Recenzja - Ringworld: Revenge of the Patriarch
Ringworld: Revenge of the Patriarch
Aegnor, 25 kwietnia 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ trochę ładnych lokacji
+ ciekawy świat
Wady:
- niewielka interaktywność
- mało absorbująca fabuła
- archaiczna oprawa dźwiękowa
- śladowe ilości humoru
- banalne zadania
Krótko:
Nużąca i mało interaktywna adaptacja prozy Nivena.

Ringworld: Revenge of the Patriarch to jedna z popularnych w swoim czasie przygodówek opartych na dziełach znanych pisarzy science-fiction. W tym konkretnym przypadku wybór padł na Larry'ego Nivena i jego bestsellerowy cykl "Known Space" z powieścią "Ringworld" (polski tytuł "Pierścień") na czele. Na szczęście twórcy nie ograniczyli się do zwykłej adaptacji i zaserwowali nam kontynuację wydarzeń przedstawionych w książce, w dodatku z udziałem innych bohaterów.

Akcja gry przenosi nas do odległej przyszłości, dwadzieścia lat od przedstawionej w książce wyprawy Louisa Wu, Teely Brown i Mówiącego-do-Zwierząt. Trwa kruchy pokój pomiędzy Zjednoczonymi Narodami Ludzi a Imperium Kzinti, rasą kotowatych wojowników (skojarzenia z "wing-commander'owskimi" Kilrathi ze wszech miar uzasadnione). Obie populacje w pozornej zgodzie budują nowoczesny statek badawczy "Hyperdrive II". Jednak Kzinti w ukryciu zbudowali według tych samych planów okręt bojowy "Destroyer", z którego niszczycielską mocą nic nie może się równać. Ich Patriarcha, Lord Veeshka, pragnie krwawej zemsty na rasie kosmicznych manipulatorów, Laleczników (Pierson's Puppeteers), którzy zakulisowo poparli Ludzi w ostatnim konflikcie i doprowadzili do klęski wojowniczych kotów. W pierwszej kolejności chce jednak ukarać ród bohaterskiego Kzina Chmeee (przybrane imię Mówiącego-do-Zwierząt), który na przekór swoim pobratymcom pomógł sławnemu Louisowi Wu przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Ludzi. Louis brał pod uwagę taki wariant, dlatego się odpowiednio zabezpieczył - na wypadek swojego zniknięcia zostawił swojemu przyjacielowi o imieniu Quinn dysk z potrzebnymi informacjami. To właśnie w tego gwiezdnego najemnika wcieli się gracz, a pierwszym jego zadaniem będzie ostrzeżenie sojuszniczego kziniego rodu o rychłym ataku Patriarchy. Tyle dowiadujemy się z intra.

Fabuła samej gry jest ciekawa, ale nie porywa. Brakuje wyrazistych postaci, którym byśmy szczerze kibicowali. Niby bohaterowie coś tam mówią, czasem nawet zażartują, ale brak w tym wszystkim charakteru i świeżości. Mimo, że w kilku momentach wymagana jest szybka reakcja gracza, rozgrywka wywołuje śladowe ilości adrenaliny - sporo tu dłużyzn, a gra jest zwyczajnie przegadana. Ogólne zniechęcenie do programu pogłębia się dodatkowo przez wrażenie niewielkiego wpływu na przedstawione wydarzenia. Jest on tak śladowy, że można odnieść wrażenie, iż Ringworld to jakiś prekursor filmu interaktywnego. Przez większość czasu udział gracza sprowadza się do roli biernego obserwatora, a jeśli już ma coś do roboty, to bywa, że inna postać wykona czynność za nas, bo za bardzo się guzdraliśmy. W rezultacie niewiele jest do zrobienia, a nieliczne zagadki są w dodatku bardzo proste. Nie ustrzeżono się też nonsensów np. bohater bez trudu wydostaje się z pułapki swoich wrogów, a po powtórnym schwytaniu jest w niej ponownie zamykany, by powtarzać cały ten rytuał do skutku. W świetle tak prymitywnych rozwiązań drabina noszona przez Quinna w kieszeni już nas tak nie razi. Nie lepiej jest z prowadzonymi przez nas dialogami - co prawda w kilku przypadkach mamy możliwość wyboru opcji dialogowej, ale ich skutki albo są identyczne albo podobne. Na plus należy zaliczyć natomiast to, że gra nie wymaga znajomości książek Nivena (choć jeśli ktoś się z nimi zapoznał, to nie tylko poczuje się jak w domu, ale i znajdzie wiele książkowych smaczków). To właśnie świat stworzony przez pisarza jest największym atutem gry, ale nawet on nie potrafi zrekompensować wszystkich jej słabości.

Grafika się postarzała, ale nadal sprawia przyjemne wrażenie, oczywiście po znieczuleniu się na jej "pixelowatość". Plansze są całkiem ładne, szczególnie te przedstawiające monstrualne kosmiczne statki. Rysunki lokacji nie są całkowicie statyczne, możemy zaobserwować migoczące konsolety, żarzący się ogień, drgającą wodę czy unoszący się dym. Bardzo dobrze prezentują się też rysunki twarzy postaci, które widzimy w czasie rozmowy. Są świetnie wykonane, zróżnicowane (duże brawa za koncepty różnych ras) i pomysłowo zanimowane. Gorzej jest z samą animacją - postacie poruszają się sztywno i nienaturalnie, a Szukający-Zemsty spaceruje z gracją niedźwiedzia, a nie drapieżnego kota.

Oprawa dźwiękowa jest nadzwyczaj marna, ale w tamtych czasach muzyka była piętą achillesową PC, więc nie jest to przypadek odosobniony. Prymitywne dźwięki szybko zaczynają denerwować, zatem najlepiej je po prostu wyłączyć, a w ich miejsce puścić sobie w tle np. Jarre'a. Nic nie stracimy, bo w grze nie zawarto głosów postaci, nawet w wersji CD.

Interfejs gry jest przejrzysty i intuicyjny - wciskając prawy klawisz myszki uzyskujemy dostęp do poszczególnych akcji (poruszanie się, oglądanie, używanie, ekwipunek) i podstawowych opcji gry. Kształt kursora zmienia się w zależności od wybranego działania, a jego miejsce docelowe wskazujemy lewym klawiszem myszki. Jest tutaj jeden poważny mankament - jeśli nasza aktywność okaże się bezproduktywna, to kursor wróci do domyślnej opcji poruszania się. Powoduje to konieczność żmudnego powtarzania całej operacji. Ekwipunek jest przedstawiony obrazkowo, ale mamy do dyspozycji opcję uzyskiwania o nim podstawowych informacji. Bardzo ciekawym pomysłem jest komputer pokładowy, w którym odnaleźć można podstawowe dane na temat przeróżnych form życia i politycznych frakcji występujących w kosmosie. W większości nie wiążą się one z samą rozgrywką, ale stanowią cenne dopełnienie przedstawionej wizji tego uniwersum.

Podsumowując, Ringworld nie jest i nigdy nie był szczególnie udaną przygodówką. Jest tu trochę oldschoolowej fantastyki - z brodatymi kosmonautami w obcisłych kostiumach, laserowymi pistoletami i humanoidalnymi kosmitami, z którymi zawsze da się jakoś dogadać. I chyba tylko ludziom lubującym się w takiej stylistyce można ten program polecić. Resztę odstraszy przestarzała oprawa, dłużyzny i ogólny brak grywalności.


Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.