Recenzja - Indiana Jones and the Fate of Atlantis
Indiana Jones and the Fate of Atlantis - recenzja
Houdini, 8 października 2006
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ scenariusz
+ bohaterowie
+ dobrze dobrane zagadki
+ humor w stylu Indy'ego
+ nieliniowość i losowość
+ świetnie oddany klimat filmów z Indianą Jonesem
Wady:
- puryści ponarzekają na elementy akcji
- hmm... może brak Jonesa seniora? ;)
Krótko:
Ekstraklasa przygodówek. Obowiązkowa nie tylko dla fanów serii.

Spielbergowska trylogia o niepokornym archeologu Indianie Jonesie należy do czołówki jeśli chodzi o kino "łatwe, przyjemne i do przodu". Ogromne zyski, a także - w pewnych (zapewne mocno podejrzanych) kręgach - status filmu kultowego to największe osiągnięcie tychże produkcji. No i oczywiście podtrzymanie popularności wcielającego się w główną rolę Harrisona Forda, że o takiej drobnostce jak miliony zadowolonych widzów nie wspomnę. Sukces był niezaprzeczalny, należało go jeszcze odpowiednio wykorzystać, co biorąc pod uwagę czasy w jakich seria ta się ukazała, było zadaniem znacznie trudniejszym niż dzisiaj. Ale nie bez przyczyny w czołówce filmu widnieje logo LucasFilm - firmy należącej do George'a Lucasa, pioniera w dziedzinie, dla której wciąż nie wymyślono satysfakcjonującego odpowiednika w języku polskim: merchandisingu. Co prawda nie dane jest nam, maluczkim, poznać koneksji i machinacji w świecie wielomilionowego showbusinessu, więc przypuszczenia co do roli (która mogła być przecież dość marginalna) jaką w tym wszystkim odegrał twórca "Gwiezdnych Wojen" pozostaną tym czym są - przypuszczeniami. Jednak faktem jest, że na fali popularności filmów o Indym ogromna amerykańska korporacja (jaką niezaprzeczalnie jest LucasFilm) Lucasa postanowiła zająć się (i to z dobrym skutkiem) tym, na czym ogromne amerykańskie korporacje znają się najlepiej - zarabianiem pieniędzy. Proces ten nie ominął także rozrywki elektronicznej, od której LucasFilm miało swoją specjalną załogę, kryjącą się pod jakże oryginalnym szyldem LucasFilm Games (później na szczęście przemianowaną na znacznie lepsze LucasArts), znaną wówczas w półświatku gier komputerowych jako jeden z najbardziej obiecujących producentów przygodówek. I właśnie w ramy tego gatunku ubrano interaktywne historie z Jonesem w rolach głównych. Niestety, Indiana Jones and the Last Crusade była pozycją dość słabą i nie spełniła oczekiwań graczy. Natomiast jej następczyni z końcówki roku 1992 okazała się grą wyśmienitą, która na stałe wpisała się do kanonu "lektur obowiązkowych" gier przygodowych.

Aby uczynić zadość historii należy wspomnieć, że Indiana Jones and the Last Crusade nie była pierwszą w dziejach grą z Indym. W latach wcześniejszych, gdy komputerowa gałąź wielkiego businessu była jeszcze w powijakach, a kwestie praw autorskich i licencji nie były tak sprecyzowane jak dzisiaj, ukazało się pod szyldami innych producentów kilka pozycji z popularnym archeologiem, ale ponieważ były to głównie gry akcji, nie są one - z punktu widzenia tego tekstu - ważne na tyle, aby o nich pamiętać.

To, co niemal od razu rzuca się w oczy to tytuł - Fate of Atlantis - nie mający nic wspólnego z żadnym z filmów. Czyli jak? Zupełnie nowa historia? Dokładnie. Tych, których oblał teraz zimny pot pragnę uspokoić - fabuła jest naprawdę bardzo dobra i bardzo "w klimacie" dotychczasowych przygód Indy'ego, a sam zabieg okazał się być sporym plusem gry, która nie była w żaden sposób ograniczona przez swego kinowego odpowiednika, dzięki czemu jest zaskakująca i wciągająca, czyli dokładnie taka jaka być powinna. Co więcej, zagadki są całkowicie autorskie i nie powiązane z filmem (jak to miało miejsce w przypadku części poprzedniej), co również ma ogromny wpływ na grywalność, bo przecież nikt (no dobra: niemal nikt - jakiś margines na pewno istnieje) zasiadając do zabawy nie lubi wiedzieć co go czeka i jak to wszystko się zakończy.

Jak już wspomniałem, intryga bardzo pasuje do innych przygód dzielnego archeologa - mamy tu wszystkie jej składniki odpowiednio zmieszane i odpowiednio podane. Jest więc wielka tajemnica związana ze starożytną cywilizacją (tytułowa Atlantyda) i wytwarzanym tam tajemniczym metalem, są naziści próbujący tę tajemnicę przechwycić, jest więc też Indy, który wraz ze swą dawną miłością (Sophia Hapgood) planuje im przeszkodzić, są pościgi, labirynty, źli i dobrzy ludzie, nagłe zwroty akcji, humor, bicz i w ogóle jest tu niemal wszystko czego od historii z Jonesem można oczekiwać (jest nawet Marcus), a wszystko to w otoczce złożonej z prawdziwych faktów, co nadaje przygodzie realistycznego posmaku. Opowiadana historia naprawdę wciąga i trzyma w napięciu do samego końca, a do tego sposób jej przekazywania świetnie imituje film, a to za sprawą dobrze wymyślonych zagadek.

Ci, którzy przygodówek LucasArts nie znoszą z powodu ich pokręconego poczucia humoru, które często wykorzystywane jest także przy rozwiązaniach stawianych przed graczami zadań, co często mocno je komplikowało, do Fate of Atlanits mogą przystąpić bez obaw. Zwariowanych zagadek praktycznie tu nie ma. Są za to mroczne labirynty, tajemnicze urządzenia i starożytne pułapki, czyli zestaw dość realistyczny, który bardzo dobrze oddaje klimat filmów - nikt chyba nie chciałby podnoszenia psów i używania ich z majonezem czy innych powykręcanych motywów, które doskonale sprawdzają się w innych pozycjach. Oczywiście wszystko sprowadza się do zwyczajnego używania znalezionych w czasie podróży przedmiotów, ale są też pewne urozmaicenia, jak np. odpowiednie prowadzanie dialogu, korzystanie z układu kilku dźwigni, układanie dysków według danego wzorca itd. (ogólnie: niewiele ponad normę, ale też nic poniżej). Do tego gra na wiele lat przed polską reformą szkolnictwa postawiła na jakże teraz popularne "czytanie ze zrozumieniem" - wskazówki potrzebne do rozwiązania niektórych łamigłówek zawarte są w znalezionej przez Indy'ego książce, trzeba tylko uważnie ją przeczytać. Poziom trudności jest raczej przeciętny, gra wydaje się dość łatwa i nie powinna sprawić większych trudności graczom choć trochę obytym z podobnymi pozycjami. Nie przerażają też powtykane tu i ówdzie elementy akcji, które swym zasięgiem obejmują - znane także z poprzedniej części - walki na pięści. "Że co?" - zakrzykną niektórzy - "Walki w przygodówce? Akcja jakaś?" I bardzo dobrze - odpowiadam. One po prostu świetnie tu pasują. Przecież filmy z Indym to filmy akcji! Czymże byłaby gra z nim w roli głównej bez kilku momentów w stylu lot balonem, czy wyczynowa jazda na wielbłądzie? Albo samochodowy pościg ulicami Monte Carlo? Te nieliczne w końcu fragmenty są świetnie wyważone i moim zdaniem bardzo dobrze, że znalazły się w grze, bo dzięki temu wrażenie uczestnictwa w kolejnej szerokoekranowej wyprawie Jonesa jest jeszcze bardziej realne. A walki? Pomimo wielu okazji Fate of Atlantis można ukończyć nie staczając ani jednej! A to dlatego, że gra w wielu przypadkach pozwala nam wybrać sposób rozwiązania danego problemu. A raczej: to my sami, intuicyjnie, wybieramy ten, który nam najbardziej odpowiada. Dlatego napotkanego na pustyni żołnierza możemy pobić, przekupić, albo zwyczajnie mu uciec. Wszystko zależy od nas. Takich sytuacji w czasie zabawy napotkamy przynajmniej kilkanaście (wielokrotnie możemy nawet nie być świadomi tego, że było inne wyjście - to, które wybraliśmy było dla nas najbardziej oczywiste) co pozytywnie wpływa na zabawę.

Ale jeszcze ciekawszy jest inny patent zastosowany przez twórców, a jest nim możliwość wyboru jednej z trzech ścieżek ukończenia przygody. O co chodzi? Gdy przejdziemy początkową część historii, dostaniemy możliwość wyboru jednej z trzech opcji (zwanych tu właśnie ścieżkami): samotnej, w parze z Sophią i akcji. Ponieważ główna część zabawy odbywa się właśnie po tym wyborze (choć końcowy rozdział jest wspólny) otrzymujemy niemal trzy gry w jednej! Scieżka samotna wydaje się najfajniejsza - stawia głównie na zagadki (możemy unikać walk) i wszystko musimy wymyślać sami (w parze z Sophią możemy korzystać z jej drobnych podpowiedzi), a do tego wydaje się najdłuższa. Zaletą ścieżki drużynowej jest towarzystwo pani archeolog, co często jest przyczynkiem do humoru w stylu "Indy". Scieżka akcji ma uproszczone zagadki i często przyjdzie nam pojedynkować się z nazistami, choć walki te nie są trudne, a tych najbardziej wymagających przeciwników i tak można pokonać w inny sposób. Grę warto ukończyć na wszystkie sposoby, gdyż różnią się nie tylko zadaniami, ale także odwiedzanymi lokacjami - niektórych nie ma w pewnych ścieżkach w ogóle, inne występują, ale np. różnią się spotykanymi postaciami lub zagadkami. Warto dodać także, że w grze występują elementy losowe, co sprawia, że każda rozgrywka różni się pewnymi szczegółami. W tym momencie dwa zakończenia nie wydają się już niczym specjalnym.

Poczynaniami naszego bohatera (kilka króciutkich epizodów Sophią nie jest na tyle znaczących by uznawać ją za grywalną postać) sterujemy za pomocą doskonale sprawdzonego w innych grach LucasArts systemu SCUMM. Dziewięć - w zupełności wystarczających - poleceń w lewej dolnej części ekranu plus okienko inwentarza obok, daje jeden z najdoskonalszych interface'ów w grach przygodowych. Ci, którzy kiedykolwiek zetknęli się z tym systemem wcześniej, nie będą mieli najmniejszych problemów z "wejściem" w grę, a ci, którzy spotykają się z nim po raz pierwszy, dzięki jego intuicyjności, także nie powinni mieć większych trudności. Oprawa graficzna jest również na poziomie - bardzo ładne, ręcznie rysowane tła (styl z naciskiem na realizm, a nie "kreskówkowość") i bogata animacja postaci (Jones poprawiający kapelusz - Jones jak żywy) ciągle sprawiają pozytywne wrażenie i mimo upływu lat nie odrzucają, a wręcz ciągle mogą się podobać. Muzyka także na plus - gdy tylko usłyszałem ten - jakże charakterystyczny - motyw z filmu wiedziałem, że nie może być źle. Tak jak i w młodszej o kilka miesięcy drugiej części Monkey Island, także i w Fate of Atlantis zastosowano - ciągle jeszcze wtedy nowy - system iMUSE, który dostosowuje charakter muzyki do wydarzeń na ekranie i sprawdza się on tu równie znakomicie. Ważne jest także to, iż wersja CD gry posiada nagrane głosy lektorów co tylko potęguje pozytywne wrażenie jakie niezaprzeczalnie wywołuje oprawa audiowizualna.

Na zakończenie pozostała ocena grywalności, ale chyba nie muszę pisać, że jest ona bardzo, bardzo wysoka? Klimat, jaki ta gra kreuje, jest naprawdę niesamowity i wciągający. I nie chodzi tu tylko o świetny scenariusz, ładną grafikę, sensowne i dobrze dobrane zagadki, ale także o całą masę drobnych szczegółów, które sprawiają, że od gry nie można oderwać się ani na moment. Np. charakterystyczny motyw muzyczny gdy rozwiążemy jakąś specyficzną zagadkę, zazwyczaj przy użyciu bicza. Albo drobne nawiązania do filmów z serii, a nawet gier spod znaku Monkey Island. Albo to, że w odróżnieniu od wielu innych swoich pozycji LucasArts zrezygnował tutaj ze swej prorodzinnej polityki i w czasie zabawy można zginąć, ale można też zabić, co dodaje przygodzie autentyzmu. Ogromne wrażenie robią także świetnie napisane linie dialogowe Indy'ego, który jest cyniczny, zgryźliwy i - na swój unikalny sposób - niewiarygodnie zabawny - dokładnie tak jak jego filmowy pierwowzór. To wszystko sprawia, że granie w Fate of Atlantis jest niezwykle przyjemne. Dzięki scenariuszowi i "żywym" postaciom, które spokojnie mogłyby być podstawą kolejnego filmu, czujemy się jak byśmy byli w kinie, albo wręcz w skórze Indiany Jonesa. A o to przecież chodzi!

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.