Recenzja - Tunguska: Legend of Faith
Strona główna

Encyklopedia
Zapowiedzi
Recenzje
Solucje
Ciekawostki
Screeny
Grafiki
Zdjęcia
Filmy
Dema

FORUM

Kącik amatora
Kulisy produkcji
Plan wydawniczy
Rzut okiem
Czytelnia
Redakcja

Ścinki
The Inventory Polska
www.gry-online.pl - wortal rozrywkowy


Tunguska: Legend of Faith
MajinFox, 24 października 2007
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ działa pod XP
+ tła w niektórych miejscach
+ głupie, ale całkiem uprzyjemniające czas, elementy adventure
Wady:
- denerwująca "muzyka"
- bezsensowna fabuła
- animacja postaci
Krótko:
Dla osób, które muszą zaliczyć każdą grę, którą zaczną. 3/4 "zabawy" to mozolne łażenie po pustych korytarzach. Brać, jak dają za darmo i nie grać.

Tyle lat byłem pewien, że ta gra znalazła się w kolekcji przygodówek Play przez nieuwagę jakiegoś "przedchwiląurodzonego" przygodówkowicza. Tyle lat myślałem, ze to jedynie chodzone mordobicie. A jednak jest to taka sama przygodówka jak Dark Earth czy inne action-adventures.

Fabuła: facet ze skradzionym kaloryferem pod koszulką zostaje niewinnie oskarżony o coś, co zasługuje na krzesło. W efekcie dostaje za nieswoje prądem i... pojawia się w jakiejś świątyni. Nie mam pojęcia dlaczego. Być może jest to wina tego, ze intro odgrywało się u mnie bez dźwięku i straciłem pewnie nieco informacji, które umiliłyby mi dalszą wędrówkę po Tungusce, bo tak właśnie się ta gra nazywa. Na moje nieszczęście nie są to jednak Tajne Akta, ale Legend of Faith.

Gdy kilka lat temu próbowałem wczuć się w tę piękną grę, stwierdziłem, że nie mogę grać w taką "mystopodobną" zręcznościówkę. Walki za trudne, bohater za wolny itp. Teraz opracowałem jednak skuteczną taktykę - walczyć jednym klawiszem. I przeszedłem tak calutką grę. Polecam więc ten sposób wszystkim, którzy chcieliby się zmierzyć z Tunguską. Przy czym najlepiej używać tego ciosu, który powoduje chwilową śpiączkę przeciwnika na posadzce. Przeciwników najwięcej jest na samym początku gry, ale już po 3 pierwszych nie ma problemu z żadnym następnym (nieważne czy potwór, człowiek, czy szkielet). Największym przeciwnikiem w Legend of Faith jest chód. To chyba pierwsza gra, w której główny bohater w trybie walki porusza się tak samo jak w trybie biegu. Little Big Adventure 2 wyszło wcześniej, a do dzisiaj nie spotkałem gry, która miała by tamtą dynamikę. Aaa no tak, przecież stawiamy na realizm - facet musi być zmęczony biegnąc (szkoda że nikt nie pomyślał o plecach, bo wisi tam dumnie topór obok katany). Katastrofa, 70 procent czasu jaki spędziłem przy tej grze to mozolne łażenie po korytarzach i pomieszczeniach, których jest może kilkanaście. Tak niewielu lokacji jeszcze w żadnej grze nie spotkałem i gdyby nie tempo bohatera grę przeszedłbym w ciągu półtorej godziny (za pierwszym razem, za drugim pewnie w 45 minut, ale drugiego na szczęście nie będzie).

Części "action" gra nie zaliczyła, ale została jeszcze część "adventure". Tutaj sprawa wygląda o niebo lepiej, chociaż poziomem zagadek (a raczej przedmiotową inwencją) autorzy nie pogrzeszyli. Niemniej można trafić na całkiem sporawo przedmiotów, jak na takie barachło. Problem w tym, że nie trzeba być geniuszem, by znaleźć odpowiednie miejsce dla każdej rzeczy, jaką się znajdzie. Poza tym trafiają się podczas rozgrywki intrygujące kwiatki. Dla przykładu ciekaw jestem jakby można wytłumaczyć spójnie z fabułą to, że bohater odkrawa kawał mięsa, by nakarmić lwa, bo za plecami zwierza są drzwi, całkiem jednak zasłonięte i przez to niewidoczne. Przy czym jako, że nie występuje w Tungusce coś takiego jak interakcja z postaciami niezależnymi, nikt inny też mu o ich istnieniu nie powiedział (jak i o czymkolwiek innym w grze).

Jeden jedyny problem miałem z wykorzystaniem zwitka papieru, który okazał się być mapą zapisaną niewidzialnym atramentem. Zanim jednak do tego doszedłem (w całej grze nie można znaleźć jakiegokolwiek opisu posiadanych rzeczy) nabiegałem się przez całą godzinę, po malutkich przecież lokacjach, w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do zużycia przedmiotu. Okazało się, że jest nim kominek. Przez brak informacji dłuży się niesłychanie rozwiązywanie łamigłówek.

A teraz część audiowizualna. Dwuwymiarowe prerenderowane tła w niektórych miejscach wyglądają tak, jakby kredka nie domagała; i choć czasami są rzeczywiście bardzo ładnie zrobione, to czasem sprawiają wrażenie stworzonych zupełnie "na odwal się". W grach tego typu, jak choćby w wielbionej przeze mnie pierwszej części Resident Evil, lokacje powinny mieć więcej charakteru (niemniej dzięki tłom gra wygląda i tak na lepszą, niż w rzeczywistości jest). W trakcie poruszania się po świątyni graczowi brakuje czegoś, na czym można by zawiesić oko. Puste lokacje, które - zwłaszcza w połączeniu z męczącym sterowaniem - psują atmosferę gry to 95 procent pomieszczeń. 80 procent z nich to na dodatek labirynty z pułapkami, zrobione jak przez kalkę - każdy kolejny jest właściwie taki sam jak poprzedni, tylko w innym kolorze. Kolejną wartą wspomnienia sprawą są postacie, bo niewiele jest gier w których główny bohater jest brzydszy od przeciwników. Wygląda, jak jakiś karateka z wyrzezanego lasu. Ale jeśli można zrobić całkiem sensownych przeciwników, to czemu nie postarano się o stworzenie miłej dla oka postaci bohatera? Przecież obcujemy z nią, żeby nie skłamać, przez większą część gry. Aczkolwiek ci przeciwnicy i tak nie prezentują się nadzwyczajnie. Większość z nich wygląda bowiem, jakby to emerytowani złoczyńcy z Little Big Adventure 2 z braku laku wylądowali w Tungusce. Teoretycznie wszystko, co widzimy, już gdzieś kiedyś było; nikt nie postarał się wymyślić czegoś świeżego.

Ale że grafika w grach komputerowych stosunkowo mało mnie obchodzi, więc nie będę przyznawał jej za to jakichś większych punktów karnych. Przejdźmy do muzyki. Człowiek, który w creditsach podpisał się jako kompozytor powinien być powieszony za włosy na stopach. Nie wiem, może w intro lub w outro była jakaś muzyka oparta na więcej niż 5 nutach, ale w ciągu gry pojawia się wyłącznie jednosekundowy jingiel, odsłuchiwany przy wchodzeniu do nowego pomieszczenia lub ratowaniu się loadem. Jako miłośnik muzyki w przygodówkach (zwłaszcza francuskich) po raz pierwszy (chyba) spotkałem się z czymś takim. Ta gra to smęt, a dla takiego badziewka potrzebna jest muzyka chociażby po to, by wnerwiając się łażeniem, można było nucić sobie melodyjkę. A ten jingiel przypomina tylko, ze muzyki w Tungusce nie ma!

I na koniec o końcu. Nie ma żadnego bossa, nie wiadomo o co w tej grze chodziło. A dla tych co i tak mają to gdzieś spoiler - po zabiciu 5 szkieletorów heros znajduje magiczne drzwi, które przenoszą go znów na krzesło. Tam okazuje się, że jest żywy i wbiega strażnik krzycząc coś, czego nie słyszę; ale domyślam się, że egzekucja zostaje anulowana. Pozostaje jeszcze pytanie. Jak autorzy to zrobili, że filmiki są z jednej bajki, a sama gra to zupełnie inna opowieść? Ta gra to majstershit. Pamiętam ceny na półkach sklepowych i to była zbrodnia za takie coś. Pamiętam, jak jakieś 9 lat temu stałem w sklepie i chciałem wydać na to pieniądze, ale obok leżało CDA z Wackami. Miałem wtedy cholerny dylemat. Stanęło na tym, że był to mój pierwszy numer CDA, jaki kupiłem. Na Tunguskę wydałem kasę znacznie później.

Copyright (c) Michał Czajkowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.