej się dziś zachwycać rozdzielczością 320x240 i paletą 256 kolorów. Tym bardziej, że technicznie gra nawet w dniu premiery była nieco przestarzała (konkurencja LucasArts przerzucała się już wtedy na 640x480). Chodzi raczej o niepowtarzalny styl oprawy (kolorystyka, charakterystyczne chmury). Jej autorem jest Peter Chan - osobnik, który od zawsze współpracował z Schaferem przenosząc jego wizje i pomysły na ekran monitora. Efekt tej współpracy również w Full Throttle jest jak najbardziej pozytywny.

Największe wrażenie robią oczywiście cutscenki. Są doskonale wyreżyserowane, a niektóre ujęcia na długo pozostają w pamięci. Szkoda, że nie przygotowano ich w nieco większej liczbie klatek animacji. Na szczęście uczucie niedosytu nie dotyczy dźwięków wydobywających się podczas gry z głośniczków. Dźwięków, które w Full Throttle nie są już tylko miarowym piskaniem, tak charakterystycznym dla większości gier PeCetowych wydanych przed '95 rokiem. Co więcej, w przypadku Full Throttle firma LucasArts, korzystając z możliwości najnowocześniejszych (wtedy) kart dźwiękowych, poszła na całość i do współpracy nad soundtrackiem gry zatrudniła... prawdziwą rockowo-harleyową kapelę The Gone Jackals. Wśród aktorów, którzy użyczyli głosów postaciom wystąpił między innymi etatowy, w swoim czasie, specjalista od dubbingu w grach - Mark Hammil.

Zagadek w Full Throttle jest stosunkowo niewiele. Na szczęście są one logiczne (jak na zagadki w przygodówkach), a większość z nich po rozwiązaniu uruchamia klasyczny wydobywający się z gardła grającego okrzyk "JAK MOGŁEM WCZEŚNIEJ NA TO NIE WPAŚĆ". Niewiele jest również przedmiotów, które możemy podczas gry umieścić w kieszeniach Bena. Niewiele jest lokacji, niewiele postaci... Chwileczkę, ale czy ja do czegoś zmierzam? Oczywiście. Zmierzam do wad. W Full Throttle jest ich... niewiele. Właściwie to są tylko dwie. Problem w tym, że są to wady na tyle poważne, że raczej trudno ich nie zauważyć.

Pierwsza z nich to długość gry. Choć może nawet nie to. Fakt, że Full Throttle można spokojnie ukończyć w kilka godzin nie jest niczym złym. Jest przecież co najmniej kilka innych, równie krótkich, a przy tym bardzo dobrych przygodówek. W przypadku Full Throttle problem jest jednak o wiele głębszy. Otóż od około 60 minuty spędzonej przy grze, już niemal do samego jej końca, miałem dziwne wrażenie, że coś tu jest nie tak. Być może histeryzuję, ale podobne uczucie mam podczas oglądania dobrego serialu (nie mylić z kiepską telenowelą) co drugi, trzeci odcinek. Niby wiem o co chodzi i potrafię zorientować się w zawiłościach fabuły, ale jednak brakuje mi tych kilku scen i kluczowych dla rozwoju akcji dialogów, których nie widziałem. W Full Throttle podobnie. Teoretycznie wszystko jest w porządku, tyle że oglądając napisy końcowe, człowiek nagle zdaje sobie sprawę, że podczas gry w większości lokacji przebywał zaledwie kilka minut (to znaczy od jednej cutscenki do "uruchomienia" kolejnej), a porozmawiać miał okazję z dosłownie kilkoma postaciami. A gdzie reszta?

Druga wada to ewidentnie na siłę wciśnięte do gry elementy zręcznościowe, których jedynym celem jest chyba sztuczne zwiększenie dystansu pomiędzy intrem, a outrem. Elementów (minigierek) zręcznościowych jest wprawdzie w Full Throttle... niewiele, ale co z tego, skoro są one koszmarnie nudne i na dodatek niedbale wykonane (toporne sterowanie, obniżona jakość dźwięku i tak dalej). Więc po co w ogóle są?

Odpowiadając na powyższe pytania można oczywiście wymyślać wiele dziwacznych teorii. Mnie jednak najbardziej odpowiada wersja, że być może twórcy chcieli w ten sposób swoją grę "unowocześnić". Premiera Full Throttle wypadła akurat na lata boomu na filmy interaktywne, pewnie więc chodziło o to, że "action packed" przygodówka, lekka łatwa i przyjemna, w której główną rolę odgrywają cutscenki, sprzeda się lepiej. I może nawet się sprzedała, ale niestety, podobnie jak to się stało w przypadku interaktywnych filmów, czas nie był dla niej zbyt łaskawy. O ile bowiem o wielu innych klasycznych przygodówkach można dziś śmiało powiedzieć, że są jak dobre wino - im starsze, tym lepsze, o tyle w przypadku Full Throttle lepiej sprawdza się zasada dobrej kanapki - im starsza, tym bardziej przeterminowana. Pod niektórymi względami. Dla miłośników produkcji firmy LucasArts pewnie i tak nie ma to większego znaczenia. Bo gra mimo upływu lat wciąż jest na chodzie i wciąż można przy niej spędzić, być może krótkie, ale na pewno przyjemne chwile.


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.