Recenzja - Universe
Universe - recenzja
Elum, 27 kwietnia 2014
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ intrygujący (wszech)świat
+ 256 kolorów nawet na Amidze 500!
+ muzyka na Amigach 500, 600 i 1200 (nie mylić z CD32)
+ automaty z grami arcade w barze na Wheelworld :)
Wady:
- monotonna muzyka w wersji PC
- trochę niewygodny interfejs (zwłaszcza w scenach, gdy trzeba działać szybko)
Krótko:
Fantastyka naukowa z przewagą fantastyki. Trochę jak Curse of Enchantia. Tylko lepiej.

"Universe" to tytuł niezwykle pojemny. Na upartego można by nim podpisać większość gier, filmów i książek sci-fi. Przy czym tak się składa, że akurat do gry firmy Core Design tytuł ten pasuje jak ulał. Wprawdzie jej głównym bohaterem, stojącym w centrum wydarzeń, jest od początku do końca Boris Verne, ale to właśnie tytułowy wszechświat wydaje się tu najciekawszy i najdłużej, po ukończeniu gry, pozostaje w pamięci.

Przygoda rozpoczyna się, jak to zazwyczaj bywa, niewinnie. Nastoletni (tym razem bardziej dwudziestoletni, niż dziesięcioletni) Boris zostaje wysłany przez mamę do mieszkającego nieopodal wuja George'a. Młodzieniec ma przekazać wujowi jakąś korespondencję, a przy okazji oderwać się od komputera, przy którym spędza zdecydowanie zbyt dużo, zdaniem swej szanownej rodzicielki, czasu. Na miejscu Boris jak zwykle zastaje dom dosłownie zasypany wynalazkami, nad którymi ekscentryczny wuj nieustannie pracuje. Wśród nich jest też zagadkowa machina, ukryta przed światem w pokoju na końcu korytarza. Machina jest tak duża, że zmieści się w niej nawet siedzący człowiek. A gdyby tak dla zabawy nacisnąć jeden z guzików umiejscowionych wśród migających światełek na swoistym pulpicie sterowniczym? Cóż złego mogłoby się stać...

Universe opiera się z grubsza na tym samym pomyśle co wcześniejsza gra firmy Core Design - Curse of Enchantia. I tam i tu młody bohater niespodziewanie przeniesiony zostaje, wbrew swej woli, do odległego, obcego świata. Obie gry łączy też równie dopracowana oprawa graficzna i podobnie zagmatwany interfejs. Nie znaczy to jednak, że Universe jest wtórna. Stworzona została w dużej mierze przez nowy zespół i wiele rzeczy robi zupełnie inaczej, często lepiej niż Curse of Enchantia. Ze starej załogi pozostał przede wszystkim Rolf Mohr - ten sam, który namalował wszystkie lokacje Enchantii, a tym razem wystąpił również w roli pomysłodawcy, współprojektanta, współscenarzysty oraz... głównego bohatera.

Dwuwymiarowy wizerunek Borisa powstał na bazie sfilmowanej sylwetki Mohra. Core Design była bodaj trzecią firmą, która wykorzystała tę technologię (tzw. rotoscoping) w klasycznej grze przygodowej. Wcześniej postacie animowane rotoscopowo oglądać można było w przygodówkach Sierry (m.in. Laura Bow 2, Police Quest 3, Gabriel Knight) oraz Microprose (Rex Nebular, Return of the Phantom, DragonSphere). Oczywiście w rojącej się od ufoludków Universe większość postaci po prostu narysowano, w tradycyjny sposób. Podobnie powstawały tła lokacji, które wyglądają tu jeszcze lepiej niż w Curse of Enchantia. Są pedantycznie dopracowane, na dalszych planach nie brakuje animowanych elementów, każde nowe miejsce ma swój niepowtarzalny klimat. Wnętrza nie są sterylne, gigantyczne metropolie żyją własnym życiem. Nawet niepozorne, pustynne planety potrafią zachwycić krajobrazem.

Przy czym oprawę Universe najbardziej docenią gracze, którzy mieli okazję ukończyć amigową wersję gry. Po pierwsze, bo jako jedna z niewielu dużych, komercyjnych przygodówek powstała de facto z myślą o Amigach. Po drugie, ponieważ programiści dokonali tu rzeczy nieprawdopodobnej. Uzyskali paletę 256 kolorów na gołej Amidze 500, która standardowo wyświetlała w grach tylko 32 kolory. Żadna późniejsza gra już tego wyczynu nie powtórzyła. W czasach, gdy przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że gry przygodowe są zwykle przestarzałe od strony technicznej, rzadko wykorzystują w pełni możliwości dostępnych procesorów i kart graficznych, warto pamiętać o tym, że w latach dziewięćdziesiątych było dokładnie odwrotnie. Często to właśnie przygodówki wyznaczały nowe standardy i przełamywały kolejne bariery.

Niewątpliwą atrakcją amigowej Universe jest również ścieżka dźwiękowa. Poczas gdy na PC od intra do napisów końcowych skazani jesteśmy na odgrywaną w pętli melodię w formacie MIDI, w wersji na Amigę kompozycji jest o wiele więcej, a muzyka zmienia się dynamicznie wraz z wydarzeniami na ekranie, trochę jak w przygodówkach LucasArts korzystających z systemu iMuse. Co ciekawe, zupełnie inne kompozycje niż w amigowej wersji dyskietkowej posiada konwersja gry przeznaczona dla kompaktowej Amigi CD32. W sumie więc Universe dostępna jest z trzema różnymi ścieżkami dźwiękowymi. A która z nich brzmi lepiej? Zdecydowanie ta najbardziej pierwotna, wydana jako pierwsza - amigowo-dyskietkowa. Inaczej niż w Curse of Enchantia w Universe nie usłyszymy jakichkolwiek efektów dźwiękowych. Zrezygnowano z nich być może dlatego, że niepozorna Amiga nie byłaby w stanie odtwarzać równocześnie złożonej muzyki i efektów. Coś za coś.

Universe od Enchantii odróżnia też tekst. W Enchantii właściwie nie było go wcale, w Universe bardzo tekstowe jest już intro. Przy pierwszym wejściu do każdej nowej lokacji ukazuje się jej tekstowy opis. Są zwyczajowe opisy gorących punktów, przeplatane komentarzami bohatera oraz, co jakiś czas, rozmowy z napotkanymi postaciami. O dziwo, większość tekstów w grze czyta się z przyjemnością. To zaskakujące biorąc pod uwagę fakt jak głupiutka potrafi być Universe. Bohater w dżinsach i granatowym swetrze przeskakuje dziarsko pomiędzy zawieszonymi w przestrzeni kosmicznej asteroidami w poszukiwaniu kawałka drutu, chwilę później wplątany zostaje w jakąś gigantyczną, międzygalaktyczną aferę. Jakimś cudem spośród tych bzdurnych pomysłów wyłania się niezwykle intrygujący (wszech)świat. Chętnie poznałbym bliżej jego mieszkańców, zwiedził te wszystkie zaułki Pfallenop i Wheelworld, do których gra nie dopuszcza. Boris niestety nie ma na to czasu. Jak każdy bohater rasowej przygodówki ma na głowie ważniejsze sprawy.

Zagadki ekwipunkowe w Universe same w sobie nie są szczególnie trudne. Kłopoty może za to sprawiać interfejs, który wprawdzie po Curse of Enchantia został zauważalnie poprawiony, jednak wciąż charakteryzuje się nadmiarem podobnych do siebie opcji. Czasem trudno się zdecydować, której użyć. Czy wbity w ziemię pręt znajdzie się w ekwipunku jeśli po prostu spróbujemy go wziąć (pick up)? Niekoniecznie. Możliwe, że trzeba będzie go najpierw użyć (use) lub pchnąć (push). Poza zbędnymi opcjami interfejsu niepotrzebne śmieci znaleźć można w pojemnej kieszeni Borisa (bywa, że są to dosłownie śmieci). Ale to miła odmiana po przygodówkach, w których bohater(owie) potrafi(ą) wykorzystać dosłownie każdy znaleziony wcześniej przedmiot. Na pewno bardziej kontrowersyjnym urozmaiceniem są swoiste sceny akcji. Bywa, że bohater musi wykonać sekwencję czynności pod presją czasu. Zdarzają się również wymagające szybkiego działania wstawki typowo zręcznościowe.

Universe nie jest idealna. Potrafi być kapryśna i krnąbrna. Zdarza się jej zawiesić w najmniej odpowiednim momencie. Ale i tak ją lubię. To kwintesencja przygodówki ery dyskietkowej, która wszelkie niedoskonałości i chropowatości nadrabia pewnością siebie. Nie podpowiada i niczego nie próbuje ułatwiać. Zna swoją wartość i nie zachęca do tego, aby czym prędzej ją przelecieć i zapomnieć (wiele współczesnych gier wręcz zdaje się krzyczeć z ekranu - "proszę, zalicz mnie jak najszybciej!"). Szkoda, że po Universe firma Core Design zdradziła klasyczne przygodówki z Larą Croft. Gdyby to ode mnie zależało w porę anulowałbym pierwszego Tomb Raidera na rzecz spin-offu Universe opowiadającego o przygodach Snorglata i jego rodziny - ponętnej pani snorglatowej i niesfornych snorglaciątek. To dopiero byłby hit!


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.