Recenzja - Timeline
Strona główna

Encyklopedia
Zapowiedzi
Recenzje
Solucje
Ciekawostki
Screeny
Grafiki
Zdjęcia
Filmy
Dema

FORUM

Kącik amatora
Kulisy produkcji
Plan wydawniczy
Rzut okiem
Czytelnia
Redakcja

Ścinki
The Inventory Polska
Timeline - recenzja
Virgo, 30 lipca 2008
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ prostota (dla nowych graczy)
+ modele postaci
+ tryb zwiedzania
+ odwzorowanie rzeczywistych miejsc
+ przybliżenie mało znanego w Polsce okresu historii powszechnej
+ możliwość wzięcia udziału w turnieju rycerskim
Wady:
- prostota (dla starszych stażem graczy)
- problemy z enginem
- niewielka wartość edukacyjna (głównie z braku polskiej wersji językowej)
- bliska zeru zawartość elementów przygodowych
- wtórna fabuła
- idiotyczne AI
- i mógłbym tak jeszcze długo...
Krótko:
Marna próba zarobienia na popularności książki i nazwisku autora. Najmłodszym graczom może się podobać, reszcie do gustu może przypaść walka na kopie. Jednak to zdecydowanie zbyt mało by było warto zainwestować w grę swój czas, o pieniądzach nie wspominając.

Czytanie instrukcji do gry czasami potrafi być niezwykle pouczającym i zajmującym zajęciem. W przypadku instrukcji do Timeline, oprócz tego co każdy spodziewałby się tam znaleźć, trafić można na sporo obietnic. Większość z nich cechuje jedno - są bez pokrycia. A zacząć należałoby już od tego, że dziecko Michaela Crichtona do przygodówek można zaliczyć tylko, jeśli wcześniej mocno rozszerzymy definicję tego gatunku.

Jak łatwo się domyśleć powodem jest dominacja elementów zręcznościowych. Chociaż dominacja to mało powiedziane - to wprost hegemonia. W całej grze trafimy zaledwie na kilka przypadków, w których twórcy wymagają od nas czegoś innego niż sprawnych palców/oka. Przez większą część Timeline będziemy biegać, skakać, rzucać, walczyć (także na koniu w turnieju rycerskim), a nawet zjeżdżać na tyłku po górskim zboczu. A i tych kilka elementów przygodowych wielkim wyzwaniem nie jest - lokacje są niewielkie, a Kate (nasza towarzyszka) swoimi komentarzami daje nam wskazówki (wyłączyć się ich nie da). Jeśli dodać do tego fakt, iż gra niemal cały czas prowadzi nas za rękę, nie dziwi, że można ją skończyć w jedno popołudnie.

Równie niewiele co o elementach przygodowych w Timeline można powiedzieć o jej głównym bohaterze. Nazywa się Chris, jest archeologiem, absolwentem uniwersytetu Yale i najzdolniejszym studentem profesora Johnstona. I tyle. W czasie gry nie będzie nam dane ani go zobaczyć ani nawet usłyszeć. Ba, gdyby nie instrukcja prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy nic poza tym jak ma na imię i jaki jest jego zawód. Podobny zabieg co prawda nieźle sprawdzał się m.in. w grach z serii CSI, jednak tam alter ego gracza nie posiadało także imienia co miało sprawiać wrażenie, iż bohaterem jest sam gracz. W omawianej grze takiego wrażenia nie ma, jest zamiast tego irytacja. A może to tylko ja lubię wiedzieć w kogo się wcielam?

Więcej na szczęście można powiedzieć o fabule. Naukowcom w końcu udało się skonstruować wehikuł czasu, który znacznie ułatwił badania nad dziejami ludzkości. Prowadzący wykopaliska w okolicach Castelgard profesor Johnston wyrusza wraz ze swoim asystentem do roku 1357 by tam przeprowadzić wizję lokalną. Gdy po wyznaczonym czasie podróżnicy nie wrócili podjęto decyzję o wysłaniu ekspedycji ratunkowej. Jednak niedługo po przybyciu na miejsce Chris, Kate oraz ich ochroniarz zostają zaatakowani przez asystenta profesora, któremu nieznane są szlachetne pobudki naukowca. Sprzymierzywszy się z brytyjskim przywódcą twierdzy uwięzili profesora i, wykorzystując jego wiedzę, zamierzają odmienić wynik wojny stuletniej. Wraz z Kate będziemy musieli uratować profesora, przywrócić właściwy bieg historii oraz powrócić cało do współczesności. Aż chciałoby się powiedzieć - któryż to już raz?

Świat gry obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby, co przy takim rozłożeniu akcentów wydaje się najlepszym rozwiązaniem. Przedmioty znalezione w czasie gry (całe cztery) są, z jednym wyjątkiem, wykorzystywane od razu gdy podejdziemy do osób ich potrzebujących. Ułatwione jest także strzelanie z łuku i walka. Po miecz sięgać będziemy musieli dość często, nawet jeśli weźmiemy sobie do serca zakaz zabijania kogokolwiek. Zamiast tego możemy wykorzystać otrzymaną na początku gry laskę paraliżującą, która pozwala wyeliminować przeciwnika bez rozlewu krwi. Broń nie zadziała w zasadzie tylko, jeśli spróbujemy zaatakować nią przeciwnika od frontu. W takim przypadku w ruch musi pójść miecz lub łuk. Ponieważ jednak zabić nikogo nie możemy, gdy przeciwnik otrzyma odpowiednią ilość ciosów natychmiast się poddaje i staje się dla nas nietykalny. Niestety zasada ta nie dotyczy naszych towarzyszy i zwykłych wieśniaków - jeden cios i gra oznajmia koniec przygody (na szczęście dość często dokonuje też automatycznych zapisów). Walkę zdecydowanie ułatwia też beznadziejne AI przeciwników - nie reagują oni dosłownie na nic (np. padanie ciała towarzysza) póki nie staniemy na linii ich wzroku. I tylko jeśli będzie to Chris. W pewnym momencie gry musimy się przemykać po korytarzach patrolowanych przez strażników. Jeśli nas zobaczą od razu rzucą się do ataku, niech jednak będzie to Kate, a przejdą obok, niczego nie zauważając.

Osobny akapit należy się turniejowi rycerskiemu, w którym będziemy mogli wziąć udział. Fragment ten nieczęsto pojawia się w grach, jedyny prawdę mówiąc przykład jaki mi przychodzi do głowy to Conquests of Camelot. Tam jednak musieliśmy pokonać tylko Czarnego Rycerza, tutaj zaś co prawda i on się pojawia ale wcześniej z siodła będziemy musieli wyrzucić dwóch innych przeciwników. I chociaż cała filozofia sprowadza się do odpowiedniego ustawienia kopii i naciśnięcia przycisku myszy w odpowiednim momencie, to jednak zabawa jest przednia. I nawet ma to zdaje się jakieś przełożenie na rzeczywistość, czego nie można powiedzieć chociażby o walce mieczem. O ile jeszcze Chris czy strażnicy mieczem machają całkiem nieźle i realnie, to już Kate czy rycerze na turnieju mieczem okładają się jak maczugą. Różne sposoby wykorzystania miecza widziałem na pokazach i konwentach, ale z taką "fantazją" nie spotkałem się ani razu.

Jeśli drogi Czytelniku zastanawiasz się skąd w takim razie recenzja Timeline znalazła się na łamach Przygodoskopu, spieszę z odpowiedzią. Otóż instalując na swoim dysku Timeline otrzymujesz w zasadzie dwie gry. Wszystkie powyższe uwagi tyczą się gry "właściwej". Przy czym w menu dodatkowo znajduje się możliwość wyboru zwiedzania (tour). W trybie tym poruszamy się po tych samych lokacjach i, wyszukując porozrzucane w nich zwoje, poznajemy historię oraz realia panujące w XIV-sto wiecznej Francji. Naszych przewodnikiem i narratorem w tym trybie jest sam Michael Crichton, co dodaje temu trybowi smaczku. Skojarzenia z edukacyjnymi produkcjami spod znaku Cryo nasuwają się same. O ile jednak w grach francuskiego giganta otrzymywaliśmy dostęp do bogatej merytorycznie encyklopedii, tutaj takowej ze świecą szukać. W dodatku całość sprawia wrażenie kierowanej do obywateli krajów leżących poza Europą, ze wskazaniem na obywateli USA w szczególności (zawarte w grze informacjie powinny być znane nawet co bardziej rozgarniętym absolwentom szkół podstawowych). A i sama przekazywana wiedza ma raczej charakter sygnalizacyjny, graczowi pozostawiając dalsze poszukiwania. O ile nie zniechęci go język - polski dystrybutor nie zdecydował się chociażby na przetłumaczenie napisów, co w naszym kraju mocno dyskwalifikuje grę jako pozycję edukacyjną.

Powyższy tryb w instrukcji określany jest jako gra typu "scavenger hunt", objaśniając jednocześnie iż polega ona na zdobyciu określonego zestawu przedmiotów bez ich kupowania. Wygrywa oczywiście ten, kto pierwszy zdobędzie wszystko. Jak już jednak wspomniałem na wstępie - instrukcja sobie, a życie sobie. Przez większą cześć zbieramy zwoje, których bynajmniej nikt nie ukrywał. A i gdy w końcu musimy zagrać w prawdziwy "scavenger hunt" to znów pojawiają się te same wady co w grze właściwej - niewielka przestrzeń na której "ukryto" potrzebne nam przedmioty, a dodatkowo jeszcze nikt nam nie przeszkadza. Trybowi temu zdecydowanie przydałoby się dodanie jakiegoś przeciwnika oraz lepsze poukrywanie zwojów.

Graficznie gra prezentuje się różnie - niezłe modele postaci oraz animacje mocno kontrastują z brzydkimi bitmapami spełniającymi rolę tła, które w dodatku stworzono z wykorzystaniem osobliwej perspektywy. Jakby tego było mało engine ma zwyczaj gubienia się - wnikające w powierzchnię kończyny czy wzajemne przenikanie się ciał to w Timeline standard. Pod sam koniec gry musimy spuścić zwodzony most, który w miarę opuszczania powinien nas przesuwać do tyłu. Jednak gra w tym momencie głupieje i zrzuca nas przez podłogę piętro niżej. Równie mieszane uczucia wywołuje oprawa audio. Doskonale nagrane głosy postaci oraz otoczenia mocno kontrastują z ciszą, jaka towarzyszy nam przez większą część gry. Monumentalne, symfoniczne utwory pojawiają się w zasadzie tylko w menu, w czasie animacji oraz w co bardziej dramatycznych sytuacjach. Poza tym cisza jak makiem zasiał.

Jest jeszcze ciekawy błąd - na systemach Windows XP gra nie chce się zainstalować twierdząc, że nie współpracuje z Windows 2000. Jeśli jednak uruchomimy instalator w trybie zgodności z Windowsem 98 gra zostanie zainstalowana i, wbrew ostrzeżeniu, zadziała pod XP'kiem bez konieczności majstrowania ze zgodnością.

Podsumowując, Timeline to typowa produkcja nastawiona na wyciągnięcie dodatkowych pieniędzy od fanów książki/filmu. Zapewne gdyby autorzy nie starali się wstrzelić z jej premierą w ten sam rok co wydanie książki to wyszłoby to wszystkim zdecydowanie na zdrowie (jak miało to miejsce w przypadku filmu, który do kin trafił w 2004 roku). A tak, pogoń za forsą sprawiła, że otrzymaliśmy produkt niedopracowany na każdej możliwej płaszczyźnie, którego nie warto brać nawet jeśli oferują za darmo. Szanujmy swój czas.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.