|
Powracającą tendencją w grach przygodowych jest upodabnianie ich do interaktywnych filmów, poprzez ograniczanie do minimum wszelkich zagadek. Twórcy Medalionu Judasza poszli o krok dalej. Postanowili również zredukować do minimum rolę fabuły.
Dzieło studia Artematica opowiada nam historię Jonathana Dantera - luzackiego dziennikarza. Poznajemy go w momencie, gdy przyjął on zlecenie na przeprowadzenie wywiadu z pewnym bardzo wpływowym kardynałem. Niestety, w wykonaniu tego zadania naszemu bohaterowi przeszkodził telefon ze Scotland Yardu, informujący go o zamordowaniu jego wujka Franka. Wiadomość ta była dla Jonathana o tyle szokująca, że do tej pory sądził iż wujek umarł dziesięć lat temu. Zaskoczony postanawia więc jechać do Londynu, by poznać prawdę. Na miejscu dowiaduje się, że Frank dziesięć lat temu tylko upozorował swoją śmierć. W dodatku był tajnym agentem Watykanu. A teraz gdy zginął naprawdę okazuje się, że w tym samym czasie zginęło też wielu innych agentów. Badając śmierć wuja Jo odkrywa, że niemały udział w całej sprawie mają Templariusze oraz tajemniczy artefakt zwany Medalionem Judasza. By odkryć, kto stoi za zabójstwem Franka oraz w poszukiwaniu Medalionu Judasza wraz z Jonathanem odwiedzimy szereg miast (Londyn, Rzym, Wenecja). Odpowiedzi na nurtujące kwestie pomoże nam odnaleźć Kat - "sexowna" (cudzysłów znajduje się tutaj bynajmniej nie przez pomyłkę, Kat to typowa kobieta nauki z niemodną fryzurą i okularami) tłumaczka starożytnych języków.
Trzeba przyznać, że póki co wszystko wygląda nieźle. Para głównych bohaterów stylizowanych na George'a i Nicole, ich perypetie z Templariuszami świadczą o wzorowaniu się na serii Broken Sword. Motywy z pozorowaniem swojej śmierci, tajemniczymi relikwiami sugerują fascynacje powieścią "Kod Leonarda Da Vinci", a wielowątkowa fabuła wprost zachęca nas do sięgnięcia po ten tytuł. Niestety wszystko wyglądało pięknie tylko w zapowiedziach. Jonathan ma tyle z Gorge'a co Adibos z Adidasa. Niby czasem stara się rzucić luzackim tekstem, ale moim zdaniem jego odzywki są raczej denerwujące niż śmieszne (sytuacje tutaj mógłby poprawić minimalnie polski dubbing, bo aktor podkładający głos Jo w wersji angielskiej jest bardzo słaby). Na dodatek nie można ominąć jego złośliwego komentarza, którym rzuca w momencie, gdy chcemy połączyć dwa nie pasujące do siebie przedmioty. To potrafi być denerwujące. Zwłaszcza, gdy słyszymy ten tekst kilkadziesiąt razy. Z wielowątkowej fabuły również nic nie wyszło. Część kryminalna obecna jest tylko na początku, potem zupełnie zanika, by na końcu zostać wyjaśniona w rozbrajający sposób. Natomiast część dotycząca tajemniczego medalionu jest bardzo uboga w szczegóły i przez to mało pasjonująca. Śledząc rozwój wydarzeń miałem wrażenie, że z gry wyciętych zostało sporo istotnych informacji. Na przykład w pewnym momencie bohater dowiaduje się, że musi jechać do Watykanu by zobaczyć pewien fresk. Dlaczego akurat ten i jak to się ma do sprawy? Niestety twórcy tego nie wyjaśnili. Innym genialnym rozwiązaniem jest tłumaczenie łacińskiej sentencji, której treści nie poznajemy, tylko po to, żeby popchnąć akcję do przodu. Takich "kwiatków" jest w grze niestety więcej.
Jeśli chodzi o warstwę techniczną Belief & Betrayal to klasyczny point and click ze statycznymi tłami i trójwymiarowymi postaciami. Grafika jest mocno średnia jak na standardy dzisiejszych przygodówek, a jej największym minusem są źle dobrane, mdłe kolory, które niestety jeszcze bardziej obrzydzają nam grę. Muzyka, choć przeciętna, jest najlepszym komponentem Belief & Betrayal. Została nagrana przez orkiestrę symfoniczną i może nie jest wybitna, ale też nie przeszkadza w trakcie grania. Nie wspomniałem jeszcze o kamerze, która jest po prostu beznadziejna i bardzo często pokazuje nam obszar pod niewygodnym kątem. Skutkiem tego jest specyficzny rodzaj pixel huntingu, polegający na wyszukiwaniu ogromnym kursorem maleńkich odnośników do kolejnych lokacji.
Na szczęście w kwestii mechaniki gry Artematica pokusiła się o wprowadzenie kilku przydatnych rozwiązań. Pierwsze z nich to sterowanie kilkoma bohaterami naraz. W praktyce wygląda to tak, że nasi bohaterowie w pewnym momencie rozdzielają się, a my możemy przejąć kontrolę nad dowolnym z nich. Gdy ukończymy zadanie przeznaczone dla danej postaci, gra automatycznie przełącza nas na innego bohatera. Przy czym nic nie stoi na przeszkodzie, by przełączyć się na inną postać w momencie, gdy staniemy w martwym punkcie. Druga nowinka to komunikator, służący do wysyłania zdjęć i różnych informacji między bohaterami. Nic rewolucyjnego, taki przydatny gadżet, który jest konieczny w rozdziałach, w których kierujemy kilkoma bohaterami naraz. Trzeci pomysł Artematici to przypisanie specjalnego klawisza na klawiaturze, po wciśnięciu którego pokazują się nam wszystkie aktywne przedmioty. Przydatna rzecz, zwłaszcza w grze, którą od pewnego momentu chcemy już tylko jak najszybciej ukończyć.
Kwintesencją każdej przygodówki są zagadki. Niestety w Belief & Betrayal uświadczymy ich tylko kilka, na dodatek ich poziom jest żenujący. Gra przez to sprawia wrażenie interaktywnego filmu. Opiera się bowiem na schemacie: jedna postać idzie odnaleźć jakiś przedmiot, druga w tym czasie musi z kimś porozmawiać, koniec rozdziału. A że rozdziałów mamy tu tylko sześć, łatwo wywnioskować jak gra jest krótka i nudna.
Podsumowując: Belief & Betrayal to przygodówka niewarta poświęcenia jej czasu. Zamiast tracić na nią sześć godzin swojego życia (taki jest mniej więcej czas rozgrywki) lepiej sięgnąć po wspomnianego wcześniej Broken Sworda, lub przeczytać "Kod Leonarda". Ewentualnie polecam poświęcenie tego czasu na drzemkę. Na pewno wtedy będziecie się lepiej bawić, niż ja grając w Belief & Betrayal.
|