Recenzja - Rise of the Dragon
Rise of the Dragon - recenzja
Aegnor, 4 maja 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ stylowa grafika
+ wciągający klimat
+ wrażenie realności
+ kreacja świata
+ poziom dopracowania
Wady:
- sekwencje zręcznościowe nie przystające poziomem do gry
- frustrujące limity czasowe pod koniec rozgrywki
Krótko:
Znakomita opowieść noir utrzymana w klimatach "Blade Runnera". Chwyta za gardło i nie puszcza przed świtem.

Pierwszy raz po Rise of the Dragon sięgnąłem 17 lat po jej premierze. Kiedy o niej przeczytałem w jednym z pierwszych numerów nieistniejącego już czasopisma Secret Service (rocznik 1993), zamarzyłem sobie żeby w nią zagrać, choć już wtedy miała 3 lata na karku i była technicznie przestarzała. Zwodnicze koleje losu sprawiły, że na tę przyjemność musiałem jeszcze długo poczekać. Z jednej więc strony spory sentyment do obiektu swoich dziecięcych marzeń, z drugiej niebezpiecznie nadmuchany balon oczekiwań i dość szczegółowa znajomość fabuły (tak, wtedy czytało się po kilka razy nawet solucje do gier, których się na oczy nie widziało). Czy było warto czekać? Jak najbardziej!

Twórcy nawet nie starali się ukryć inspiracji filmem "Blade Runner", bohater nazywa się więc William "Blade" Hunter i nosi płaszcz niemal identyczny jak Rick Deckard. Świat też jest podobny, by nie rzec identyczny. To nie sielankowa przyszłość szklanych biurowców i uczynnych obywateli w jasnych uniformach. To raczej ponure jutro miejskich slumsów i ciasnych zapluskwionych klitek, tygiel subkultur, siedlisko zarazy, zbrodni i najprymitywniejszych ludzkich żądz. To duszna atmosfera Chinatown, wszechobecne graffiti i leciwe neony, specyficzny melanż nowoczesności i "staroświeckiej" techniki (pokaźnych rozmiarów kamery i monitory, analogowe kasety, tarczowy telefon, klawiatury jak maszyny do pisania, "papierowe" akta itp.).

Nasz bohater, jak na opowieść noir przystało, jest prywatnym detektywem, prowadzącym mało satysfakcjonującą egzystencję i równie marny biznes w ciasnej, obskurnej kawalerce. Jednak wkrótce karta może się odwrócić, bo otrzymał właśnie poufne zlecenie od samego burmistrza Vincenziego - ma odkryć kto zamordował jego córkę, Chandrę. Słowo "zamordował" nie do końca oddaje stopień wyrafinowania tej zbrodni - ktoś podsunął Chandrze zatruty plaster narkotyczny, który w ciągu kilku minut zniekształcił jej ciało nie do poznania. Burmistrza nie interesuje motyw zabójcy, cokolwiek by nim było - niespłacone długi, prywatne porachunki, wojny gangów albo narkotykowych karteli czy zemsta zdradzonego kochanka - on chce tylko dorwać go w swoje ręce. Blade ma tylko znaleźć drania, a po wszystkim trzymać gębę na kłódkę, bo jakikolwiek rozgłos mógłby zaszkodzić Vincenziemu w nadchodzących wyborach.

Fabuła gry rozwija się bardzo ciekawie, wiarygodnie, dynamicznie i nieliniowo, a zwieńczona jest dwoma możliwymi zakończeniami. Na swojej drodze spotykamy zarówno osoby, którym chce się zaufać, jak i oprychów, których najchętniej rozdarlibyśmy na strzępy. Gdzieś w międzyczasie niepostrzeżenie zaczynamy się utożsamiać z głównym bohaterem, a uciekający czas znakomicie buduje napięcie. Podczas gry w Rise of the Dragon po prostu siedzimy w tym świecie po uszy.

Wizualnie gra jest stylowa, nastrojowa i jak na 256 kolorów prezentuje się po prostu wybornie, po raz kolejny udowadniając, że tradycyjna, ręcznie rysowana grafika starzeje się dużo wolniej niż techniczne nowalijki. Futurystyczna metropolia w cyberpunkowo-dekadenckiej stylistyce jest po prostu znakomita. Lokacje żyją - migają neony, przelatują śmigłowce, bezdomni grzeją się przy prymitywnych koksownikach, z przerdzewiałego kranu kapie woda, po rurach kanału przebiegają szczury, wiatr unosi porzucone papiery, na scenie klubu powabnie gną się tancerki, a ludna za dnia okolica ratusza po zmroku zamiera. Animacje nie są rozbudowane (mają zaledwie po kilka klatek), ale bardzo zgrabnie budują atmosferę gry. Jako że akcję śledzimy z perspektywy pierwszej osoby, naszego bohatera widzimy tylko w czasie "scenek" przerywnikowych, złożonych z sekwencji komiksowych obrazków. A te są klasą samą w sobie - pomysłowe, drobiazgowo dopracowane, dynamiczne i intrygujące. Aż chce się grać po raz kolejny by zobaczyć je wszystkie. W grę wpleciono ponadto kilka zdigitalizowanych zdjęć aktorów, zresztą zupełnie niepotrzebnie, bo wyglądają znacznie mniej atrakcyjnie niż rysunkowe postacie (szczególnie w przypadku narzeczonej głównego bohatera).

Interfejs jest przemyślany, ale trudno go dziś nazwać intuicyjnym. Zamiast pojedynczych kliknięć będziemy tu musieli często "przeciągać" przedmioty z wciśniętym lewym klawiszem myszki (pod prawym kryje się funkcja "look"). Okno ekipunku jest czytelne i funkcjonalne, obok graficznych miniaturek inwentarza możemy uzyskać dodatkowe o nim informacje i zobaczyć go w pełnej krasie po kilknięciu prawym przyciskiem myszy. Niektóre przedmioty, jak odzież czy broń, musimy przeciągnąć na okienko bohatera żeby ich "użyć". Po mieście poruszamy się metrem (dopiero pod koniec rozgrywki możemy zdobyć hovercrafta), wskazując na mapie miejsce, do którego chcemy się udać. Z lokacji do lokacji poruszamy się klikając na obszar, w którym kursor zmienia kształt na zielony neon z napisem EXIT. W kilku przypadkach trudno jest jednak dostrzec, że jakieś pomieszczenie lub zaułek w ogóle się tam znajduje.

W Rise of the Dragon niezwykle istotną rolę odgrywa czas, urasta on niemal do roli równorzędnego gracza. Nie jest to tylko prosty limit, w którym musimy się zmieścić, bo równie często to nam przypada czekać na pewne wydarzenia i jakbyśmy się nie starali, to nie rozwiążemy zagadki morderstwa Chandry w czasie jednego dnia czasu gry. Kontrolę nad upływem czasu ułatwia nam zegar w menu ekwipunku, który możemy przesuwać do przodu o minuty lub całe godziny.

W grze udało się stworzyć wrażenie realności i swobody działania, która nawet z perspektywy czasu budzi podziw. Bohater musi spać (najlepiej w domu, o ile nie chcemy pozbyć się kilku cennych przedmiotów), obrażeni rozmówcy ostentacyjnie nas ignorują, nie wejdziemy do chronionego klubu z giwerą za pazuchą, a eskapada na miasto w samej bieliźnie szybko skończy się zapuszkowaniem pod zarzutem obrazy moralności publicznej. Takich drobiazgów jest w grze mnóstwo i sprawiają, że możemy się poczuć częścią przedstawionego świata.

Zagadki są w większości proste lub bardzo proste - polegają na logicznym, zdroworozsądkowym używaniu przedmiotów, jedynym problemem staje się więc ich zdobycie. Wiele zadań można rozwiązać na co najmniej dwa sposoby, więc nawet jeśli popełnimy istotny błąd (np. zatrzaśniemy drzwi do swojego mieszkania, zostawiając w środku kartę dostępu), to zwykle da się go naprawić lub "obejść". W grze można się wprawdzie permanentnie zaciąć, ale gra zwykle nas o tym od razu poinformuje, dzięki czemu nie będziemy niepotrzebnie tracić czasu. Można też zginąć, więc częste zapisywanie stanu gry jest jak najbardziej wskazane. Kilka zagadek wymaga solidniejsze wysilenia szarych komórek, ale i w tym przypadku nie jest to wysiłek nadmierny, ani leżący poza granicami możliwości przeciętnego gracza.

Twórcy postanowili uatrakcyjnić rozgrywkę kilkoma fragmentami zręcznościowymi, a konkretnie dwoma strzelankami "platformowymi" i dodatkowo jednym "celowniczkiem" (w razie, gdybyśmy nie natrafili na pierwszą z sekwencji walki). Nie są one szczególnie trudne, ale ze względu na specyficzną klawiszologię niejednego przygodówkowego gracza doprowadziłyby zapewne do białej gorączki. Na szczęście producent w porę zdał sobie z tego sprawę i po pięciokrotnym fiasku możemy ominąć mini-gierkę bez żadnych negatywnych konsekwencji.

Po Rise of the Dragon powinien sięgnąć każdy miłośnik gier przygodowych. Oferuje bardzo ciekawy świat, wciągającą fabułę, niepowtarzalną atmosferę i całe tony grywalności, a ręcznie rysowana grafika powinna być do przełknięcia nawet dla współczesnych graczy. Doskonale pokazuje, że przyjemności nie mierzy się w gigabajtach i wypchane po brzegi płyty dvd częstokroć nie mogą się pod tym względem równać z tytułami ściśniętymi na kilku dyskietkach albo skrawku taśmy magnetofonowej.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.