Recenzja - Fahrenheit
Fahrenheit - recenzja
Elum, 24 lipca 2006
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ filmowość
+ rozmach produkcji
+ ciekawy scenariusz (szczególnie do połowy gry)
+ animacje postaci
+ ścieżka dźwiękowa
Wady:
- krótka
- miejscami nieprzyjemnie zalatuje Matrixem
- kilka elementów (m.in. z "pilnowaniem" oddechu, zbieraniem bonusów) dodano na siłę, zupełnie niepotrzebnie
Krótko:
Przełomowe połączenie przygodówki i filmu interaktywnego. Szybko się kończy, ale za to należy do grupy nielicznych gier, które z równą przyjemnością przechodzi się wiele razy.

Dlaczego miłośnicy przygodówek narzekają na Fahrenheita? Dlaczego wytykają grze luki w fabule, obecność elementów zręcznościowych? Dlaczego uważam, że miłośnicy przygodówek się mylą? Najwyższy czas obalić wszelkie mity, których źródłem jest ta, bez wątpienia najważniejsza, przygodówka 2005 roku. Panie i panowie. Nadeszła pora na fakty!

Fahrenheit to gra pod wieloma względami nieprzeciętna, posiadająca cechy przygodówki wybitnej. Przede wszystkim jej bohaterowie, w odróżnieniu od większości gier z tego gatunku, nie są cyborgami. W nocy śpią, często piją, czasem jedzą, zmieniają ubranie w zależności od warunków atmosferycznych. Co więcej, potrafią na luzie zamienić kilka słów ze znajomą postacią nie wypytując przy tym o jej życiorys. Nie prowadzą z każdym napotkanym przechodniem handlu wymiennego. Nie noszą w kieszeniach drabin, części do ciągników, ani nawet tajemniczych zardzewiałych kluczy. Oni zwyczajnie starają się być jak najbardziej prawdziwi. Oczekują z naszej strony sympatii, ale równocześnie dają szansę na to, aby ich polubić.

Na uwagę zasługują dialogi. Proste i zwyczajne, ale równocześnie napisane i zagrane tak, że słucha się ich z przyjemnością. Nie ma mowy o długaśnych monologach, podczas których człowiek zamiast czerpać przyjemność z grania, zastanawia się czy przypadkiem nie zapomniał nakarmić rybek. Dla niektórych wadą może być to, że rozmowy w Fahrenheicie prowadzone są w sposób dynamiczny. To znaczy jeśli chcemy zadecydować o tym co nasza postać ma odpowiedzieć (gdy pojawią się odpowiednie opcje) musimy to zrobić w ciągu zaledwie paru sekund. Inaczej nasz bohater sam zadecyduje jakie wyjście jest dla niego w danej sytuacji najlepsze.

Szkoda, że Fahrenheit, wbrew temu co mówiło się i pisało o grze przed premierą, jest przygodówką bardzo liniową. Delikatnie naginać fabułę oczywiście się da (dzięki czemu grę można za każdym razem przechodzić troszkę inaczej), ale generalnie i tak każda akcja prowadzi nas do wspólnych "check pointów". Aż chciałoby się czasem zaszaleć i zrobić coś kompletnie nieprzewidywalnego. Z drugiej strony trudno oczekiwać od autorów, aby te wszystkie nieprzewidywalne pomysły graczy wcześniej sami przewidzieli.

Tym bardziej, że w Fahrenheicie każda mniej lub bardziej interaktywna scena jest starannie wyreżyserowana. To również dzięki temu podczas rozmowy bohaterowie nie zachowują się jak idioci, wykonując w kilkusekundowej pętli w kółko te same gesty i ruchy, a w czasie przechodzenia z lokacji do lokacji kamera nie wisi bezmyślnie na niewidzialnym wysięgniku nad plecami naszej gwiazdy.

Nie ma wątpliwości, że zespół Quantic Dream w pełni wykorzystał możliwości trójwymiaru. Nie sposób wyobrazić sobie ich gry z prerenderowaną, statyczną grafiką. Może i engine Fahrenheita do najdoskonalszych nie należy, lokacje nie są zbyt szczegółowe i piękne, ale nie ma to żadnego znaczenia. Tu liczy się tylko animacja. Ponad osiem godzin zarejestrowanego i wykorzystanego w grze ruchu motion capture robi kolosalne wrażenie.

Ścieżka dźwiękowa Fahrenheita również zasługuje na uznanie. Część utworów na potrzeby gry skomponował Angelo Badalamenti. Ale to nie wszystko. Oto bowiem Fahrenheit dołączył do grona nielicznych przygodówek, w których wykorzystano licencjonowaną muzykę. Wybrano między innymi gitarowe brzmienie Theory of a Dead Man (w sumie do gry trafiły aż cztery kompozycje tego zespołu) i troszkę mniej gitarowe brzmienie Unwritten Law (amerykański zwiastun Fahrenheita). Jest też trochę muzyki w klimacie lat siedemdziesiątych: Teddy Pendergrass, Patrice Rushen, Bobby Byrd. A także jeden bardzo sympatyczny utwór brytyjskiej wokalistki Martiny Topley-Bird.

Warto wspomnieć, że głosu Lucasowi Cane'owi (jednemu z czworga głównych bohaterów) w angielskiej wersji użyczył aktor, który ma już na koncie role głównych bohaterów Dark Earth, Outcast, oraz Omikron. Natomiast Carla Valenti (jedyna kobieta w kwartecie) wystąpiła wcześniej jako Kate Walker w anglojęzycznych Syberiach.

Niektórym może przeszkadzać fakt, że Fahrenheit jest bardzo... amerykański. Mimo, że zrobiony przez Francuzów. Widać tu też olbrzymie inspiracje Matrixem. Niestety. Najbardziej rozczarowuje jednak to, że fabuła Fahrenheita mniej więcej w połowie zaczyna tracić swój początkowy impet. Gra nie staje się przez to mniej interesująca, ale... pozostaje pewien żal, niedosyt. Myśl, że przecież mogło się to potoczyć w innym kierunku, skończyć zupełnie inaczej. Ale czy to znaczy, że opowiedziana historia (o której celowo staram się w tej recenzji pisać jak najmniej, bo nie chcę nikomu odbierać przyjemności samodzielnego jej odkrywania) jest słabsza od opowieści jakie serwowali nam przez lata Charles Cecil, Jane Jensen, czy Benoit Sokal? W żadnym wypadku. Po prostu początkowo daje nadzieje na coś trochę... innego.

Zagadki w przygodówce Quantic Dream są bardzo łatwe. W zasadzie można powiedzieć, że gra przechodzi się sama. Chociaż, zdarzają się też momenty mocno frustrujące. Na przykład wtedy gdy gra przełącza się na widok FPP, a my oglądając świat oczami policjantki Carli musimy kontrolować... jej oddech. Lub podczas szaleńczych akcji w pewnej bazie wojskowej, w której wychowywał się mały Lucas, wraz z bratem.

Oczywiście to nie jedyne elementy zręcznościowe Fahrenheita. Pozostałe nie są już jednak dodane tak bardzo na siłę. Gra w pewnym procencie składa się z interaktywnych cutscenek, których trudność polega na szybkim wybieraniu pojawiających się na ekranie kombinacji klawiszy. Jeśli nie uda się nam tego zrobić wystarczająco szybko - bohater ginie. Brzmi bardzo groźnie. Prawda jest jednak taka, że system ten sprawdza się fenomenalnie. Złudzenie uczestniczenia w efektownie zrealizowanej scenie ucieczki to przeżycie, którego nie da się porównać z nudnawym bieganiem, skakaniem, czy strzelaniem w większości gier akcji. Szkoda, że Fahrenheit jest jak na razie jedyną grą z tak dobrze wykorzystanym potencjałem "interactive movie".

Fahrenheit to przygodówka, którą David Cage (autor scenariusza i reżyser w jednej osobie) potwierdził, że jest na chwilę obecną jedną z najciekawszych postaci w branży. Mimo, że gra nie jest idealna, trudno nie wybaczyć jej kilku drobnych niedociągnięć, takich jak chociażby konieczność zbierania poukrywanych w lokacjach "bonusów" (ten idiotyzm pozwala uruchamiać dostępne z poziomu menu zwiastuny, filmiki "zza kulis" i inne materiały), czy brak możliwości zapisywania stanu gry w dowolnym momencie (szczęśliwie miejsca, w których gra wykonuje "autosave" porozmieszczane są logicznie i z głową). Fahrenheit wciąga. Nie pozwala odejść od komputera ani na chwilę. A po ukończeniu ma się ochotę rozpocząć przygodę jeszcze raz.

PS. Zabawne, że odgrywająca w fabule gry ważną rolę temperatura w europejskiej wersji Fahrenheita podawana jest w stopniach... Celsjusza. Natomiast w wersji amerykańskiej, której tytuł zmieniono na Indigo Prophecy, w stopniach Fahrenheita. Ciekawe też, że kopia kupiona w polskim sklepie, po włożeniu płyty do napędu przywitała mnie niepokojšcą komendą "INSTALLIEREN". Szczęśliwie po przeprowadzeniu "INSTALLIEREN", a następnie wybraniu opcji "SPIELEN" kupiony w polskim sklepie Fahrenheit pozwala już wybrać inną wersję językową. Oprócz niemieckiej dostępne są: angielska, francuska i hiszpańska. Wersji naszej brak, ale może to i lepiej.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.