Recenzja - The City of Lost Children
The City of Lost Children - recenzja
Elum, 25 lutego 2014
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ przygodówka na motywach "Miasta zaginionych dzieci"!
+ starannie wyrenderowane lokacje
Wady:
- pusta, chaotyczna, frustrująca, właściwie niepotrzebna...
Krótko:
Nowoczesna w swoim czasie produkcja, która niestety poza elegancką (dziś już podstarzałą) oprawą nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

Film "Miasto zaginionych dzieci", choć przez kina przemknął raczej niezauważony (podstawowy problem - zarobił mniej, niż kosztował), od początku był wysoko oceniany i niezmiennie uznawany jest za jeden z ciekawszych, w swoim gatunku, filmów lat 90-tych. Był to drugi - po "Delicatessen" - i zarazem ostatni wspólny projekt fabularny Marca Caro i Jean Pierre-Jeuneta. Caro po "Mieście..." wycofał się na pewien czas z branży filmowej. Kariera reżyserska Jeuneta, dla odmiany, w kolejnych latach nabrała jeszcze tempa - wyreżyserował m.in. kontrowersyjną, czwartą część "Obcego" (kontrowersyjną, bo dla wielu fanów serii film okazał się zbyt "europejski") oraz przebojową "Amelię" (z Audrey Tautou).

Aż trudno uwierzyć, że od premiery "Miasta..." minęło już prawie dwadzieścia lat. Co więcej, w tym roku minie dwadzieścia lat od rozpoczęcia prac nad komputerową adaptacją filmu. Zatytułowana dokładnie tak samo (bez żadnych dopisanych podtytułów w stylu "The Official Game of the Movie") powstawała prawie trzy lata, przez pewien czas równolegle z filmem. Pre-produkcja ruszyła w 1994 roku, wczesną wersję pokazywano już na targach E3 1995. Rok później - na targach E3 1996 - gra była podobno prawie gotowa. Ostatecznie ukazała się jednak dopiero wiosną 1997 roku. Za to we wszystkich wersjach językowych równocześnie, ponieważ firmie Psygnosis z jakiegoś powodu bardzo zależało na tym, aby premiery wszystkich wydań ze sobą zsynchronizować.

W komputerowej The City of Lost Children gracz wciela się w Miette - dziewczynkę, która także w filmie była jedną z głównych bohaterek. Tutaj jednak Miette wędruje samotnie. Towarzyszące jej dzieci z gry zostały praktycznie wycięte. Z kolei Ron "One" Perlman, z którym w filmie się zaprzyjaźnia, w grze pojawia się na krótki moment właściwie dopiero na końcu. Wcześniej występuje tylko w paru cutscenkach. Pozostali bohaterowie, zarówno pozytywni jak i negatywni, również funkcjonują w grze bardziej jako statyści, aniżeli pełnoprawni uczestnicy wydarzeń. The City of Lost Children jest wyludniona, niemal wymarła. To powoduje, że gracze znający pierwowzór mogą poczuć się w wirtualnym świecie trochę zagubieni. Ale jeszcze bardziej zagubione będą osoby, które filmu nigdy nie oglądały...

Napiszę wprost - The City of Lost Children właściwie nie posiada fabuły. To co ewentualnie można by fabułą nazwać, to jakieś chaotyczne strzępki, przypadkowe nawiązania do filmu, z których osoba niezorientowana w temacie niczego się nie dowie, ani nawet nie domyśli. Po obejrzeniu czołówki gry startujemy jako Miette w klasie sióstr syjamskich La Pieuvre. W tym momencie nie jest jeszcze źle. Nie przepadam za przydługimi introdukcjami, które już na starcie zarzucają masą niepotrzebnych informacji, więc odpowiada mi jeśli gra rozpoczyna się nieco enigmatycznie i dopiero z czasem stopniowo przekazuje kolejne istotne informacje. Kłopot w tym, że w The City of Lost Children po wstępie do żadnego rozwinięcia nie dochodzi. Można odnieść wrażenie, że deweloperzy albo nie zapoznali się zbyt dokładnie z filmowym scenariuszem, albo wyznaczyli kogoś z ekipy by go przeczytał, a następnie to co zapamiętał streścił ustnie pozostałym. Wyobrażam sobie, że tak właśnie powstał scenariusz gry. Zmarnowanego potencjału szkoda tym bardziej, że sam film momentami bardzo się z przygodówkami kojarzy - np. scena, w której Miette wybiera z sejfu odebrany jej wcześniej ekwipunek.

W The City of Lost Children jest bardzo niewiele dialogów. Miette mówi mało, nie komentuje tego co dzieje się wokół niej. Inne postacie wypowiadają podczas całej gry zaledwie po kilka linijek tekstu, najczęściej dotyczących bezpośrednio zadań, jakie Miette musi wykonać. Niestety zadania te w większości przypadków są dosyć niedorzeczne. Aby przegonić strażnika blokującego przejście należy zadzwonić przy nim znalezionym wcześniej dzwoneczkiem - ten przestraszy się i wpadnie do wody. W jaki sposób dostać się do pancernego sejfu? Trzeba wziąć miniaturę sejfu ze stolika większego i położyć ją na wadze na stoliku mniejszym - pancerny sejf automatycznie się otworzy. A jak zdobyć należący do innej postaci kompas? Trzeba tę postać znienacka... zabić. W całkiem wymyślny sposób, za to kompletnie niepotrzebnie. Na swój sposób jest to przerażające. Nawet bohaterowie i antybohaterowie gier akcji zabijają zwykle w jakimś wyższym celu - bo muszą ratować siebie, swoją rodzinę lub cały wszechświat. Tymczasem Miette zabija niczego nie podejrzewającego, bezbronnego i być może nawet życzliwego pana (gdyby porozmawiali dłużej, może dałby jej ten kompas w prezencie?), ponieważ najwyraźniej jest psychopatką. Innego wytłumaczenia nie widzę.

The City of Lost Children jest jedną z pierwszych przygodówek 2,5D - łączących renderowane z czasie rzeczywistym sylwetki postaci z prerenderowanymi lokacjami. I chyba nawet pierwszą, która robiła to w sensownej rozdzielczości (bardzo podobnie zrealizowana Dark Earth ukazała się dopiero parę miesięcy później). Szkoda, że połowę przyjemności z prowadzenia Miette po tym efektownym, pozornie trójwymiarowym świecie psuje kilka nieprzemyślanych rozwiązań. Przede wszystkim - niepotrzebnie skomplikowane, nieintuicyjne sterowanie. Aby użyć przedmiotu z inwentarza trzeba kliknąć "Tab", wybrać przedmiot z listy za pomocą strzałek, zaznaczyć klawiszem "Page Up" i po wyjściu z okna inwentarza zatwierdzić "Enterem". Zadziała pod warunkiem, że Miette stoi dokładnie w tym miejscu, w którym "widzi" aktywny element otoczenia, na którym danego przedmiotu można użyć. Inaczej usłyszymy wypowiadane płaczliwym głosem "I can't do anything" lub "I can't manage it".

Osobny temat to nie zawsze korzystne ujęcia wirtualnej kamery, które czasem na szczęście można zmieniać manualnie (w rogu ekranu mruga wtedy ikona kamery), a także poszukiwanie przedmiotów w lokacjach. Pół biedy jeśli przedmiot ma wielkość kilkunastu pikseli, zlewa się kolorystycznie z otoczeniem, ale przynajmniej znajduje się w polu widzenia. Z jakiegoś powodu twórcy uznali, że fajnym pomysłem będzie niektóre przedmioty w grze poukrywać w miejscach zupełnie dla gracza niewidocznych! Za skrzynkami, innymi przeszkodami, czasem za jakimś murkiem. Przy odrobinie pecha można na poszukiwaniach takich przedmiotów spędzić tydzień. Za to gdy uda się już przedmiot znaleźć i spakować do inwentarza, to można go sobie z powrotem z inwentarza wyciągnąć i w dowolnym miejscu odłożyć na ziemię. Nie wiadomo po co, ale można. Ponadto przedmiot w danej chwili używany zawsze widoczny będzie w prawej ręce Miette. Ot, taka nadprogramowa atrakcja.

W sumie oprawa graficzna to największa zaleta The City of Lost Children. Muzyka ma swoje sympatyczne momenty, głosy postaci w wersji anglojęzycznej nie przeszkadzają (we francuską niestety nie miałem okazji zagrać), ale to od strony wizualnej gra błyszczy... a przynajmniej błyszczała w roku premiery. Z dużą starannością odtworzone zostały charakterystyczne lokacje znane z filmu. Sporo uwagi poświęcono też na dopracowanie trójwymiarowego modelu Miette. Szkoda, że tego samego nie można powiedzieć o modelach innych postaci występujących w grze, potraktowanych raczej po macoszemu. Wyglądają bardziej kanciasto, ich ruchy nie zawsze są skoordynowane. Tym bardziej zaskakuje fakt, że w sesjach motion capture do gry wzięło udział aż siedmiu aktorów! Po co aż tylu!?

The City of Lost Children w założeniach miała być nowoczesną, wysokobudżetową produkcją. Podobnie jak film zachwycającą wizualnie, ale oczywiście przede wszystkim ciekawą, nietuzinkową w warstwie treściowej. Niestety firma Psygnosis popełniła kluczowy błąd powierzając "deweloping" gry niedoświadczonemu zespołowi, który nie poradził sobie z realizacją tych ambitnych planów. Analogicznie zdarzyło się chyba w przypadku The Island of Dr. Moreau - bardzo podobnego tytułu zapowiadanego przez Psygnosis również na 1997 rok. Różnica polega na tym, że The Island of Dr. Moreau przed premierą anulowano, natomiast The City of Lost Children została do premiery przepchnięta. Choć chyba niewiele brakowało...

Zakończyć wypadałoby jakimś pozytywnym akcentem. Co dobrego można jeszcze o The City of Lost Children powiedzieć? Może to, że choć jest właściwie grą DOS-ową to jakimś cudem uruchamia się bez sztuczek nawet na nowszych konfiguracjach z nieśmiertelnym Windowsem XP (wciąż jeszcze wspieranym przez Microsoft!) na pokładzie.


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.