Recenzja - Sekrety Leonarda Da Vinci: Zakazany Manuskrypt
Sekrety Leonarda Da Vinci: Zakazany Manuskrypt - recenzja
Davero, 29 czerwca 2006
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ możliwość rozwiązywania zagadek na wiele sposobów
+ sporo do zrobienia
Wady:
- zbyt nachalne podpowiedzi wynikające ze słów postaci występujących w grze czy też wpisów w dzienniku
- groźba zacięcia się na amen ze względu na niemożność opróżnienia alembiku
- standardowo współcześnie, gra niezbyt długa
Krótko:
Lepsza od gry na podstawie filmu "Kod Leonarda da Vinci"!

PROLOG

Sekrety Leonarda da Vinci: Zakazany Manuskrypt to kolejna pozycja ze stajni studia Kheops (a tak naprawdę efekt koprodukcji pięciu francuskich firm), z którą mamy okazję zapoznać się w Polsce i po polsku za sprawą firmy IQ Publishing. Gra nie została jednak (tak jak poprzednie gry Kheops) włączona do The Adventure Collection. Na fali zainteresowania da Vincim, a dokładniej "Kodem da Vinci" nakręconym na podstawie głośnej powieści Dana Browna, jako prezent dla swoich czytelników grę do czasopisma dołączyła "Gala". Nie ma ona co prawda nic - poza nazwiskiem słynnego Włocha w tytule - wspólnego z rzeczonym filmem, ale... do celów promocyjnych to widać wystarczy. W efekcie, na przełomie maja i czerwca, za niecałe 15 złotych można było dostać w łapki premierowe wydanie gry, spolszczonej i to na dodatek w czasie, gdy na anglojęzycznych serwisach zaczęły się właśnie pojawiać pierwsze "previews" tego tytułu.

Z tego spolszczenia można się cieszyć co prawda umiarkowanie, ale dla wielu "lepszy rydz, niż nic". Powodem owego umiarkowania w zadowoleniu z tłumaczenia gry są rzecz jasna błędy. Zdarzają się ortograficzne (np. "karze" w znaczeniu rozkazywać, a nie karać), rzeczowe (np. nazwanie faworyty króla, jego guwernantką), czy wreszcie polegające na własnej twórczości tłumaczy (np. kiedy Leonardo mówi do króla w jednym z pierwszych filmików "It is no mean task...", czytamy "To jest nadludzkie zadanie..."). Cieszyć się pozostaje z tego, że spolszczono jedynie napisy i można słuchać oryginalnych głosów, które zostały na szczęście zrealizowane całkiem dobrze. Postacie mówią zwykle w sposób naturalny, a przy tym na tyle wyraźnie, że ktoś nieźle znający język angielski powinien móc skorygować to, co widzi na ekranie. I pozostali jednak mogą grać bez obaw, byki nie uniemożliwiają zrozumienia o co chodzi, wpływają jedynie (a może jednak "aż") na estetykę odbioru całości.

FABUŁA

Valdo - bohatera, w którego przyjdzie nam się wcielić w Sekretach Leonarda da Vinci, poznajemy podczas nocnej podróży powozem, której celem jest posiadłość wspomnianej już faworyty króla Francji Franciszka I, madame Marie de la Bourdaisiere (dla przyjaciół - Babou). Właśnie w rezydencji Cloux spędził ostatnie lata życia przywoływany w tytule gry omnibus czasu Renesansu. Chodzą słuchy, że przed śmiercią pozostawił prawdopodobnie gdzieś na terenie rezydencji manuskrypt; niezwykle cenny dla tajemniczego pracodawcy Valdo, na zlecenie którego udaje się on - pod przykrywką poszukiwania zaginionego szkicu zmarłego artysty - do posiadłości Babou z listem polecającym. Fabuła z pewnością nie może mieć pretensji do mistrzostwa, spotykamy się jednak z historią na tyle ciekawą i nieoczywistą, żeby stanowiła wystarczające uzasadnienie dla podejmowania kolejnych kroków w grze, bez marszczenia brwi i wzdychania: "to przecież bez sensu". Twórcy starają się nawet zaskoczyć gracza...

PRZYGODÓWKOWE MERITUM

Kroków tych trzeba będzie podjąć całkiem sporo, większość zagadek opiera się na operowaniu przedmiotami, a tych w inwentarzu zgromadzimy naprawdę niemało. Zresztą sam dziennik Valdo, do którego dołączamy znalezione druki i manuskrypty będzie przedmiotem wielu "przygodówkowych" operacji. Poza owym dziennikiem kombinowanie przedmiotów w samym inwentarzu nie jest niestety możliwe (można będzie jednak używać ich w ten sposób w odpowiednich miejscach w świecie gry). Doskonałym rozwiązaniem jest przy tym to, że część potrzebnych przedmiotów można znaleźć w różnych miejscach. Nie zawsze trzeba więc praktykować biegi przełajowe, żeby wejść w posiadanie czegoś, co akurat okazało się potrzebne. Wydaje się być to nie tylko wygodniejsze, ale i bardziej naturalne. Bo dlaczego niby wody można byłoby nabrać z fontanny, a z rzeki już nie?

Wielość rzeczy, które można znaleźć, sprawia że ciągle jest coś do roboty. Co prawda w zdecydowanej większości wypadków standardowa dawka spostrzegawczości i zdolności kojarzenia wystarczy, żeby nie ugrzęznąć na dłużej. Niemniej jednak liczba oraz zróżnicowanie zadań sprawia, że gracz powinien mieć poczucie "ruszenia głową". Oprócz operacji na znalezionych na terenie posiadłości urządzeniach i przedmiotach, spotkamy też zagadki o charakterze logicznym - polegające na uruchomieniu urządzeń Leonarda, odkodowaniu szyfrów, haseł, układaniu puzzli... Puzzle zaliczyłbym do zagadek trudnych. Przed drugą odsłoną tej dwuczęściowej zagadki skapitulowałem. Choć być może zastosowanie metody "na ciasto Ines" (patrz: forum Przygodoskopu) przyniosłoby i tym razem rezultat. Gra się miała jednak ku końcowi, a ja byłem ciekawy co się wydarzy... Radość z rozwiązywania zagadek psują niekiedy nazbyt nachalne podpowiedzi twórców (np. kiedy odcyfrujemy wskazówkę, zgodnie z którą odpowiedzi mamy szukać w gwiazdach, Babou nie pozwoli nam wpaść na to, co miałoby to znaczyć, ale podpowie gdzie szukać owych gwiazd. Zresztą gdyby nie ona z pewnością sam Valdo podzielił by się z nami swoimi myślami na ten temat, albo przynajmniej napisał coś w dzienniku). Zdecydowanie bardziej podobają mi subtelniejsze podpowiedzi, jak ta, wyryta nad jedną z szafek z książkami w sypialni pana da Vinci ("Scieżka przyjemności").

Cechą nieczęsto spotykaną w przygodówkach i wielkim atutem gry jest to, że zadania, z którymi zmierzyć musi się Valdo, można rozwiązywać na różne sposoby. Naprawdę. Na przykład do pracowni Leonarda można wejść odnajdując klucz, albo się włamując; pewien przedmiot można naprawić, wzmacniając istniejące części, bądź wymieniając je na nowe... Także w zależności od wybranej opcji dialogowej skutki mogą być różne (i trafimy np. do aresztu, z którego trzeba będzie uciec, co nie nastąpiłoby gdybyśmy zdecydowali się na inną odpowiedź). Jest też trochę czynności nieobowiązkowych np. pozwalających zdobyć względy pani domu, ale których niewykonanie nie pozbawi nas możliwości ukończenia gry. W pewnym zakresie mamy też swobodę odnośnie kolejności robienia tego, co Valdo musi wykonać. Swietnie! Może to sprawić, że zechcecie zagrać w Sekrety Leonarda da Vinci więcej niż raz, poszukując alternatywnych rozwiązań. Zaskarbiając sobie swymi postępkami mniejszą lub większą sympatię naszej gospodyni, jak i podejmując inne decyzje w końcówce gry, możemy doprowadzić do jednego z czterech odmiennych zakończeń całej rozgrywki. Różnią się one od siebie jednak tak naprawdę nieznacznie, pozostawiając niezmiennie wrażenie, że twórcy otwierają sobie nimi drzwi do ewentualnego sequela.

Nasze czyny wpływają również na to czy stajemy się gorsi (brutalne, egoistyczne, złe zachowania) czy lepsi (gdy postępujemy szlachetnie i uprzejmie), co niekiedy miałoby determinować, do czego Valdo będzie zdolny podczas dalszej gry (np. anielsko dobry nie zdzieli strażnika pałką w łeb). Miałoby... ponieważ za rozwiązywanie zagadek dostajemy punkty, które możemy rozdysponować w celu zmiany poziomu dobra i zła u naszego bohatera. Tak, że żaden gracz nie powinien mieć najmniejszego problemu z utrzymaniem swego alter ego w ramach charakteru neutralnego, dającego największe pole manewru. Aczkolwiek można sobie samemu narzucić nie korzystanie z możliwości zmian i ponosić mężnie konsekwencje swoich wyborów. Z każdej sytuacji jest wyjście, bez względu na to jak ukształtuje się charakter Valdo na skutek naszych działań.

Bez wyjścia natomiast można zostać, gdy skorzystamy z aparatu służącego do destylacji. Nie można go opróżnić inaczej niż przez przygotowanie czegoś, do czego można zużyć wlane/wsypane do niego substraty. Jeśli część z nich wrzuciłeś już do kociołka, ale niektórych ci brakuje i chciałbyś przygotować w zamian coś innego - nie da się. Pozostanie tylko wczytanie wcześniejszego stanu gry. Jest to dosyć poważny błąd, ale na szczęście Wy, drodzy czytelnicy, będziecie już wiedzieć, że z alembiku korzystać należy z odpowiednią ostrożnością. Tylko wtedy, gdy macie wszystkie składniki tego, co chcecie w nim przygotować!

TECHNIKALIA

Oprawa graficzna Sekretów Leonarda Da Vinci przypadła mi do gustu. Przyjemne, szczegółowe, bogate tekstury sprawiają że otoczenie wygląda naturalnie i ciekawie. Ogromne pochwały należą się grafikom w szczególności za gobeliny wypełniające pustkę wielu ścian zwiedzanego przez Valdo domostwa. Twórcy twierdzą, że w ogóle całe otoczenie, w którym toczy się akcja zrekonstruowali, starając się jak najwierniej odtworzyć rezydencję Cloux (na podstawie wyglądu Château du Clos Lucé, jak dziś nazywa się owa posiadłość, będąca niegdyś domostwem Leonarda da Vinci). Brakowało mi tak naprawdę jedynie ruchu chmur na niebie - tu statyczność jest niestety oczywiście nienaturalna. No, może jeszcze mógłbym sobie życzyć nieco większej liczby miejsc, w które można by zawędrować. Aczkolwiek ograniczenie obszaru poruszania się do terenu posiadłości wydaje się być na tyle naturalne w okolicznościach, w których znajduje się Valdo, że nie czułem się uwięziony.

Również postacie, z którymi spotykamy się na ekranie są przyjemne dla oka. Dopracowane, a przy tym charakterystyczne. Nie zapomnicie łatwo tych twarzy (choć moim zdaniem najsłabiej wypada akurat ta, która miałaby być zapewne atrakcją największą, czyli goszcząca nas w swojej rezydencji kochanica Franciszka I, Babou de la Bourdaisiere). Dbają też twórcy o takie drobiazgi, jak zmiana ubioru przez panią domu (połączona z odpowiednimi zmianami na stojaku na suknie). Interesująco wyglądają również, mimo że są dość statyczne, zrealizowane w kolorach sepii cut-scenki, prezentujące wspomnienia, sny, wizje Valdo dotyczące istotnych wydarzeń związanych z Da Vincim i jego pracami.

Oprawa muzyczna jest natomiast wyśmienita. Zauroczył mnie zwłaszcza motyw, który słyszymy zaraz po przyjeździe do rezydencji. Uważam, że jest jednym z najlepszych, jakie słyszałem dotąd w grach. Muzyka nie towarzyszy nam zawsze - jest dzięki temu mniej nachalna, zauważamy jej ponowne pojawianie się... Dźwięki otoczenia również pozostają bez zarzutu - brzmią wtedy, kiedy powinny i tak, jak powinny.

Interfejs jest zazwyczaj wystarczająco wygodny. Ogrom przedmiotów sprawia, że od czasu do czasu trzeba je sobie po prostu poukładać, żeby się nie pogubić. Nie zawsze też przedmioty wracają na miejsce w inwentarzu, z którego je wzięliśmy, zajmując pierwszą wolną przegródkę i wprowadzając bałagan. Hotspoty bywają niekiedy ułożone zbyt blisko siebie - można łatwo przeoczyć, że np. czymś można nie tylko pokręcić, ale i to wyjąć.

EPILOG

Jest zatem Zakazany Manuskrypt grą dosyć krótką, bo w ostateczności niezbyt trudną i większość przykodówkowiczów powinna odkrywać historię Valdo dosyć płynnie. Ale całkiem efektowna oprawa nie skrywa pustki - gra oferuje sporo do zrobienia i przyzwoitą fabułę do odkrycia. Wielość ścieżek, którymi podążyć może gracz, jest chyba zupełnie nieoczekiwanym obecnie - pośród przygodówek krótkich i całkowicie liniowych - powiewem świeżości i największym atutem tego tytułu, windującym jego ocenę (przynajmniej w moich oczach). Jednym słowem - wstyd nie zagrać.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.