|
Largo Winch - przynajmniej ten występujący na moim komputerze - niespecjalnie przejmował się swoim zagrożonym imperium. Dopiero trzecie podejście do gry pozwoliło mi ją ukończyć. Dwa pierwsze (jeszcze na Windows 98) zakończyły się sromotną porażką, ze względu na to, że w pewnym momencie gra zawieszała system i... pozostawało wcisnąć przycisk "reset". Imperium to - biznesowe imperium - Largo Winch odziedziczył po Nerio Winchu, który adoptował go lata temu, jako małego chłopca.
W grze poznajemy Largo w kilka lat po śmierci ojca. Młody rekin przedsiębiorczości opowiada mediom o darze w postaci 70 tysięcy ton mleka, jaki pozostająca pod jego kierownictwem Grupa W przeznaczyła dla pogrążonej w wojnie ze swoim sąsiadem Drinavii. Z późniejszych rozmów dowiadujemy się, że agresorem jest Beluko, a stosunki pomiędzy państwami od lat pełne są nienawiści, tyle tylko że ostatnio odwróciły się role oprawcy i ofiary. Sytuacja jest fikcyjna, ale przebieg akcji wskazywałby na to, że chodzi o państwa półwyspu bałkańskiego.
Przyjęcie mające uświetnić ogłoszenie tego charytatywnego przedsięwzięcia zostaje jednak przerwane alarmem bombowym, po czym okazuje się, że jedna z pracownic Grupy W została okradziona z ważnych dokumentów, wskazujących na nieprawidłowości związane z wytwarzaniem GMO (tj. organizmów zmodyfikowanych genetycznie) w jednej z meksykańskich fabryk koncernu. To jednak dopiero początek zakrojonej na szeroką skalę intrygi.
Largo Winch jest już od lat bohaterem komiksów, których scenarzystą jest Jean van Hamme, a rysownikiem Philippe Francq (a które powstały na podstawie powieści napisanych przez tego pierwszego). Również i historia opowiedziana w Empire Under Threat nie odbiega wiele od typowej komiksowej fabuły. Dość uproszczona, czarno-biała... ale w sumie i komputerowe opowieści rzadko kiedy mają do zaoferowania coś więcej. Klimat jest miejscami może nawet nieco bondowski, łącznie z przypadkami udanego zestrzelenia helikoptera z krótkiej broni ręcznej. Jednak ciekawa realizacja pomaga wciągnąć się w to, co oglądamy na ekranie. Po a'la filmowej czołówce akcja toczy się dość szybko, przerywana dosyć gęsto cut-scenkami (w większości na silniku gry)... Tyle tylko, że po dobrym wrażeniu jakie pozostawia pobyt w pierwszej czy drugiej lokacji, dalsza gra sprawia już jednak coraz mniejszą przyjemność.
Sympatyczna grafika i dobrze dopasowana do okoliczności muzyka same w sobie nie wystarczą przecież, żeby utrzymać dłużej zainteresowanie gracza (przynajmniej przygodówkowicza). Oczywiście mówiąc dziś sympatyczna grafika, trzeba pamiętać, że gra ma już parę lat na karku i - dla przykładu - w najnowszych produkcjach twarze postaci zwykło się przedstawiać bardziej realistycznie, czy lepiej radzić sobie z włosami. Wciąż jednak komputerowi bohaterowie nie wyglądają źle. Podobnie i animowani są przyzwoicie. Bardzo dobrze - po dziś dzień - wyglądają natomiast lokacje. To znaczy wnętrza, bo plenery cierpią już na dość częstą przypadłość starszej grafiki 3D w postaci pudełkowatości i pewnej sztuczności wyglądu. Wnętrza odwiedzanych pomieszczeń wypełnione są pokaźną liczbą rozmaitych przedmiotów oraz teksturami, do jakości których trudno mieć większe zastrzeżenia. Naprawdę byłem nimi wręcz zaskoczony. Zwłaszcza, że Largo Winch: Empire Under Threat to konwersja z konsoli! Choć pewnie pomaga jej w pewnym stopniu możliwość wyboru wysokiej rozdzielczości na PC-cie.
Owa przyjemność grania maleje chyba głównie ze względu na powtarzalność tego, co robimy. Lokacje są małe - gracz zamknięty jest niekiedy w paru dosłownie ekranach. Na dodatek stanowią one na dobrą sprawę odrębną całość. Poza linią fabularną łączącą wydarzenia w kolejnych odwiedzanych miejscach, nie są ze sobą spięte dodatkowo właściwie żadnym związkiem pomiędzy rozwiązywanymi zagadkami. Na dodatek w ramach danej lokacji elementów aktywnych - z którymi można coś zrobić, też jest jak na lekarstwo. W efekcie trudno liczyć na jakieś bardziej skomplikowane czy ciekawe zadania. Wymyślenie, co można zrobić ze znalezionymi przedmiotami w odkrytych miejscach, nie powinno nastręczać trudności. A nawet gdyby, użycie wszystkiego na wszystkim zajmie ledwie parę chwil. Z tego samego względu niewiele pomaga w tym zakresie oddana do dyspozycji gracza możliwość kombinowania przedmiotów ze sobą. A że mogłoby być ciekawiej świadczy choćby fragment na wyspie Sarjevane. Trochę więcej miejsca, trochę więcej hot-spotów, trochę mniej oczywiste sposoby użycia znalezionych przedmiotów i już się robi bardziej interesująco.
Oprócz zadań opartych na używaniu przedmiotów z ekwipunku, Largo trafia też na zagadki logiczne. Niestety jednego typu jedynie, polegające na hackowaniu rozmaitych zabezpieczeń komputerowych. Te bywają już trudniejsze od ekwipunkowych. Szkoda tylko, że nie zadbano o ich większe urozmaicenie. Niekiedy gracz zmuszony będzie też poprowadzić dialog w odpowiedni sposób, aby popchnąć akcję w pożądanym kierunku, ale brak właściwego wyboru linii dialogowej za pierwszym razem w niczym nie przeszkadza zagadnąć bohatera niezależnego ponownie i wygłosić z powodzeniem kwestię całkowicie odmienną od poprzedniej. Można być pewnym, że przyjmie on to ze zrozumieniem i zrobi to, czego po nim oczekujemy. Largo, jako głowa Grupy W, musi też podejmować decyzje biznesowe dotyczące bieżącej działalności przedsiębiorstwa na podstawie analizy danych. Ja podjąłem dwie prawidłowe oraz jedną błędną i nie zauważyłem, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie dla rozgrywki. Czeka go też parę partyjek pokera.
Twórcy postanowili urozmaicić grę scenami walki. Są one rozgrywane systemem turowym i raczej nudne, niestety, mimo że w większości z nich towarzyszy nam partner(ka) z dodatkową umiejętnością specjalną. Wrogowie nie prezentują nic ciekawego, a podstawową bronią do użycia są własne ręce i nogi. Tak, że nie wzbudzały one we mnie ani specjalnego entuzjazmu, ani emocji. Ot, trzeba poczekać, aż się pokopią, pobiją, porzucają... Jak się nie udało za pierwszym razem wygrać, to się uda pewnie za drugim, po krótkiej analizie, gdzie się popełniło błąd w taktyce. Starcia są bowiem, szczęśliwie, dosyć łatwe więc stosunkowo szybko można je mieć za sobą.
Sterowanie - jak to typowo bywa przy konwersjach z konsoli - odbywa się za pomocą klawiatury. Przy czym można ustawić je z określeniem kierunków jako bezwzględnych, albo oznaczanych z punktu widzenia prowadzonej postaci. I dobrze. Szkoda natomiast, że nie można skonfigurować klawiszy według swojego upodobania. Na ekranie nie widać żadnego kursora, a Largo (niczym Manuel Calavera) spogląda w kierunku aktywnych przedmiotów, które ulegają wówczas podświetleniu. Zdarzają się jednak na tyle małe, że łatwo można przeoczyć tak je, jak i krótkie spojrzenie młodego Wincha w ich kierunku. W sumie bez rewelacji, ale i bez specjalnych narzekań.
W opcjach gra pozwala włączyć napisy podczas dialogów i to w czterech różnych językach: angielskim, niemieckim, francuskim i włoskim. Rosyjskiego najwyraźniej nikt w ekipie tworzącej grę nie znał, bo napisy, na które natykamy się, gdy Largo odwiedza naszego wschodniego sąsiada, nie są nawet napisane poprawnym alfabetem. Aktorzy mówią dosyć wyraźnie. Ich gra w ogóle jest poprawna, choć nie spodziewam się, żeby którakolwiek z postaci zapadła w pamięć graczy na dłużej. Jeśli o opcjach mowa, to warto zaznaczyć, że inaczej niż większości konwersji z konsoli, Empire Under Threat pozwala zapisywać grę w dowolnym momencie i ile razy się chce.
Krótko podsumowując, można powiedzieć, że omawiany tytuł to co najwyżej przeciętniak. Ma pewne zalety, trochę więcej wad... Jeśli ktoś ma ochotę na niezbyt długą, niezbyt trudną, skupiającą się na opowieści w komiksowym stylu rozgrywkę i nic lepszego pod ręką - może spotkać się z Largo Winchem.
|