Mini recenzje - Someday You'll Return
Someday You'll Return - mini recenzja
 Elum, 20 sierpnia 2021
       [zobacz jak oceniamy gry]

Oto kolejny główny bohater z problemami rodzinnymi. Ma na imię Daniel i spotykamy go w momencie, kiedy rusza tropem swojej córki Steli, która najwidoczniej uciekła z domu. Nie po raz pierwszy postanowiła zbuntować się przeciw całemu światu. Ale tym razem sprawa wydaje się poważniejsza niż kiedykolwiek. Wszystko wskazuje na to, że z jakiegoś powodu dotarła aż tam - do tegoż przeklętego lasu. Tego samego, do którego Daniel obiecał sobie już nigdy nie wracać.

Someday You'll Return od pierwszych scen przypomina, z jakim gatunkiem fabularnym mamy do czynienia. Jak przystało na klasyczny horror familijny, gra zaczyna się od śmierci jednego z sympatyczniejszych członków rodziny. Jeszcze chwilę wcześniej mknęli razem czeską autostradą. Niestety, niedługo po zjeździe na wyboistą, leśną drogę na czerwoną towarzyszkę bohatera spada konar, nie dając jej żadnych szans na uratowanie. Ktoś inny w takiej sytuacji mógłby się poddać. Daniel nie jest jednak pierwszym z brzegu jeleniem, zostawia więc swą czerwoną, uszkodzoną Skodę (z łatwym do zapamiętania numerem rejestracyjnym 3PO:R2D2; na wypadek, gdyby musiał po nią wrócić) i nie oglądając się za siebie rusza w dalszą podróż pieszo.

Początkowe rozdziały gry to w gruncie rzeczy symulator chodzenia... szlakami. Someday You'll Return jest chyba pierwszą przygodówką, w której z taką pieczołowitością odtworzone zostały oznakowania szlaków turystycznych. Zgodnie z oznaczeniami czeskimi, więc prawie nie różniącymi się od polskich. Oprócz nich do dyspozycji są profesjonalne drogowskazy, po drodze pojawiają się papierowe mapy turystyczne. Daniel od początku nosi też przy sobie smartfona (z działającą latarką), który jednak w głębokim lesie często gubi zasięg. Na każdym kroku widać, że autorzy gry (m.in. Jak Kavan, znajomy Ascovela) nie tylko znają temat, ale po prostu lubią po godzinach chodzić szlakami.

Wrażenie robią również same lokacje. Przemierzając wzdłuż i wszerz przepięknie wymodelowany, trójwymiarowy las - jeden z najbardziej naturalnych i wiarygodnych, jakie do tej pory widziałem w przygodówce pierwszoosobowej - prowadzony bohater zwiedzać będzie zakamuflowane bunkry, widoczne już z daleka ruiny zamku czy urokliwie położony drewniany kościółek z niewielkim cmentarzem (trochę jak ten w Draugen). Dzięki temu, że akcja rozgrywa się w rzeczywistych lokacjach południowo-wschodnich Czech (z poziomu gry dostępne są nawet kody QR pozwalające zlokalizować wirtualne miejsca w świecie realnym), polscy gracze mogą poczuć się tu prawie jak w domu. Pomimo, że Someday You'll Return nie doczekała się na razie polskiego tłumaczenia, bywa bardzo swojsko. Szkoda, że czar pryska, gdy tylko postacie zaczynają mówić. Średni, angielski dubbing przeszkadzał mi zwłaszcza podczas rozmów z pewną drugoplanową "babuszką" w tradycyjnym fartuchu i chustce.


Im dalej w las, tym Someday You'll Return staje się, niestety, coraz bardziej naciągana. Cóż, nikt nie obiecywał, że cały czas będzie ciekawie. Daniel nie wybrał się przecież na wycieczkę, lecz na samotne poszukiwania córki. Zapisał to sobie w notatniku (na pierwszej stronie, wielkimi literami: "ZNALEŹĆ STELĘ"), nie ma więc obawy, że po drodze zapomni. Nie ma też powodu by mieszać w sprawę policję, przynajmniej dopóki lokalizacja telefonu Steli wyświetla się na jego smartfonie. Problem w tym, że ta jednoosobowa wyprawa ratunkowa, początkowo polegająca na odkrywaniu kolejnych śladów, łączeniu i naprawianiu znalezionych przedmiotów (m.in. za pomocą podręcznego pasa z narzędziami) czy przyrządzaniu ziołowych mikstur z leśnych roślin (z pomocą znalezionej kuchenki turystycznej) z czasem zaczyna zmieniać swój charakter, ostatecznie przeistaczając się w... wyczerpujący fizycznie koszmar.

Choć bez wątpienia najbliżej jej do przygodówki, Someday You'll Return za wszelką cenę chce przypodobać się również miłośnikom action-adventure i survival horrorów. Z tego powodu gra przeładowana jest pododawanymi tu ewidentnie na siłę etapami zręcznościowymi, polegającymi np. na chowaniu się czy uciekaniu przed czającymi się w lesie niebezpieczeństwami. Daniela stopniowo nawiedzają coraz bardziej rzeczywiste wizje, aż w końcu granica między snem a jawą zaciera się całkowicie. Tu pojawia się kolejny problem. Daniel, facet z zadatkami na stereotypowego "janusza", który jeszcze dzień wcześniej prowadził sobie przeciętne życie, absolutnie niczego nie kwestionuje. Momentalnie przyzwyczaja się do najbardziej niestworzonych rzeczy, jakie go spotykają. Bez mrugnięcia okiem wierzy i akceptuje każde paranormalne zjawisko, z jakim ma do czynienia. Bez wahania wspina się na kilkudziesięciometrową wieżę średniowiecznego zamku, gdzie przez kolejne kwadranse będzie balansować po spróchniałych deskach zrzucając z zamkowych murów totemy wywołujące jakieś demony, zakłócenia czasoprzestrzeni czy coś w ten deseń. Takie rzeczy zazwyczaj go "wkurwiają", ale prawie w ogóle nie dziwią.

Być może łatwiej byłoby mi przełknąć kulejącą narrację Someday You'll Return, gdyby nie była rozwleczona na aż 12 rozdziałów. Treści, lokacji, zadań itp. jest tu najwyżej na kilka godzin. Tymczasem przejście gry zajmuje godzin co najmniej kilkanaście. Więcej, jeśli ktoś ma ochotę na odkrycie wszystkich zakończeń, sekretów i nadprogramowych zadań, takich jak... zbieranie porozrzucanych tu i ówdzie papierków po cukierkach (przypomniał mi się Tex Murphy zbierający cukierkowe komiksy). Oczywiście do sprzątania papierków dobrze jest mieć mocny sprzęt. Za pośrednictwem mojego przygodówkowo-biurowego komputera, który podczas deszczu zwalniał do kilku klatek na sekundę, nie miałem do tego cierpliwości. Innymi słowy, zostawiłem po sobie zaśmiecony las. Ale pewnego dnia może jeszcze tu wrócę.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.