Recenzja - Toonstruck
Toonstruck
Elum, 14 maja 2011
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ doskonała oprawa audiowizualna
+ idealnie dobrane głosy postaci
+ bardzo fajnie napisane dialogi
+ przywiązanie do szczegółu
Wady:
- paradoskalnie, zbyt schematyczna i przewidywalna
- niedokończone wątki
- kończy się "cliffhangerem"
Krótko:
Wysokobudżetowa produkcja, która w swoim czasie zbierała bardzo pochlebne opinie recenzentów w prasie o grach. I słusznie. Toonstruck w pełni zasługuje na solidne cztery gwiazdki. Nie tylko za gwiazdorską obsadę.

Nie jest sztuką mieć ciekawy i oryginalny pomysł na przygodówkę. Sztuką jest stworzyć ciekawą i oryginalną przygodówkę w opraciu o najbardziej oklepane i wyświechtane pomysły jakie przyjdą do głowy.

Toonstruck jest trochę jak komputerowa adaptacja większości popularnych kreskówek. Równocześnie. Głównym bohaterem gry jest sfrustrowany rysownik Drew Blanc (w tej roli najprawdziwszy Christopher Lloyd!), pracujący w studiu filmowym Sama Schmaltza (Ben Stein, którego zawsze mylę z Eugene Levym). Pewnej nocy nasz bohater, z pomocą bliżej niezidentyfikowanej magicznej siły, zostaje wciągnięty do narysowanego świata wymyślonych przez siebie postaci. Niestety, wcale nie tak bezpiecznego i łagodnego jak mogłoby się to na pozór wydawać. Spokój puszystych i uroczych mieszkańców bezwzględnie zakłóca bowiem zły hrabia Nefarious, który przy pomocy swej latającej machiny (ze specjalnym laserem z przodu) stopniowo transformuje wesołe i kolorowe krajobrazy narysowanej krainy (wraz z całą zawartością) w potworności rodem z sennego koszmaru. Drew nie ma wyjścia. Zanim będzie mógł wrócić do rzeczywistości (tj. zanim się obudzi?), narysowany świat z jego pomocą musi odzyskać równowagę i spokój. Niech żyje nieskończona sielanka!

Toonstruck od pierwszych chwil podkreśla, że jest klasyczną komedią czerpiącą z doświadczenia popularnych przygodówek nurtu "wacky" oraz amerykańskich filmów animowanych (szczególnie "Wspaniałego świata" Ralpha Bakshi i "Kto wrobił królika Rogera?" Roberta Zemeckisa). Naturtalnie gry nie należy wrzucać do jednego worka z przeciętnymi "jajcarskimi" przygodówkami. Toonstruck wyróżnia się in-plus umiejętnością poruszania się w takiej stylistyce. Postacie w grze nie muszą udawać, że są zabawne. One naprawdę mają w sobie coś pociesznego i ujmującego, a jeśli trzeba - irytującego. Bez wątpienia spora w tym zasługa doskonałych dialogów. Choć większość z nich jest właściwie o niczym, a ich bezcelowości wystarczyłoby na kilkadziesiąt odcinków jakiejś żenującej telenoweli, słucha się ich z przyjemnością, bo są po prostu zgrabnie napisane. Mają w sobie lekkość, której zdecydowanie zbyt często brakuje w tekstach przygodówek komediowych. Nie męczy nawet fakt, że jest ich bardzo dużo.

Jeszcze lepiej prezentują się głosy postaci. Moim zdaniem Toonstruck zasługuje na miejsce w dziesiątce najlepszych dubbingów w historii przygodówek. Poważnie. To poziom porównywalny z The Curse of Monkey Island, Insecticide itp. (jeśli szukać wśród gier o podobnym charakterze). Nie wspominam o tym wyłącznie ze względu na wyjątkowo mocną obsadę (głosów postaciom animowanym użyczyli m.in. Dan Castalanetta, Dom DeLuise, Tress MacNeille, tradycyjnie również Tim Curry). Mam ochotę pogratulować i podziękować przede wszystkim reżyserowi dubbingu, który umiejętnie i z wyczuciem pokierował aktorami, pozwalając im rozwinąć pełnię swoich możliwości (moi ulubieńcy to król Hugh, Bricabrac, Marge oraz bracia Dough, Ray i Mee). Z głosami ładnie komponuje się ścieżka dźwiękowa nawiązująca do melodii ze starych filmów animowanych oraz innych utworów, które w klasycznych animacjach od zawsze chętnie wykorzystywano (np. znany motyw z... "Jeziora Łabędziego").

Trudno również znaleźć wady w wyglądzie niepokojąco powykrzywianych lokacji (trochę w stylu Day of the Tentacle) oraz postaci, animowanych tradycyjnymi technikami. Oprawa graficzna Toonstrucka przyciąga wzrok. Co ważne, nie ma mowy o korzystaniu przez animatorów z jakichkolwiek skrótów i uproszczeń. Każda animacja w grze jest inna, wszystkie czynności zostały odpowiednio zilustrowane. Jedyna rzecz, która może drażnić podczas eksploracji narysowanego świata, to nieco zbyt schematycznie porozmieszczane lokacje.

Przy czym jeśli miałbym się przyczepić (na siłę) do oprawy Toonstrucka, wybrałbym cutscenki z "żywymi" aktorami. Efekty specjalne (łączenie elementów animowanych z rzeczywistymi) prezentują się dobrze, ale główny bohater (czyli Christopher Lloyd) oraz jego wredny szef (Ben Stein) zachowują się odrobinę sztucznie. Ale tu może zrzucę część winy na blue-box. Tym bardziej, że poza cutscenkami Lloyd jest fenomenalny. Nawet jego lakoniczne komentarze dotyczące przedmiotów w ekwipunku brzmią tak szczerze i naturalnie, że prawie można uwierzyć w ich istnienie (Stein w grze pojawia się dwa razy, więc ciężko wyrobić sobie zdanie).

Zagadki w Toonstrucku są bezlitosne. Szczególnie te inwentarzowe, wymagające przyzwyczajenia się abstrakcyjnej animkowej logiki. Wprawdzie ich rozwiązania wydają się w miarę sensowne, ale i tak ukończenie gry bez solucji można uznać za wyczyn, którym warto pochwalić się w towarzystwie (mnie się nie udało). Miłym urozmaiceniem jest Flux - towarzysz głównego bohatera, który pełni w Toonstrucku podobną funkcję jak Max w Sam & Max Hit the Road. Parę razy podczas gry należy go bezwzględnie wykorzystać. Poza tym w każdej chwili można liczyć na jego rozbrajającą ripostę.

Być może nieprzypadkowo również interfejs Toonstrucka kojarzy się z tym, który pomagał zapanować nad Samem i Maxem w ich pierwszej przygodówce (premiera Hit the Road zbiegła się w czasie z rozpoczęciem produkcji Toonstrucka). Okno ekwipunku otwiera się za pomocą podobnej, widocznej w rogu ekranu ikonki. To wygodna torba bez dna, którą główny bohater otrzymuje w pierwszych scenach gry (ponieważ jest magiczna, rozwiązuje problem chowania w kieszeni nieporęcznych czołgów, kotwic i drabin). Analogicznie formę obrazkową przyjęły w Toonstrucku również dostępne opcje dialogowe. Każda rozmowa zaczyna się od topienia niepozornej kostki lodu (chodzi wszak o przełamanie pierwszych lodów). Gdy kostkę uda się roztopić, po paru niezobowiązujących pogawędkach, tematów do dyskusji (konkretniejszych) przybywa.

Jaka jest najpoważniejsza wada Toonstrucka? Chyba takiej nie ma. Gra jest solidna, dopracowana i naprawdę nie sposób doszukać się w niej poważnych niedoskonałości. Nie przeszkadza mi nawet nieco przytłaczająca chwilami animkowość i nagromadzenie żartów. Toonstruck jest przygodówką, która piętnaście lat po premierze nic nie straciła ze swojej świeżości. Tym bardziej robi się przykro na myśl o tym, jak niesprawiedliwie została w swoim czasie potraktowana. Dla przypomnienia: gra sprzedała się bardzo słabo. W dodatku tuż przed premierą podzielona została na dwie części/epizody (początkowo miała zajmować 3 lub 4 płyty CD). Część drugą, choć była podobno prawie gotowa, niestety anulowano*.

Dlaczego wystawiam grze ocenę "tylko" czterogwiazdkową? Najbardziej dlatego, że jest trochę zbyt schematyczna i przewidywalna. Układ lokacji, konstrukcja zagadek, wydaje się jakby projektował ją matematyk. Poza tym, o ile "cliffhangerowe" zakończenie jest na szczęście satysfakcjonujące, brakuje niestety rozwiązania pewnych spraw/wątków, które najprawdopodobniej miały zostać rozwiązane później (na 3 lub 4 płycie CD). Nie mam o to pretensji do twórców, ale niedosyt pozostaje.

* Mniej więcej od roku w internecie krążą plotki sugerujące, że jest szansa na reaktywację Toonstrucka. Keith Arem - jeden z twórców, a obecnie właściciel praw autorskich, chciałby podobno wydać zremasterowaną wersję gry, a w późniejszym terminie... dokończyć Toonstrucka 2! Jeśli do tego dojdzie, będzie to pierwszy w historii przypadek komercyjnej gry komputerowej, której oprawa audiowizualna powstała kilkanaście lat przed jej premierą.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.