|
|
Overclocked: Historia o przemocy
|
Najbardziej w Overclocked podobało mi się to, że... jest lepsza od The Moment of Silence. To pocieszające, że House of Tales robi postępy. Niestety największym problemem Overclocked, podobnie jak The Moment of Silence, są drobiazgi. O ile oś historii i ogólny zarys wątków wypadają w miarę wiarygodnie, gra zaczyna się sypać gdy zaczniemy zwracać uwagę na detale. Najmocniej razi wspomniany przez Davero w recenzji brak parasoli (w grze, w której pada praktycznie przez cały czas!). Tego rodzaju "uproszczenia" możnaby przełknąć we fragmentach gry będących wspomnieniami, ale w świecie "realnym" nie dodaje to grze nic. Jedynie odejmuje. Dlatego... przez moment chciałem nawet za "brak parasoli" odjąć od mojej oceny Overclocked pół gwiazdki. Ale tego nie zrobię. Bo wierzę, że studio House of Tales prędzej czy później stworzy wreszcie swoją własną przygodówkę idealną. Mają potencjał.
|
Usiadłem w wygodnym fotelu i rozejrzałem się dookoła. Sala kinowa powoli zapełniała się. Trwało to dłuższą chwilę, aż wreszcie światła przygasły i zaczęła się projekcja Overclocked. Znaleźliśmy się na skąpanych deszczem ulicach Nowego Jorku. Nagle, kamera wyłapała młodą kobietę. Biegnie gdzieś w samej bieliźnie. Jest zakrwawiona, w ręku trzyma pistolet, z którego nagle wypala cały magazynek w niebo. W tym momencie niknie nowojorska ulica. Dalej na ekranie pojawiają się szybko zmieniające się obrazy: ktoś ładuje broń, rytmicznie poruszające się wahadełko, burzowe chmury i krew. Pełno krwi.
W końcu poznajemy głównego bohatera. Jest nim były wojskowy psychiatra David McNamara znany ze swojej niekonwencjonalnej metody. Został poproszony o zbadanie przypadku pięciu młodych ludzi, których znaleziono w okolicach Manhattanu w podobnych okolicznościach, jak półnagą dziewczynę. Wszyscy ci młodzi ludzie mają zanik pamięci. Nikt nie potrafi dotrzeć, aby wyjaśnić przyczyny ich zachowania. Nikt, z wyjątkiem naszego psychiatry. Akcja szybko przemieszcza się do szpitala psychiatrycznego, w którym przebywają owi ludzie. Nasz bohater poznaje ich wspomnienia, a widz ogląda to jako retrospekcje. Każde wspomnienie wydobyte z zakamarków ich mózgów, wpływa na przypominanie wcześniejszych zdarzeń. Powoli wyłania się historia każdego z nich. Poznajemy ją od tyłu, a to daje bardzo ciekawy efekt. Wszystkiemu temu towarzyszy tajemnicza muzyka, w pełni oddająca nastrój wydarzeń.
Zaraz, coś mi tu nie pasuje. Nie było półgodzinnego bloku reklam, nikt mi nad uchem nie chrupie popcornu, ani nie siorbie coli. Na dodatek co jakiś czas muszę wykonać jakiś ruch prawą ręką. No tak, ja przecież nie jestem w kinie... Siedzę przed komputerem i gram w przygodówkę. Wierzcie mi, można się zapomnieć, bowiem w grze są momenty, że interakcja jest okrojona do granic przyzwoitości. Ot, kilka ruchów myszką przeplecionych długimi przerywnikami. Szczególnie widać to przy retrospekcjach, w których uczestniczą poszczególni pacjenci prowadzeni przez gracza. Taki zabieg wpływa na dynamikę (oj, tego grze nie można odmówić), ale jednocześnie ogranicza nasz wpływ na przebieg wydarzeń. Na szczęście są również momenty wymagające zdrowego naklikania się, aby ruszyć z fabułą.
Grając w Overclocked nie będziecie potrzebowali żadnych płynów chłodzących dla szarych komórek. One na pewno nie będą się przegrzewać. W sumie można powiedzieć, że gra jest łatwa. Niewielka ilość jednocześnie dostępnych lokacji również nie utrudnia gry. Większość, a w zasadzie wszystkie, zagadki polegają na znalezieniu przedmiotu, który należy użyć w konkretnym miejscu lub z konkretnym przedmiotem. Odgadnięcie tego, również nie stanowi większego problemu, ponieważ siedem miejsc w ekwipunku rzadko bywa przepełnione.
David McNamara zadziwiająco łatwo radzi sobie z pacjentami, ale z samym sobą nie może. Im więcej wspomnień wydobytych z mózgów pacjentów, tym większy podziw dla jego umiejętności, ale też większy niesmak związany z jego zachowaniem. Niesmak przechodzący w obrzydzenie, aż pod koniec gry niejednokrotnie miałem ochotę kopnąć pana McNamarę w miejsce zetknięcia się pleców z nogami. Dawno żaden bohater nie wywoływał u mnie takich emocji (w tym przypadku negatywnych).
Nie napisałem nic o grafice ani o dźwięku, gdyż im nie można nic zarzucić ani pochwalić. Ot, dobrze spełniają swoją funkcję i nic więcej. Pomijam też pewne niedopatrzenia, takie jak fakt, że ciągle na służbie jest ten sam recepcjonista, że pomimo ciągle padającego deszczu nikt nie nosi parasola. Są to drobne niedociągnięcia nie mające wpływu na końcową ocenę.
|
|
|