Recenzja - The Secrets of Atlantis: The Sacred Legacy
The Secrets of Atlantis: The Sacred Legacy - recenzja
Forceman, 21 listopada 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ styl Cryo (jeśli lubisz)
+ gra się całkiem przyjemnie
+ miejscami klimat
+ niezła muzyka
Wady:
- styl Cryo (jeśli nie lubisz)
- liniowy scenariusz i nieciekawi bohaterowie
- zagadki to w większości tylko logiczne łamigłówki
- animacje
- GRA (?) W POKERA
- znowu Atlantyda
Krótko:
Prawie jak Indiana Jones and the Fate of Atlantis. Prawie robi wielką różnicę.

Ach, Atlantyda! Któż o niej nie słyszał? Któż nie marzył o odkryciu zaginionego kontynentu? Ileż wspaniałych, mrożących krew w żyłach przygód można przeżyć poszukując zatopionej wyspy! Ileż... Co? Mówicie, że nudzimy? Że było już o tym parę filmów? Że gry też były? No i co z tego?

SENSACJA UBIEGŁEGO SEZONU

Wybaczcie ironiczny ton, ale mam nieodparte wrażenie, że właśnie tak przemawialiby autorzy gry chcąc sprzedać (żeby nie powiedzieć "wepchnąć") Wam swoje dzieło. Co więcej, nie uwierzyliby, że kogoś Atlantyda w ogóle może nie interesować! Jednak wbrew pobożnym życzeniom zespołu Atlantis Interactive, w grach przygodowych czego jak czego, ale zaginionych mitycznych miast, wysp, kontynentów, krain, czy magicznych artefaktów, a Atlantydy to już z pewnością, było tyle, że już sam tytuł The Secrets of Atlantis nastawia do omawianej przygodówki negatywnie.

Dystans, z jakim ja sam podchodziłem do The Secrets of Atlantis pogłębił się, gdy okazało się, że gra studia Atlantis Interactive (nota bene! - Atlantis!) usilnie stara się sprawiać wrażenie, jakoby pozostawała w ścisłym związku z legendarnym cyklem Atlantis niemniej legendarnego Cryo Interactive. Jest to świadomie wykalkulowana strategia autorów i może zdziwi Was, że tak naprawdę The Secrets of Atlantis nie jest kolejną częścią sagi. Mimo, że wiele z przyjętych w grze założeń podporządkowanych jest właśnie temu, żeby przypodobać się fanom tego cyklu, wielbiciele starych gier made in Cryo nie znajdą tu niczego ciekawego. Jak to często bywa z na siłę wdrażanymi w życie ideami, także korzenie koncepcji The Secrets of Atlantis nie sięgają zbyt głęboko i nie utrzymują całości w pionie. Gra niestety jedynie wygląda, jak produkcje Cryo ze Starych-Dobrych-Czasów i w niczym innym niestety ich nie przypomina.

Skoro wspomniałem już o cyklu Atlantis, dodam jeszcze, że kompozycja plastyczna logo The Secrets of Atlantis nawiązuje do czcionki kojarzonej z przygodami Indiany Jonesa. Będziecie mieli zresztą okazję stwierdzić, że podobieństwa na tym się nie kończą. Przykładami niech będą bardzo podobne kapelusze głównego bohatera gry i legendarnego archeologa oraz mapa obrazująca przebieg podróży doktora Jonesa... khm... inżyniera Howarda Brooksa! Faktycznie, łatwo się pomylić, jednak po dłuższym obcowaniu z programem stwierdzicie, że jak na przygody dr Henry'ego Jonesa The Secrets of Atlantis jest stanowczo niedopracowana.

BOHATER W ZEPPELINIE

Głównym bohaterem gry jest Howard Brooks, inżynier aeronautyki, który przyłożył swoją dłoń do skonstruowania Hindenburga - najwspanialszej i najbardziej spektakularnej porażki w dziejach zeppelinów. Zresztą, jak przekonacie się po skończeniu gry, Howard Brooks wyraźnie nie ma szczęścia do statków i to nie tylko tych powietrznych... Wbrew własnej woli Howard zostaje wciągnięty w intrygę, której stawką jest, a jakżeby inaczej, los ludzkości. W tle oczywiście przewija się i Atlantyda, i tajemnicza sekta o dziwnej nazwie, i dawno zmarły ojciec głównego bohatera, który okazuje się wcale nie tak bardzo zmarły... słowem, ze dwa amerykańskie filmy w jednym! Jest oczywiście i Hindenburg, ofiarowany nam na czas przygody przez milionera filantropa, który nie chce dopuścić, żeby tajemnica Atlantydy wpadła w nieodpowiednie (sekciarskie) ręce. Skoro jesteśmy przy sterowcu, to i tutaj pokręcę nosem. Ze zdziwieniem stwierdzam, że autorzy The Secrets of Atlantis kierowali się bardzo dziwnie pojmowaną poprawnością polityczną. Dla nikogo tajemnicą chyba nie jest, że Hindenburg swoim majestatem miał świadczyć o potędze hitlerowskich Niemiec. Autorzy gry, z tego co udało mi się ustalić, odzwierciedlili latającego giganta w sposób wierny, jednak z płatów statecznych sterowca usunięto swastyki! Czyżby bali się, że pokazanie ich zostanie uznane za propagowanie idei nazizmu?!

WSPOMNIENIA O CRYO

Wróćmy jednak do samej gry. Jak już zdążyliście się zorientować, The Secrets of Atlantis mnie nie zachwyciło. Może dlatego, że gra została zrealizowana w niezbyt przeze mnie lubianej formule znanej z przygodówek śp. Cryo Interactive (dla przypomnienia - świat gry obserwujemy oczyma bohatera z możliwością rozglądania się na wszystkie strony, a poruszamy się po ścieżkach wytyczonych przez autorów). Przyznam, że właśnie to ograniczenie swobody poruszania się i brak animacji przejścia między jednym punktem węzłowym a drugim budzi moją niechęć. O wiele bardziej odpowiada mi w pełni trójwymiarowy świat, w którym sam decyduję, gdzie pójdę (zupełnie jak w ostatnio recenzowanym przeze mnie Sherlocku Holmesie: Przebudzeniu). Zaznaczam jednak, że jest to moje prywatne zdanie i naturalnie każdy z Was ma prawo do własnego poglądu na tę kwestię.

ENGINE

Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że gra ma całkiem niezły engine. Czy to marmurowe wnętrze Empire State Building, czy maszynownia sterowca, wszystko wygląda elegancko. No może, nie do końca wszystko, bo poziomy, w których poruszamy się po świeżym powietrzu, nie wyszły autorom najlepiej. Otwarte przestrzenie wyglądają bardzo sztucznie za sprawą oszczędnie animowanych detali tła (na przykład nieruchome liście, chmury...) . Można jednak na to przymknąć oko, ponieważ większa część gry dzieje się w zamkniętych pomieszczeniach. I jest naprawdę nieźle, chociaż czasem daje się zaobserwować drobne błędy (krople deszczu, które powinny być widoczne na szybie za postacią potrafią znaleźć się na niej) i skoki w animacji postaci. Jednak, jak mówię, nie są to błędy, które znacznie uprzykrzają rozgrywkę. Od strony wizualnej The Secrets of Atlantis prezentuje się naprawdę profesjonalnie.

PLASTUSIOWE PRZYGODY W EKSPRESJONISTYCZNYCH CIENIACH

Pozytywne wrażenia graficzne psują jedynie postacie. Wyglądają niestety, jakby były oblane lukrem - materiał, z którego uszyto ich ubrania sprawia wrażenie śliskiego atłasu, nieważne czy rozmawiamy z biznesmenem, którego może byłoby i na to stać, czy pasterzem gdzieś w Mezopotamii. To nie koniec niezrozumiałych wybryków grafików z Atlantis Interactive. Z jednej strony starali się dokładnie odwzorować rzeczywistość i stworzyli maksymalnie realistyczne dekoracje, niektóre naprawdę niezłe, a z drugiej strony bohaterów obdarzali twarzami niemalże jak z obrazów Van Gogha! Nie jestem jednak stuprocentowo pewien, czy stało się to celowo, czy zadecydował tu brak umiejętności, czasu, albo pieniędzy. Wygląd głównego bohatera jest do tego stopnia zniechęcający, że po którymś filmiku z jego udziałem jego twarz zacznie wam przypominać brzydką i nieszczęśliwą małpę, jaką pewno kiedyś mieliście szansę widzieć w jednym z polskich ogrodów zoologicznych! Ekhm... Koniec złośliwości. Na poprawę humorów panów z Atlantis Interactive dodam, że grafikom należy się parę ciepłych słów za ich próby zabawy z oświetleniem. Parę razy zdarzy się spotkać naprawdę klimatycznie oświetloną postać. Częściowe spowicie mrokiem daje niezwykle filmowy efekt (inna rzecz, że nie widać wtedy jej brzydoty). Niestety, zdarza się to dość rzadko.

Nieuczciwością z mojej strony byłoby przemilczenie tego, że przez część gry miałem wrażenie, że wszystkie elementy znajdują się na swoich miejscach. Wrażenie obcowania z dobrze dobranymi proporcjami pomiędzy naśladowniczym przedstawieniem, a skonwencjonalizowanym światem pryska dopiero gdzieś w jednej trzeciej gry. Jednak nawet mimo tego, że czar przestaje działać nie mogę powiedzieć, że uważam czas spędzony przy grze za zmarnowany. Wprawdzie zagadki, z jakimi się spotkacie, polegają w zasadzie jedynie na układaniu najróżniejszej maści logicznych puzzli, a nie na zabawie w kreatywne łączenie znalezionych przedmiotów, to nie drażni to aż tak bardzo. The Secrets of Atlantis od pierwszych chwil sygnalizuje, że nie spotka nas zaskoczenie z jej strony i nie okaże się, że zainstalowaliśmy na naszym dysku, niemalże przez przypadek, arcydzieło. Gra jest bardzo porządnym średniakiem. Niestety, na jego niekorzyść przemawia rozbudzany przez nią apetyt.

KOLEJNE INSPIRACJE, KOLEJNE POTKNIĘCIA

Spore oczekiwania można mieć zaraz na samym początku zabawy. Klimat budują bowiem inspiracje art deco, nawiązania do filmów z lat trzydziestych, czy ogólnie pojęta kinowość (oświetlenie, muzyka, Greta Garbo gdzieś w czwartym planie). Niestety spora ilość rozmaitych zgrzytów fabularnych, czy płaskie jak lodowisko postacie, sprawiły, że nie mogę wystawić The Secrets of Atlantis wyższej oceny, niż ta jaka widnieje u góry strony. W grze niestety też nie zabrakło błędów, co oczywiście nie mogło nie mieć wpływu na ostateczną ocenę. Najbardziej rażący "babol" trafia się już w filmiku wprowadzającym. Pojawiają się tu następujące po sobie zdublowane ujęcia Hindenburga. Wygląda na to, że montażysta.. się pomylił. Cóż, niby i prawdą jest, że błądzić jest rzeczą ludzką, jednak uważam, że wypuszczając grę na rynek powinno się dopatrzeć wszystkich szczegółów. Nie do pomyślenia wydaje mi się sytuacja, gdzie ewidentne gapiostwo któregoś z członków zespołu pozostaje aż do sklepowej premiery przez nikogo niedostrzeżone! Przecież to intro! Pierwsze dwie minuty styczności gracza z produktem kupionym za ciężko zarobione/zaoszczędzone pieniądze!

ESENCJA PRZYGODY - ZAGADKI CZY ŁAMIGŁÓWKI?

Jeszcze jednym niesamowitym zaskoczeniem była dla mnie jedna z mini gierek - gra w pokera w chińskim kasynie. W rozgrywce, jako stawka, pojawia się artefakt bardzo istotny dla poszukiwań Zaginionego Lądu (mniejsza co, po co i jak). W przekonaniu gracza naprawdę wszystko może się wydarzyć, nie da się przewidzieć przecież jakie karty rzuci los i na ile będziemy musieli zaufać swojemu sprytowi, a na ile szczęściu (tudzież systemowi save & load). Niemal z wypiekami na twarzy siadałem do karcianego stołu i czekałem na pierwsze rozdanie. Dwie dziewiątki - para. Może być. Może uda się dobrać do trójki, jak trafią się dwie pary to będzie nieźle, a jeśli naprawdę mi się poszczęści i trafię kolejne dwie dziewiątki, to gra powinna potoczyć się po mojej myśli! Maksymalnie podbijam stawkę. Czekam... i przegrywam wszystkie pieniądze! Wszyscy trzej przeciwnicy z uśmiechami prezentują mocniejsze karty. Trudno, spróbuję jeszcze raz, może będę miał więcej szczęścia. Zasiadam do gry i okazuje się, że znowu mam te same dwie dziewiątki! Pomyślałem - przypadek. Okazało się jednak, że inni uczestnicy gry także dostali takie same karty, jak w poprzednim rozdaniu! Pomyślałem, że pewnie doszło do jakiegoś fatalnego błędu Windowsa. Po zrestartowaniu komputera znowu zasiadłem przy karcianym stole i... znowu w mojej ręce są dwie dziewiątki! Absurd! Gra w pokera, którą autorzy starają się nam sprzedać jako grę wcale nie jest grą! To po prostu absurd!

WERBLE I FINAŁ (SPRZEDAWANY ODDZIELNIE)

Podsumowując - The Secrets of Atlantis wcale nie jest taka straszna, jak może to wynikać z wyliczonej przeze mnie litanii błędów i potknięć. Grało mi się w nią naprawdę nieźle. Na niską ocenę wpływa głównie brak rozmachu, oryginalnej fabuły i ciekawych bohaterów. Cała ta ganianina za Atlantydą mało mnie zajmowała. Skupiałem się na rozwiązywaniu kolejnych rebusów przygotowanych przez autorów. Naprawdę fajnych, ale nie przełomowych. Ot, standard dla gracza na średnim poziomie (chociaż niestety nie wszystkie zagadki trzymają poziom, a te które znalazły się na samym końcu gry są, delikatnie mówiąc, mało zajmujące).

Na koniec wytknę jeszcze jedną, kto wie, czy nie największą przewinę autorów. Uważam, że "gry w kawałkach", produkty nastawione na to, żeby zmusić gracza do kupienia kolejnego odcinka, są strasznym znakiem naszych czasów. Liczy się tylko, żeby sprzedać kolejny sequel. Tak! Bo autorzy przewidują sequel! W momencie, w którym już prawie jesteście o krok od odkrycia tej całej Atlantydy, na ekranie pojawia się napis: "Dobra frajerze, reszty dowiesz się za rok. Jak zapłacisz!". Menedżera, który wymyślił, żeby te same techniki marketingu stosować dla filmów i gier, powinno powiesić się na latarni i w charakterze przestrogi nosić po świecie.

A więc - czekajcie na kolejną część gry i kolejną szansę na dotarcie do Zaginionego Kontynentu! Jednak zaznaczam - Howard Brooks nie będzie mógł liczyć na moje towarzystwo w dalszej części swojej wyprawy. Będę drzemał przy kominku w wygodnym fotelu i mój umysł zajmować będą sprawy zdecydowanie mi bliższe niż Atlantyda.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.