Mini recenzje - Transference
Transference - mini recenzja
 Elum, 28 lipca 2021
       [zobacz jak oceniamy gry]

Pewnie zabrzmi to jak truizm. Ale to pierwsza rzecz, jaka przyszła mi do głowy po przejściu Transference. Żyjemy w najciekawszych czasach w historii ludzkości. Możemy dziś robić rzeczy, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawały się totalnym sci-fi. Co więcej, biorąc pod uwagę przyspieszający w tempie wykładniczym postęp technologiczny, być może uda nam się dożyć jeszcze niejednego spektakularnego przełomu w nauce. Albo poznać którąś z tych pozornie nierozwiązywalnych tajemnic wszechświata? Na przykład odpowiedź na pytanie... jakim cudem Frodo i Gollum w tym samym czasie wpadli na pomysł wyprodukowania gry przygodowej? Transference Elijaha Wooda oraz Planet of the Apes: Last Frontier Andy'ego Serkisa zaanonsowano latem 2017 roku w odstępie zaledwie dwóch miesięcy. Przypadkowe splątanie kwantowe? Nie sądzę.

Swoistą zagadką jest również, w jaki sposób niejakiemu Raymondowi Hayesowi udało się w garażowych warunkach przetransferować ludzką świadomość do wirtualnej przestrzeni. Eksperyment w sumie się udał, choć nie obyło się bez komplikacji. O ile bowiem, jak się okazuje, ludzkie ciało można w zasadzie bez większego problemu zahibernować (np. w podkręconej, przydomowej zamrażarce), o tyle ludzkiego umysłu nie sposób zastopować na czas transferu. W związku z tym, pomiędzy oryginałem a wirtualną kopią zawsze występować będą zauważalne różnice, a nawet błędy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Hayes - jak przystało na naukowca stopniowo popadającego w obłęd - do eksperymentu wykorzystał członków najbliższej rodziny - żonę i syna. Wszyscy troje utkwili więc w nieprzetestowanej symulacji, praktycznie bez szans na ratunek. Tak, Transference właściwie już na starcie nie daje nadziei na szczęśliwe zakończenie. Pod tym względem jest prawie jak w I Have No Mouth, and I Must Scream.

Transference zaczyna się na ulicy, od frontu zawieszonego w wirtualnej nicości bloku mieszkalnego. Pierwsze zadanie polega na znalezieniu klucza do drzwi wejściowych. Ot, najbardziej trywialna rzecz jaką można sobie w tym momencie wyobrazić. Schody zaczynają się wewnątrz. Zawieszone w przestrzeni komunikaty o błędach, brakujących plikach dobitnie przypominają, gdzie się właśnie znaleźliśmy. Zazwyczaj wirtualne światy w grach próbują na swój sposób naśladować rzeczywistość, bez względu na tematykę starają się być jak najbardziej... namacalne. Tymczasem świat Transference od początku chce być niedoskonały, jak najwierniej odwzorowywać niedopracowaną symulację. I na tym założeniu opiera się też rozgrywka. Ciasne, niepokojące mieszkanie, w którym rozgrywa się większość scen, oglądamy w widoku pierwszoosobowym, ale z perspektywy trzech osób. Widzimy je tak, jak zostało zapamiętane i przetransferowane z ich umysłów do symulacji. Co za tym idzie, każda perspektywa już na pierwszy rzut oka nie jest zsynchronizowana z pozostałymi. I aby znaleźć np. niezbędny w danym momencie przedmiot, trzeba szukać go z perspektywy osoby, dla której był on istotny, warty zapamiętania.

Transference łączy cechy przygodówki klasycznej, takiej z podgatunku escape room oraz tzw. symulatora chodzenia. Ciekawe jest też połączenie trójwymiarowej grafiki i sfilmowanych scen z aktorami; niewiele gier realizowanych jest w taki sposób. Niestety sekwencje z aktorami nie porywają, jak na produkcję współtworzoną przez filmowców. Momentami wypadają wręcz sztucznie, słabiej niż w wielu niższobudżetowych czy nawet niektórych darmowych produkcjach FMV. Po drużynie SpectreVision Elijaha Wooda spodziewałem się większego zaangażowania w kwestie reżyserii i gry aktorskiej. Niewybaczalne jest również to, że darmowy prequel-demo pt. Transference: The Walter Test Case, trochę rozjaśniający pewne niuanse fabularne, ukazał się tylko w wersji konsolowej. Zwłaszcza, że w napisach końcowych przewija się przecież tłum ludzi! Dobrze chociaż, że choć Transference optymalizowana była pod hełmy/gogle VR, bez przeszkód uruchamia się również na tradycyjnych, staromodnych monitorach. I chodzi całkiem płynnie na komputerach nieco poniżej minimalnych wymagań sprzętowych.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.