Recenzja - Zwierzęta z Elektrowni
Zwierzęta z Elektrowni - recenzja
Jackowsky, 16 stycznia 2008
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ oryginalna grafika
+ mówią po rosyjsku
+ krótka
Wady:
- durne elementy zręcznościowe
- nic nie wnoszące golizny
- "humor"
Krótko:
Jedna z niewielu dotychczas wydanych w Polsce rosyjskich przygodówek. Szkoda, że tradycyjnie padło na tytuł z półki "poniżej przeciętnej".

Gdy odpaliłem demonstracyjną wersję gry Zwierzęta z Elektrowni i w intrze zobaczyłem pewną "piękność" pozbawioną wszelkich ubrań, zacząłem się zastanawiać jaką rolę będzie ona pełnić w finalnej wersji. Teraz gdy zaliczyłem (specjalnie użyłem tego słowa) grę, z całą powagą muszę powiedzieć, że nadal się nad tym zastanawiam. Ale o tym za moment.

NA POCZĄTKU BYŁ POMYSŁ

Wyobrażam to sobie tak. Spotkali się autorzy i postanowili zrobić super ekstra wyjechaną przygodówkę.
- "Mam zajefajny pomysł" - powiedział jeden z nich i zaczął opowiadać, gestykulując przy tym zamaszyście - "Po wybuchu nuklearnym, napromieniowany pies, który stał się inteligentniejszy od swojego pana, dostaje wiadomość od przyjaciela, żeby przyniósł w pewne zakazane miejsce..."
- "Jogurt" - powiedział inny, który dopiero co się obudził.
- "Dobra, niech będzie jogurt" - zgodził się główny wymyślacz.
- "Jogurt mi się marzy..." - zamyślił się obudzony - "Mam pierońskiego kaca. A o czym wy tak w ogóle?"
I tak siedzieli i myśleli, siedzieli i powymyślali różne różności.

A POMYSŁ TO (DUŻO MNIEJ NIŻ) POŁOWA SUKCESU

Historia z tego oryginalnego pomysłu - tego nie można autorom odmówić - wyszła skromniutka. Należałoby ją dopiero dopracować, a później jeszcze przemyśleć, wzbogacić i znowu dopracować. A tak, otrzymaliśmy raptem niecałe 20 lokacji (i to licząc wszystkie pomieszczenia w budynkach!), kilka postaci i góra 2-3 godziny grania. Tak krótki czas rozgrywki, ze względu na całokształt gry, jest niewątpliwie jej zaletą. Twórcy - co zrozumiałe - chcieli jednak, aby gracz jak najwięcej czasu spędził z ich dziełem. Dlatego przygotowali dla niego - jako przedłużacze - zadania zręcznościowe: doomopodobna strzelanka, w której celujemy do wyskakujących postaci; platformopodobna skakanka, w której używamy jedynie spacji i - na koniec - mortalopodobna siekanka na miecze. Nie dosyć, że zadania te są nudne, głupie i bez sensu, to jeszcze są obowiązkowe i beznadziejnie wykonane. Brr.

GOŁO I WESOŁO

Aby było wesoło, gra musi mieć w sobie chociaż odrobinę humoru. Czynię w tym momencie ciche założenie, że Zwierzęta z Elektrowni takowy humor miały mieć. Jeżeli miałbym się w tym względzie mylić, to czym ta gra by była? To pytanie zostawię - na razie - bez odpowiedzi, ale postawię kilka innych. Czy rzucanie odchodami lub przeskakiwanie ich jest śmieszne? Czy wchodzenie komuś do tyłka (dosłownie!) lub wsadzanie tam czegoś Cię śmieszy? Nie? A miecz w kształcie penisa? Nie?! W takim razie, nie jest to pozycja dla Ciebie. Mnie takie "żarty" zupełnie nie bawiły. Być może jestem niepoprawnym ponurakiem, ale przez cały czas grania nie zadrżała mi nawet warga, już nie mówiąc o uśmiechu. Wesoło więc nie jest. Goło to - i owszem - jest, ale bez sensu. W niektórych miejscach można spotkać zdjęcie postaci (bo użycie w tym miejscu sformułowania "ruchomy obraz" byłoby nadużyciem) tej samej paniusi, którą oglądaliśmy na filmie wprowadzającym. Postać stojącą w pozycji niewinnej, nieśmiałej panienki, tyle tylko, że nagusieńkiej jak ją Pan Bóg stworzył. Postać nijak nie pasującą do reszty otoczenia. Nie znaczy to, że jestem przeciwnikiem stosowania techniki kolażu. Ale nie wtedy, kiedy jest to zrobione na siłę i pasuje do reszty jak świni rajtuzy. Na dodatek sama postać niczego do gry nie wnosi oprócz gadek o niczym, "podniecającego" tarmoszenia swoich piersi oraz oblizywania warg w taki sposób w jaki na pewno robi na planie swoich filmów dla dorosłych (a w tym jest - podobno - dobra). A gdy rozwiążemy jakieś zadanie, jako "nagroda" pojawia się ta sama pani i stara się być dowcipna, reklamując jakieś niby śmieszne akcesoria erotyczne. Może jestem nienormalny, ale co to za przyjemność oglądać rachityczną, brzydką paniusię, która do tego wszystkiego jest naga? Całkiem naga? Prawie. Jej łono zostało bowiem zasłonięte. Przez cały czas zastanawiałem się dlaczego? Na pewno nie ze względu na wiek oglądających, ponieważ gra miała na pudełku dosyć wyraźnie zaznaczony limit wiekowy. Czyżby to było jakieś ostrzeżenie? Musicie wiedzieć, że na kółku zasłaniającym to i owo widniał znak "radioaktywność".

SZARE KOMÓRKI MAJĄ WOLNE

Osobom, które są w stanie przetrawić jarmarczny humor jaki serwuje gra (są takie?) i mają nadzieję na zatrudnienie swojego mózgu spieszę z informacją. Bardzo ważną informacją. W grze - zasadniczo - nie musimy myśleć. Wróć! Musimy myśleć, ale inaczej. Wiąże się to z tym, że sposób rozwiązania niektórych zagadek jest dosyć pokręcony. I choć niektóre pomysły same w sobie mógłby być akceptowalne, to przestają być w porównaniu z resztą...

COŚ WIDZIAŁEM, COŚ SŁYSZAŁEM

Postaci występujące w grze wyglądają nad wyraz sympatyczne (nie dotyczy to paniusi). Nawet dziwny stwór czekający na pewnego poetę i robot strzegący wejścia do elektrowni są, na swój sposób, sympatyczni. Można by pomyśleć, że kreatorzy postaci pomylili zlecenia i zaprojektowali je na potrzeby jakiejś gry dla dzieci. A zrobili to całkiem znośnie. Podobny poziom, na swój zwariowany sposób, trzymają lokacje. Z jednym wyjątkiem, są zrobione w miarę gustownie. Ważne dla poznania fabuły gry momenty są przedstawione w formie jednego lub kilku rysunków komiksowo ze sobą powiązanych. Obrazek pojawia się i po chwili niknie, jakby strawiony nuklearnym ogniem. Nieźle się to komponuje z klimatem gry. Podobnie ma się sprawa z filmikami. Sztucznie podniszczone, wykonane "z ręki" są godnym uwagi dopełnieniem. Nie dotyczy to przerywników, w których występuje paniusia. Te rażą sztucznością. Widać, że "gwiazda" męczy się używając organu mowy, czyli innego niż zwykle używa. Przez całą grę nie mogłem pozbyć się odczucia, że "dorosłe" wstawki są dołożone na siłę.

Godnym podkreślenia jest fakt, że polski wydawca Zwierząt z Elektrowni zdecydował się na odważny krok. Mianowicie zlokalizował kinowo grę, w której bohaterowie mówią po rosyjsku. Dało to całkiem ciekawy efekt. Słownictwo używane przez bohaterów do grzecznych nie należy, ale dobrze oddaje obraz zdegenerowanego "społeczeństwa" ze świata gry. Nieźle brzmią również dźwięki płynące z otoczenia. To najlepiej zrealizowane elementy gry.

PRZEPRASZAM, CZY TU BIJĄ?

Z przemocą w grach czy filmach jest tak samo jak z seksem. Jeżeli jest uzasadniona (o ile przemoc może być uzasadniona), to nie przeszkadza, a urealnia (niestety, w takich czasach przyszło nam żyć) świat gry. W Zwierzętach z Elektrowni przemoc jest wątpliwym "ozdobnikiem". Główny bohater masakruje (dla zabawy?) rozmówcę po skończeniu rozmowy albo męczy niewinne stworzonko. W takich momentach traci się całą ewentualną do niego sympatię.

GRAĆ ALBO NIE GRAĆ?

Niewątpliwą zaletą gry jest specyficzna oprawa graficzna, udźwiękowienie i jej rosyjskość. Innych plusów nie stwierdziłem. Może gra ma jakieś ukryte przesłanie, jednak ja nie potrafiłem go odkryć. Generalnie jest to przygodówka dla nikogo. Płytkie żarty nie będą śmieszyły dorosłych, a rozbierane zdjęcia, słownictwo i przemoc nie są dla dzieci. Może jedynie napalone małolaty "skorzystają" coś grając w to coś. Normalni powinni omijać ją szerokim łukiem.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.