Recenzja - Undercover: Operation Wintersun
Undercover: Operation Wintersun
Davero, 4 marca 2008
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ nieczęsta w grach przygodowych tematyka
+ nieco inny niż zazwyczaj bohater
Wady:
- mało rozbudowana fabuła
- wady konstrukcji niektórych z zadań
- niekiedy poczucie sztuczności jej samej oraz wplecionych w nią zagadek
- brak bardziej wygórowanych wyzwań dla intelektu
Krótko:
Niezbyt rozbudowana intryga w drugowojennych dekoracjach. Plus nie do końca tuzinkowy główny bohater. Oraz trochę - w większości klasycznych - zadań do wykonania, zaprojektowanych jednak w sposób nie całkiem satysfakcjonujący.

Undercover: Operation Wntersun zapowiadała się jako naprawdę ciekawa gra. Sceneria drugiej wojny światowej, realistyczna intryga szpiegowska, agent-profesor jako główny bohater - to nieczęsto spotykane w grach przygodowych elementy. Ale... Niestety jest kilka "ale". I to bynajmniej nie ciemnych i mile łechtających podniebienie bąbelkami.

Sceneria drugiej wojny światowej rzeczywiście w Undercover zaprezentowana została. Wycinkowo, ale to nie problem. Bardziej można narzekać na to, że mało intensywnie - w sposób nie pozwalający nawet mnie, Polakowi (któremu wszak od czasów dzieciństwa przypominano po wielokroć o tym, czym była ta wojna) poczuć, że uczestniczę w ogromnym, kluczowym dla losów Europy, świata i milionów ludzi konflikcie. Również intryga związana z koniecznością potwierdzenia doniesień na temat potencjalnej nowej broni tworzonej przez nazistów, zanadto mnie nie poruszała, wcale nie przekonując do tego, że jeśli tylko wyłączę komputer przed skończeniem zadania, ryzykuję, że nazistowskie Niemcy rozstrzygną konflikt na swoją korzyść.

Mam wrażenie, że przyczyną tego, było w dużej mierze wrażenie sztuczności. Sztuczności dialogów, sztuczności zagadek, sztuczności ich rozwiązań... Dość często rozmowy pomiędzy bohaterem a postaciami niezależnymi prowadzone były w sposób, który uznałbym pewnie za właściwy, gdyby rozmawiały ze sobą dwa roboty o sporym zasobie słownictwa, ale nie rozumiejące tak naprawdę tego, co mówią i w związku z tym nie do końca trafnie (a czasem nietrafnie) dobierające sformułowania do okoliczności danej sytuacji. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak przyznać, że zdarzały się też dialogi ciekawe i dobrze zagrane, jak na przykład rozmowa z niemieckim pijaczkiem. Sympatyczne potrafiły być także pogaduszki z księdzem, czy komentarze Anne Taylor, pomagającej profesorowi Russelowi wykonać zadanie.

Ugłosowienie postaci (gra została w pełni zlokalizowana) mieści się w krajowym standardzie; gdzieniegdzie mile, gdzieniegdzie niemile od niego odchodząc. Pamiętnych kreacji Undercover w polskiej wersji językowej raczej jednak nie przyniesie. Jeśli idzie zaś o samą jakość tłumaczenia, też nie ma powodów, aby się nad nią srożyć. Błędy się zdarzają, jasne, ale powodów do krzesania iskier zębami raczej być nie powinno. Oprawa dźwiękowa, w tym muzyczna, w pozostałym zakresie także nie wryła mi się w pamięć. Kilka fragmentów melodii i owszem, zwróciło moją uwagę, niemniej jest szansa, że ich podmiany na inne nawet bym nie zauważył...

Do wywołanych już wyżej zagadek przechodząc, wskazać trzeba, że Operation Wintersun stawia przed graczem w głównej mierze zadania ekwipunkowe. Choć zdarzają się i zagadki logiczne, a czasem trzeba się zmieścić z wykonaniem wymaganej czynności w ograniczonej ilości czasu. Niekiedy też okoliczności złożą się tak, że porażka sprawia, iż trzeba do określonego zadania podchodzić po raz kolejny, od początku (bo np. złapią nas strażnicy, czy wybuch przerwie gwałtownie żywot). Zagadki czekające na gracza generalnie należy zaliczyć do łatwych. Gra toczy się liniowo od zdarzenia do zdarzenia, przy czym z okoliczności, albo i bardziej dosłownych podpowiedzi, zazwyczaj jasno wynika, co dalej. Niemniej czasami sama konstrukcja zagadki jest dosyć dziwna. Na przykład, gdy prof. Russel po szarpnięciu jednej z szuflad napotkanego biurka, stwierdza, że wszystkie jego szuflady połączone są w zmyślny mechanizm, blokujący dostęp do tej jednej, nie pozostaje nic innego, jak tylko metodą prób i błędów ustalać, jaki powinien być ich układ (przynajmniej ja nie dostrzegłem w grze wskazówki w tym zakresie). A czasami rozwiązanie zagadki przyprawia o chęć postawienia twórców na miejscu bohatera i patrzenia, jak sami robią to, co wymyślili dla niego (tego życzyłem im zwłaszcza w wypadku zadania ze snajperem). W sumie zatem, pomimo iż gra oferuje co nieco do zrobienia, to wielkiej przygodówkowej przyjemności, ani satysfakcji nie sprawia. Zwłaszcza, że twórcy nie powstrzymali się od zaserwowania graczom "polowania na piksele", niekiedy potraktowanego bardzo dosłownie. A fakt, że zmierzenie się z nim stanowi największe wyzwanie podczas całej rozgrywki, nie stawia Undercover w najlepszym świetle.

Przy czym i owo wspomniane "co nieco do zrobienia" ograniczono o tyle jeszcze, że gra jest naprawdę krótka. Najwyżej na kilkanaście godzin grania (ja grałem dwa popołudnia z wieczorami). Nic więc dziwnego, że anonsowana na wstępie realistyczna intryga szpiegowska nie ma warunków po temu, by nabrać choćby jako takiego rozmachu. I trudno ją uznać w efekcie za nadzwyczaj wciągającą (pomijając już nawet mankament w postaci sztuczności niektórych z zaprezentowanych w niej okoliczności). Wstęp z szybkością światła przechodzi w rozwinięcie, w ramach którego można zwiedzić trzy nienadzwyczajnie rozbudowane lokacje w Berlinie, dwie poza nim, by nim się człowiek obejrzy, dotrzeć do epilogu na froncie wschodnim. Można oczywiście uznać całość wydarzeń za błyskawiczną akcję sił szybkiego reagowania Jej Królewskiej Mości, ale mam wrażenie, że szpiedzy działają jednak nieco inaczej.

Szczęście, że chociaż główny bohater jest całkiem sympatyczny. Gdyby gra była dłuższa, można by się z nim było zaprzyjaźnić, jak sądzę. Profesorowi towarzyszą na obcej ziemi także bohaterowie niezależni - agenci Graham i Anne. Biorąc pod uwagę, kto pełni jakie funkcje w tym trio, to Russel powinien pomagać im. Tymczasem, te asy wywiadu nie robią niemalże nic innego, jak tylko czekają aż podopieczny gracza rozwiąże wszystkie problemy za nich. Trudno więc uznać ich obecność w grze za w pełni wykorzystaną.

Jeśli idzie o oprawę graficzną Undercover - nie ma powodów do narzekań. Jasne, widziałem już lepszej jakości tekstury. Nikt by się też pewnie nie obraził na to, gdyby lokacje były nieco bardziej wypełnione "życiem". Tak, że oprawa wizualna nie będzie z pewnością czymś, co by miało do Operation Wintersun przyciągać graczy. W żadnym wypadku nie powinna jednak do tego tytułu zniechęcać. Podobny osąd można wydać odnośnie do wyglądu i animacji postaci; pozostają na przyzwoitym poziomie. Choć - dla przykładu - ich twarze sprawiają niekiedy wrażenie posiadania nieco nienaturalnych kantów, a dłonie wyglądają dość topornie i noszą dziwne wcięcia po wewnętrznej stronie stawów, dzięki którym możemy zginać palce.

Jest więc Undercover: Operation Wintersun doskonałym przykładem przeciętniaka pośród przygodówek. Nie ustrzegła się niedociągnięć i błędów, nie oferuje nic, co mogłoby jej zapewnić miejsce w panteonie gier przygodowych. Ale pozwala porozwiązywać trochę zagadek, poprowadzić trochę dialogów, zobaczyć parę miejsc... W zależności od doświadczenia i nastroju gracza, może go albo nieco zniechęcić nienajlepszą organizacją fabuły, prostotą zagadek (a jednocześnie sztucznością niektórych z nich), albo przyciągnąć nieczęsto wykorzystywanym w tym gatunku drugowojennym sztafażem, czy nutą świeżości cechującą prowadzonego bohatera. A może i jedno, i drugie naraz. Ostatecznie, cieszyć się pozostaje, że obecnie wychodzi już tyle nowych gier przygodowych, że nie musimy udawać, że każda z nich to świetna partia utrzymująca gatunek przy życiu.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.