Recenzja - Yoomurjak's Ring
Yoomurjak's Ring
Davero, 23 października 2009
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ filmowa realizacja
+ ciekawe miejsca do zwiedzania
+ sporo zagadek, w tym wymagających (ale wciąż fair)
Wady:
- miejscami, dla niektórych, może być za trudna
- ograniczenia w eksploracji miasta
- anglicyzacja(?)
Krótko:
Zwiedzanie węgierskiego Egeru z wykorzystaniem techniki FMV, z próbą zaglądnięcia w przeszłość miasta i rozwikłania zagadki dotyczącej możliwości przemieszczania się w czasie. Połączone z stawianiem czoła szeregowi urozmaiconych zagadek, wymagających kojarzenia w ilościach hurtowych; także niełatwych.

Gry także - niczym film fabularny - potrafią korzystać z pracy prawdziwych aktorów, filmowanych w prawdziwie istniejących miejscach. W świecie przygodówek mieliśmy ich całkiem sporo, a parę naprawdę udanych. Dekada minęła już jednak od czasu, gdy podgatunek gier FMV przeżywał swój rozkwit. Dziś tytuły tego rodzaju pojawiają się absolutnie sporadycznie. Niestety. Mnie ten typ realizacji bardzo odpowiada - dodaje prezentowanej opowieści realizmu, ułatwia zawieszenie niewiary, pozwala spotkać się na ekranie z ludźmi, a nie z mniej lub bardziej udanie animowanymi kukiełkami, daje wreszcie możliwość poznania prawdziwie istniejących miejsc...

Motywacją do stworzenia Yoomurjak's Ring była ta ostatnia okoliczność - Private Moon Studios po prostu wygrało konkurs na stworzenie nowoczesnego środka promocji węgierskiego miasta Eger, proponując promowanie go właśnie poprzez uczynienie go miejscem akcji gry komputerowej. Oprócz Egeru bohaterem Pierścienia Yoomurjaka jest Amerykanin pochodzenia węgierskiego, Jonathan Hunt. Owszem, nazwisko znaczące - Jonathan jest wnukiem, znanego z serii Agon, profesora Samuela Hunta. Sama opowieść zaczyna się dość zwyczajnie. Młody Hunt, po zakończeniu nieudanego związku, postanawia zostawić stare, nowojorskie, śmieci na pewien czas samym sobie i odwiedzić kraj matki. A bezpośrednim pretekstem wybrania właśnie Egeru na miejsce docelowe jest korespondencja dziadka prowadzona z węgierskim profesorem Abrayem, odkryta przez niego w egzemplarzu książki "Gwiazda Egeru" Gezy Gardonyiego, pozostawionym przez dziadka. Abray twierdzi w nich, że odkrył sposób podróżowania w czasie... Jontahan postanawia poszukać krewnych domniemanego odkrywcy, porozmawiać o nim i o jego kontaktach z dziadkiem.

Sposób prowadzenia akcji jest, moim zdaniem, mocną stroną Yoomurjak's Ring. Nie brakuje w niej co prawda elementu fantastycznego, niemniej przez zdecydowaną większość czasu poświęconego grze, gracz odwiedza prawdziwie istniejące miejsca i szuka w nich wskazówek, umożliwiających danie odpowiedzi na pytania, powstające w związku z lekturą zapisków i innych znaków, które zostały - albo przynajmniej jak najbardziej mogły zostać - pozostawione przez prawdziwie istniejące w przeszłości postacie. Nie obejdzie się także bez prowadzenia rozmów z obecnymi mieszkańcami Egeru. W produkcję zaangażowano przy tym całkiem sporą liczbę aktorów, a postaci niezależnych spotkamy wcale niemało. Niektórzy z nich należą przy tym podobno do gwiazd węgierskiego ekranu. Tak, czy inaczej wykonują swoją pracę dobrze, choć - oczywiście - trudno oczekiwać, aby epizodziki filmowane na potrzeby gry komputerowej, dawały możliwość pełnego rozwinięcia skrzydeł przy kreowaniu odgrywanej postaci.

Sama rozgrywka skupia się, jak można się tego spodziewać, na eksploracji. Nie oznacza to przymusowego człapania po Egerze "na własnych nogach" przez całą grę. W miarę poznawania przez Jonathana nowych miejsc na mapce centrum Egeru pojawiają się skróty, dzięki którym można przenieść się do nich jednym kliknięciem. Początkowo jednak z przyjemnością spacerowałem po mieście, poznając otoczenie. Zresztą i na dalszym etapie gry zdarzało mi przejść się "piechotą", rozglądając z przyjemnością po okolicy. Szkoda tylko, że obszar możliwy do eksploracji obejmuje stosunkowo niewielki fragment miasta, a twórcy postawili na niektórych jego ulicach niewidzialne bariery. Po prostu nie pojawia się strzałka umożliwiająca przejście dalej i tyle... Niektóre z tych ograniczeń znikają w trakcie rozgrywki, poczucie niedosytu jednak pozostaje. Ale może jestem nazbyt rozpuszczony przez A Quiet Weekend In Capri i jej następczynię, które pozwalały dojść właściwie w każde miejsce miasteczka, w którym rozgrywała się ich akcja ;). Miłym elementem są natomiast pojawiające się tu i ówdzie niewielkie animacje, sprawiające, że zdjęciowe otoczenie nabiera nieco życia. Szkoda, że nie pokuszono się o wprowadzenie ich do świata gry w większej liczbie.

Myślę, że wspomniane ograniczenie obszaru eksploracji może być wynikiem nie tylko ograniczeń budżetu twórców, ale i tego, że Eger jednak nie jest w całości tak malowniczy, jak Capri. Kiedy spacerowałem jego ulicami w trakcie gry, skojarzył mi się z polskim Zamościem. Centrum z paroma wyróżniającymi się budowlami. Interesująca architektura, jednak z umiarkowanie wysoką zabudową, wskazującą, że do największych miast europejskich Egerowi nieco jednak brakuje. Ciekawa prowincja... Może kompletnie się mylę. Ale to już trzeba sprawdzić na żywo, odwiedzając Węgry :). W każdym razie już w trakcie samej gry można odwiedzić miejsca unoszące brwi i szeroko otwierające oczy. Jednym z nich była dla mnie z pewnością bazylika. Wirtualne spacerowanie po niej, zwłaszcza w towarzystwie muzyki dobranej do tego miejsca przez twórców gry, było świetną namiastką bycia tam, udanie oddając atmosferę miejsca. Z przyjemnością zadzierałem głowę, spoglądając na malowidła, obrazy i układ architektoniczny wnętrza jako taki. Drugim z tych, które mocno zapadły mi w pamięci jest biblioteka. Wyłożone drewnem ściany, ciekawe sklepienie, okna, drzwi... Dopełnione klimatem ciszy, spokoju towarzyszącego nagromadzeniu wielu książek w jednym, starym miejscu. Niemalże czuć zapach drewna i kurzu. Całkiem zajmująca była też wizyta w muzeum zorganizowanym w ruinach egerskiego zamku. Zdarzały się jednak także lokacje nieco wymuszone w swoim charakterze, jak na przykład rupieciarnia zorganizowana w jednym z domów, zwana sklepem z antykami.

Doskonale do takiej eksploracji nadaje się zastosowany w Yoomurjak's Ring interfejs. Na świat gry patrzymy oczami bohatera, a poruszamy nim myszką, rozglądając się swobodnie poprzez poruszanie nią i klikamy nią tam, dokąd chcemy przemieścić prowadzoną postać. Skoki od węzła do węzła zorganizowano przy tym tak, że w większości wypadków gracz nie powinien tracić orientacji w terenie. Oczywiście, pełne 3D w takiej filmowej rzeczywistości byłoby jeszcze lepsze, ale tego może doczekamy się dopiero za jakiś czas. Nie obraziłbym się także, gdyby przygotowano więcej zbliżeń, a obraz prezentowany na ekranie podczas spaceru po Egerze był nieco bardziej ostry. Gra jest łatwa w obsłudze, bez trudu można wchodzić w interakcje z napotkanymi postaciami, posługiwać się przedmiotami z inwentarza (w tym łączyć je). Dziwne tylko, że skoczyć w inne miejsce z poziomu mapy można wyłącznie na zewnątrz budynków. Trzeba się przez to nieraz niepotrzebnie naklikać. W każdym razie, ci zaznajomieni z grami z serii Agon, powinni się czuć jak w domu. Również, niestety, w zakresie ograniczenia miejsc na zapisy stanu gry, które trzeba obchodzić kopiując odpowiedni katalog z folderu instalacyjnego. W angielskiej wersji gry nie działa również funkcja encyklopedii, dostępna w menu. Nie brakowało mi jej specjalnie, niemniej lepiej byłoby, żeby twórcy w ogóle ją usunęli w takim razie, zamiast wprowadzać w błąd użytkowników.

Jeśli chodzi o zadania stawiane przez Pierścień Yoomurjaka przed graczem, to zdecydowanie dominują zagadki, których rozwiązanie wymaga kojarzenia uzyskanych informacji. Tego typu wyzwania należą, moim zdaniem, do najciekawszych z przygodówkowego repertuaru, ale jednocześnie zazwyczaj także do niełatwych. Te, na które gracz natknie się podczas wycieczki po Egerze, wymagają po pierwsze spostrzegawczości - informacje trzeba wszak najpierw dostrzec, odczytać, usłyszeć... Po drugie same skojarzenia potrzebne, by dotrzeć do rozwiązania, bywają wcale nieoczywiste. Dobrze to, czy źle - kwestia gustu. Mnie zdarzało wspomóc się solucją, ale wcale nie narzekam. Uważam, że poziom trudności jest zacny, a postawione przed graczem zadania - fair. Czasami zresztą nie trzeba wcale użyć podpowiedzi twórców, polegając jedynie na własnej intuicji czy wiedzy. Zadania są przy tym dość różnorodne - trzeba będzie używać znalezionych rzeczy, rozwiązywać zagadki słowne, przejść labirynt, narysować herb, dekodować zaszyfrowane teksty, zmierzyć się z zagadką dźwiękową... Tę ostatnią, w razie kilkukrotnego niepowodzenia gracza, Jonathan rozwiązuje jednak sam. Tak, że ci, uczuleni na tego typu przyjemności, mogą być spokojni o stan swoich nerwów.

Yoomurjak's Ring zaczyna się iście filmowo - od czołówki pokazującej podróż Jonathana do Egeru, której towarzyszy naprawdę przyjemna, wpadająca w ucho piosenka. Zgadzam się jednak, że wokal użyty w jej angielskiej wersji ustępuje temu, który można usłyszeć w wersji węgierskiej. Gdyby ktoś miał ochotę posłuchać tej ostatniej, proponuję rzucić okiem do przygodoskopowej zapowiedzi Yoomurjak's Ring. Udźwiękowienie trzyma zresztą poziom właściwie przez całą grę. Aczkolwiek utwór, który pojawia się, kiedy gracz spaceruje po ulicach miasta, towarzyszył mi w trakcie rozgrywki na tyle często, że - mimo, iż sympatyczny - w końcu nieco mi się przejadł. W poszczególnych lokacja nie raz jednak zatrzymywałem się na chwile z przyjemnością skupiając się na płynących z głośników dźwiękach. A wspomniany już wyżej utwór z bazyliki (wykorzystany też na starym cmentarzu) to klasa sama w sobie. Nieco gorzej mam wrażenie wypada tłumaczenie na angielski, które - w związku z zachowaniem oryginalnych węgierskich głosów aktorów - było dla mnie jedynym sposobem komunikacji z grą. W sumie wszystkiego byłem w stanie się domyślić, ale niekiedy użyte sformułowania są dziwne. Czy na pewno błędne - nie podejmuję się wyrokować.

Właściwie od pierwszych chwil polubiliśmy się z Yoomurjak's Ring. Początkowo wciągnęło mnie zwiedzanie, następnie doszło zaintrygowanie tym, jak odpowiedzieć na niektóre pytania. Opowiadana historia nie powala może na kolana, ale pozwala czerpać przyjemności z pozostałych elementów gry, dając wystarczające uzasadnienie podejmowanych działań. Chwilami nawet ciekawiąc. Podobało mi się to, że mogłem dowiedzieć się czegoś o Egerze (będącym - jak się okazuje - taką węgierską Częstochową z czasów potopu szwedzkiego), poczytać, połamać głowę nad zagadkami, pozaglądać w różne miejsca. Do doskonałości brakuje Pierścieniowi Yoomurjaka nieco iskry bożej, powodującej wypieki na twarzy gracza i podniesienie tętna - słowem wciągnięcie w świat gry po uszy. Oprócz tego, to pozycja zapewniająca naprawdę dobrą przygodówkową zabawę w wartym odwiedzenia otoczeniu. Dla wszystkich, myślę, mocna czwórka. Dla fanów gier FMV, takich jak ja, wygłodniałych jak wilki - cztery i pół gwiazdki.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.