Mini recenzje - Creaks
Creaks - mini recenzja
 Elum, 16 marca 2022
       [zobacz jak oceniamy gry]

Jeszcze trzy tygodnie temu zacząłbym tę (mini) recenzję od wytłumaczenia (się), dlaczego zawiązanie fabuły Creaks przypomina mi początek pewnej zaśniedziałej przygodówki pełnej rurostworów. Dziś jednak nie chcę drążyć (tudzież udrażniać) kwestii gier produkcji rosyjskiej. Zacznę więc może od tego, że Creaks jest też trochę podobna np. do... Braid. Z tą zasadniczą różnicą, że o ile Braid zrodziła się z miłości do klasycznych platformówek, platformówkowa momentami Creaks w głębi duszy pozostaje przygodówką. Do samego końca.

Pretekstem do niecodziennej przygody jest w Creaks... odklejająca się od ściany tapeta. Prowadzony bohater, jak na grę Amanity zaskakująco normalny, na przekór zdrowemu rozsądkowi, niczym Pat i Mat z serialu "Sąsiedzi", zamiast ją porządnie podkleić i wrócić do wcześniejszych zajęć, postanawia sprawdzić co znajduje się po drugiej stronie. Tym sposobem ląduje w podziemnym królestwie, w którym najwyższy szczebel na drabinie ewolucyjnej zajmują ptasi ludzie; bynajmniej nie ptasie móżdżki. Zaś jednymi z bardziej pożądanych przedmiotów są nieprzepalone żarówki oraz inne źródła światła. Bohater, który nade wszystko pragnie wrócić do swojego przytulnego gniazdka, początkowo jest tu raczej obserwatorem. Stopniowo, zmuszony do schodzenia na coraz niższe poziomy, mimowolnie wciągany jest w wir zdarzeń, w tym walkę ptasich ludzi z zagadkowym kolosem.

Kolos nie jest tu jednak jedynym przeciwnikiem. Głównym problemem bohatera są zawadzające mu na każdym kroku... meble. Albo raczej kreatury, w które meble i inne sprzęty domowe przepoczwarzają się w mroku, gdy zgasną żarówki. Unikanie ich, a przy tym wykorzystywanie ich unikalnych zachowań to właściwie esencja Creaks. Na pozór zwyczajna szafka nocna w ciemności zmieni się w stalowe psisko ze szczęką jak wnyki na niedźwiedzia, polujące na wszystko co się rusza. Drewniane krzesełko stanie się metalową, mechaniczną kózką (jakby wyjętą z Machinarium), płochliwą na otwartej przestrzeni, lecz agresywną po zapędzeniu w kozi róg. I całkiem pomocną, gdy potrzeba stanąć na platformie aktywującej jeden z niezliczonych mechanizmów.

Próbując rozgryźć motywacje stojaków na ubrania, z niejasnych powodów naśladujących każdy ruch bohatera, łatwo przeoczyć detale scenografii. Lokacje w grze są przede wszystkim uroczo... zagracone. Przy czym uważnie przemierzając labirynt kolejnych pomieszczeń natknąć można się też na nadprogramowe atrakcje. Mechaniczne obrazy wyposażone w pozytywkę są jak mini dzieła sztuki. Te interaktywne, nakręcane na kluczyk, pełnią rolę swoistych mini gier (chyba najbardziej urzekła mnie mechaniczna platformówka). Do stylistyki Creaks idealnie pasuje też wycinankowa animacja. Z permanentnie zaniepokojonym, ale dzielnie brnącym przed siebie bohaterem na pierwszym planie. W jego rolę łatwiej wczuć się dzięki temu, że akcja nie jest topornie poprzecinana scenkami przerywnikowymi, wszelkie nieinteraktywne animacje płynnie wplecione są w tzw. rozgrywkę. Słuchowcy z pewnością zwrócą uwagę na wzorowe udźwiękowienie i muzykę. Dialogów w Creaks naturalnie nie ma. Co jest zrozumiałe biorąc pod uwagę fakt, że główny bohater jest raczej małomówny, a pozostałe postacie porozumiewają się w języku, który zrozumieją tylko ptasi ludzie. Oraz mieszkańcy czeskich wieczorynek/dobranocek.


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.