Recenzja - Larry 7: Miłość na Fali
Larry 7: Miłość na Fali - recenzja
Bartolomeo, 15 maja 2004
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ świetna polska wersja językowa
+ humor
+ dialogi
Wady:
- kilka drobnych niedociągnięć
Krótko:

Niewysoki, łysiejący brunet, nieco po czterdziestce, noszący modny (ale w latach 70-tych) poliestrowy garniak, posiadacz licznych kont bankowych (przy czym wszystkich debetowanych)... Kim jest ten ideał męskości? Ha, ha , bardzo śmieszne, to wcale nie ja (w końcu do czterdziestki jeszcze mi daleko :) To oczywiście Larry Laffer w oznaczonej cyferką siedem, szóstej części swoich przygód.

Gracze bardziej interesujący się historią Larry'ego zapewne wiedzą, że ten nie doczekał się czwartej części przygód. Tym, którzy o tym nie wiedzą powiem tylko, że hipotez jest wiele, dlatego też nie będę zagłębiał się w szczegóły. No, może powiem tylko, że jedna z plotek mówi iż Al Lowe (ojciec, tj. twórca Larry'ego) założył się z przyjaciółmi, że czwarta część nigdy nie powstanie - wygrał. Ale jak było naprawdę (jak twierdzi pytany w wywiadach) Al już sam nie pamięta.

Akcja Miłości na fali, bo taki podtytuł nosi ta część, rozgrywa się na luksusowym liniowcu o ciekawej nazwie "HGW Babilon". W trakcie gry mamy okazję zwiedzić każdy zakamarek statku, poczynając od ładowni, przez bagażownie, prywatne kajuty, restauracje, basen i na wielu innych, dość trudnych do określenia miejsc, na których rozgrywane są zawody kończąc. I właśnie przy tych ostatnich zatrzymajmy się na moment. Larry wybierając się w podróż chciał (po tylu już częściach) dać odpocząć swoim nerwom (i chyba nie tylko nerwom), a tu już po wejściu na pokład, spiker ogłosił konkurs. Zabawa polegała na zaliczeniu kilku losowo wybranych zadań - nie cierpiący na nadmiar szczęścia Larry, trafił rzecz jasna na takie w których jest, ekhm, nie jest najlepszy jak np. gra w kręgle, konkurs gotowania, czy, jakby się wydawało konkurencja z którą mimo wszystko nie powinien mieć większych problemów tj. zaspokojenie "potrzeb" Mistrza Miłości. Oczywiście dla zwycięscy przewidziano nie byle jaką nagrodę, bo tydzień sam na sam z piękną, długonogą blondynką - Panią Kapitan Kasią.

W drodze do zalicz... ekhm, zdobycia Pani Kapitan Larry (w polskiej wersji doskonała kreacja Jerzego Stuhra) nawiązuje mnóstwo znajomości. Poza licznymi paniami, które Laffer chce niezwłocznie uwieść, poznajemy kilka niebywale interesujących osobowości. Już od początku gry towarzyszy nam nieoceniony Pan Narrator, który cały czas komentuje wydarzenia na ekranie i prowadzi powodujące nieraz niekontrolowane wybuchy śmiechu, wymiany zdań z Larrym. Oprócz Pana Narratora świetnie prezentuje się Jańcia. Charakteryzuje ją tendencja do używania licznych przekleństw (czego się wypiera), które w połączeniu z doskonale dobranym głosem są lepsze od niejednego kabaretu, np. bardzo ciekawie brzmi sposób w jaki Jańcia żegna się z Larrym, cyt. "Cała pier****** przyjemność po mojej, kur** stronie", czyż to nie urocze?

Poza doskonałą, tryskającą wręcz humorem, polską wersją językową, uwagę zwraca grafika. Larry przestał już być, jak to miało miejsce w pierwszych częściach, kupką pikseli i możemy swobodnie odnaleźć go na ekranie. Co prawda rozdzielczość (640 na 480) mogła by być wyższa i grafika nie może równać się z wydawanymi obecnie takimi tytułami jak Runaway czy ostatnim Broken Sword jednak fani Larry'ego z pewnością nie mogą być niezadowoleni.

W Miłości na fali, tak jak i we wszystkich pozostałych częściach, i w ogóle jak to się przyjęło w przygodówkach, rozwiązujemy liczne zagadki. Przygotowane przez Al'a łamigłówki to nierzadko prawdziwa bomba śmiechu. Co na przykład zrobilibyście by rozpędzić tłum wokół stolika do gry w kości? Sposób jest bardzo prosty, należy skoczyć do restauracji, napchać się sosem fasolowym, a następnie wrócić do stołu i... (wy)puścić bąka. W trakcie gry pojawia się też pewna odskocznia od tradycyjnych zagadek, mianowicie prawdziwa gra w kości... rozbierane. Dla nie znających zasad graczy, twórcy przygotowali krótki poradnik, mający na celu pomoc (w rzeczywistości wręcz utrudniający) w zapoznaniu się z zasadami. Choć gra początkowo może wydać się naprawdę niezrozumiała, to po paru partyjkach zaczynamy łapać o co chodzi. W moim przypadku było to jakieś trzy ekhm (ach ten kaszel) naście ;)

Właściwie w Larrym trudno znaleźć większe błędy czy niedoróbki. Jeden z nielicznych jaki rzucił mi się w oczy to problem z Maestro z radiowęzła. Gdy ten podawał jakieś niezwykle ważne komunikaty, co innego mówił, a co innego pojawiało się na ekranie. Nie ma to jednak najmniejszego wpływu na przebieg gry.

Szóstą część przygód Larry'ego mogę polecić wszystkim (pełnoletnim!) graczom, zarówno panom jak i paniom. Oczywiście trochę zbereźna fabuła nie wszystkim musi odpowiadać, ale Ci, którzy lubią pośmiać przy dobrym (choć czasem nawet świńskim) humorze na pewno nie będą zawiedzeni.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.