Mini recenzje - Zniw Adventure
Zniw Adventure - mini recenzja
 Elum, 12 maja 2021
       [zobacz jak oceniamy gry]

11.06 to ważna data w kalendarzu Zniw. To dzień urodzin (wyklucin?) dinozaurzej mamy. Niestety w tym roku Zniw nie ma czasu na świętowanie. Jeszcze przed śniadaniem musi wyruszyć w najdłuższą podróż swego dotychczasowego życia. Zamiast wraz z resztą rodziny zajadać się tortem, zapuści się wgłąb otaczającego rodzinną Wajapulkę prehistorycznego lasu. A wszystko to w poszukiwaniu... idealnego prezentu urodzinowego.

Na szczęście, dla tytułowej bohaterki, nie będzie to wyprawa nazbyt niebezpieczna. Jak przystało na grę familijną, złowrogo łypiący mieszkańcy Zniw Adventure przy bliższym poznaniu okazują się w większości przypadków całkiem sympatyczni. Zdecydowanie bliżej im do rodziny Monty'ego - warana z Komodo niż tyranozaura i welociraptorów z Jurassic Park. Nie w głowie im odgryzanie kończyn. Raczej poczęstują owocami, warzywami i będą grzecznie przepraszać, jeśli zdarzy im się powiedzieć coś niemiłego.

Dobroduszny charakter Zniw podkreślają barwne lokacje i komiksowe postacie wyrażające swoje zdanie za pomocą tradycyjnych, komiksowych dymków. Z komiksami kojarzy się też efekt przewracania stron podczas przechodzenia pomiędzy kolejnymi ujęciami. Przy czym największe wrażenie robi zdecydowanie nie-komiksowa, za to bardzo filmowa animacja. Podczas gdy twórcy większości współczesnych przygodówek 2D korzystają z przeróżnych sztuczek i skrótów przyspieszających animowanie, Zniw Adventure jest jak tradycyjna kreskówka - rysowana klatka po klatce. I to w sumie w pełni tłumaczy dlaczego powstawała tyle lat.

Problemy z jakimi musi mierzyć się Zniw na kolejnych etapach przygody najczęściej nie są trudne, przy czym w gąszczu lokacji i dostępnych przedmiotów można się czasem klasycznie, przygodówkowo zaciąć. W takich momentach może nieco zirytować ograniczony ekwipunek. Nie mieszczący się w plecaku bohaterki przedmiot da się zostawić w dowolnej lokacji (po prostu upuszczając go na ziemię) i wrócić po niego w każdym momencie. Pytanie tylko - po co? Sam patent owszem, jest ciekawy. Kieszeń bez dna to słabość zbyt wielu przygodówek. Tylko że przeszkadza przede wszystkim w tych nastawionych na realizm. Limit przedmiotów w plecaku krzepkiej dinozaurzycy wydaje się utrudnianiem nieco na siłę. Dlatego doceniam inwencję, ale spośród pobocznych atrakcji bardziej spodobał mi się patent z zarabianiem lokalnej waluty - muszelek - które można zaoszczędzić albo przepuścić na bibeloty.

Ciekawym, nadprogramowym dodatkiem jest encyklopedia prehistorycznej flory, fauny i nie tylko. Rozbrajające są zręcznościowe mini gry, zrobione w stylistyce Commodore 64. Przydają się, by nie trzeba szwendać się bez celu po lokacjach, gdy chwilowo kończą się pomysły na popchnięcie fabuły do przodu. Wszystkie te bonusy, dopracowane detale sprawiają, że źle się czuję wytykając Zniw drobne potknięcia. Ale jeszcze jednej rzeczy muszę się przyczepić. Chyba najbardziej w Zniw Adventure przeszkadzało mi to, że mieszkańcy Wajapulki, Fungilli i okalających rzekę Rivenn-nę lasów posługują się trochę zbyt potocznym językiem. Wtrącane co chwilę zwroty takie jak "spoko", "sorki", "narka" pasują mi bardziej do dżungli... betonowej. Po dinozaurach spodziewałbym się mowy bardziej archaicznej. Rozumiecie, o co biega? You know what I'm sayin?

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.