Recenzja - Sam & Max: Sezon 1
Sam & Max: Sezon 1 - recenzja
Aegnor, 21 września 2009
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ Sam i Max wracają w dobrym stylu
+ znakomite dialogi
+ przedni humor
+ wyborna scena psychoanalizy
Wady:
- epizodyczna formuła
- za mało dynamiczna
- czy trójwymiar był konieczny?
Krótko:
Długo oczekiwany sequel jednej z kultowych przygodówek LucasArts. Dobry, ale pozostawia pewien niedosyt.

Policyjny duet oparty na modelu "dobry glina, zły glina" to znany, lubiany i nagminnie stosowany schemat. A skoro dobrym gliną jest przysadzisty pies o imieniu Sam, ubrany według kanonu mody wszystkich prywatnych detektywów, to w roli złego intuicyjnie widzielibyśmy co najmniej jednookiego niedźwiedzia w ćwiekowanej skórzanej kurtce. Nic bardziej mylnego. Zakałą policyjnego fachu jest tu nieduży, szeroko uśmiechnięty biały królik Max. Bez spodni.

Autorem tego nietypowego tandemu jest Steve Purcell, który stworzył go dla żartu, zainspirowany bazgrołami swojego małoletniego brata. Sam i Max od tego czasu zawędrowali na łamy komiksów, na pudełka płatków śniadaniowych i dziesiątki gadżetów, byli też gwiazdami animowanego serialu i mieli swoje 5 minut w dziedzinie komputerowej rozrywki za sprawą ciepło przyjętej gry LucasArts Sam & Max: Hit the Road z 1993 roku. Historia prób stworzenia kontynuacji tamtej gry jest na tyle długa i pełna rozczarowań, że zaczęto przebąkiwać o swoistym fatum. Dopiero studio Telltale Games zdołało je przełamać i to z całkiem niezłym skutkiem - w chwili obecnej są już dostępne dwa kompletne sezony przygód zwariowanego tandemu. Otóż to - sezony - gdyż gra została wydana w formie krótkich, samodzielnych epizodów, dystrybuowanych przez internet (dla konserwatystów pozostawiono także możliwość zamówienia gry na tradycyjnym nośniku). Pisanie o każdym z nich z osobna mijało by się z celem, więc przyjrzyjmy się całej pierwszej serii, na którą składa się 6 odcinków o intrygujących tytułach: Culture Shock, Situation: Comedy, The Mole, the Mob, and the Meatball, Abe Lincoln Must Die!, Reality 2.0 i Bright Side of The Moon.

Na początek mogę uspokoić wielbicieli duetu Sam & Max - ich ulubieni dwaj zgryźliwi krytycy masowej kultury mimo upływu lat zachowali wysoką formę, groteskowe poczucie humoru i cięte języki, nie stracili też nic ze swojego stylu, charakteru i polotu. Gra aż ugina się od ilości wpompowanych w nią gagów, typowych dla jej poprzedniczki. I nie mam na myśli tylko interakcji z innymi postaciami, bo tutaj niemal każdy przedmiot prowokuje zabawne dialogi bohaterów. Trafiają się w Sezonie 1 żarty mocno banalne, brodate, a nawet niesmaczne, jednak w znakomitej większości przyjdzie nam obcować z wysokogatunkowym humorem o silnej nucie absurdu. Trzyma to jako całość wysoki poziom, ale i poprzeczkę znajomości języka angielskiego stawia na podobnym pułapie. Szczególnie Max uwielbia posługiwać się specyficznym slangiem, więc nadążanie za jego tokiem myślenia może być dla przeciętnego gracza znad Wisły kłopotliwe. Mimo to warto spróbować - lingwistyczny wysiłek jest rekompensowany potokami kalamburów, gier słownych i błyskotliwych żartów.

Mniej uzdolnionym językowo odbiorcom przybył z odsieczą polski wydawca, oferując w pakiecie z wersją oryginalną grę w pełni spolonizowaną, w której głosu szurniętemu królikowi użyczył Jarosław Boberek, a jego stateczny kompan buczy barytonem Wojciecha Manna. Postawiono na twórcze i elastyczne tłumaczenie, więc nie powinny nas dziwić nawiązania do naszego telewizyjnego podwórka i swojsko brzmiące nazwiska postaci w rodzaju Mlecza Szczęściaka i Eli Drzazgi. Są to wprawdzie odniesienia skierowane bardziej dla pokolenia z epoki Ryśka z "Klanu" niż Ryszarda Ochódzkiego, ale i dla Szarika czy Klossa miejsce się w grze znalazło. W rezultacie otrzymujemy więc dwie mocno różniące się wersje językowe gry, które powinny zadowolić zarówno zatwardziałych anglosaskich ortodoksów, jak i miłośników młodej polskiej szkoły dubbingu. Lokalizacyjne zabiegi wypadły w większości przypadków znakomicie, a pomysłowość i lekkość translacji stawia Sezon 1 w czołówce przygodówkowych tłumaczeń ostatnich lat - szczególnie trafnie oddano udziwnione słownictwo, jakim posługują się bohaterowie. Co ciekawe, przetłumaczono nie tylko dialogi, ale i wszystkie występujące w grze plakaty, zapiski, szyldy czy znaki drogowe. A w zasadzie prawie wszystkie... Rozmach polonizacji nie zawsze idzie w parze z "techniczną" jakością - zdarzają się niekonsekwencje w tłumaczeniu tych samych elementów w kolejnych epizodach, polskie czcionki diametralnie różniące się od reszty napisu, trochę wypowiedzi pozostawionych w oryginalnej wersji (tekstowej lub dźwiękowej), sektory lokacji nie tknięte ręką tłumacza, a nawet jedna cała plansza pozbawiona dobrodziejstwa polskiego języka. Niestety, im dalej w grę, tym podobnych niedoróbek więcej, co wskazuje na pewien pośpiech w kompletowaniu lokalnego wydania gry. Zastanawia też brak możliwości "kombinowanej" wersji językowej - efekt połączenia angielskojęzycznych głosów z rodzimymi napisami mógłby być interesujący.

Fabuła jest tradycyjnie karykaturalna i dziwaczna, a dramatycznie krótki czas zabawy, jaki oferuje nam każdy z epizodów, sprawia, że nie mam sumienia zdradzać zbyt wielu szczegółów. Zasygnalizuję jedynie, że w toku kolejnych odcinków przyjdzie nam między innymi rozwikłać zagadkę przyblakłych gwiazd programów dziecięcych, stoczyć z pomnikiem Abrahama Lincolna bój o prezydencki fotel, wystąpić w głupawym sitcomie i eliminacjach "Idola", postawić łapę na naturalnym satelicie Ziemi czy spenetrować wirtualną rzeczywistość. Steve Purcell ponownie za cel swojej kpiny wziął szerokie spektrum "fałszywych proroków" naszych czasów - popkulturę, massmedia, psychologiczne zadęcie, telewizyjne gwiazdorstwo, "polityczną kuchnię", teorie spiskowe, sekciarstwo, Web 2.0, sieciowe społeczności. I jak zwykle wyszło mu to pierwszorzędnie. Gagów, słownych kalamburów i parodystycznych nawiązań jest co niemiara, a odkrywanie żartobliwych odniesień jest frajdą samą w sobie. O ile więc do poziomu natężenia humoru trudno zgłaszać jakiekolwiek zastrzeżenia, to już sama fabuła gry jest nieco wątła - twórcy karkołomnie próbowali poszczególne epizody spiąć treściową klamrą ostatniego odcinka, z połowicznym jednak sukcesem. Cóż... rozbudowana i logicznie rozplanowana intryga nigdy nie była mocną stroną przygód Sama i Maxa, nie inaczej jest i tym razem. W tym miejscu dochodzimy do przygodówkowej esencji, czyli zagadek. Nie wygląda to nadzwyczajnie, ale trzyma pewien pułap przyzwoitości. Większość zadań jest banalna i nieszczególnie odkrywcza, ale trafiły się i prawdziwe perełki (jak choćby scena psychoanalizy), które są nie tylko zabawne, ale i pomysłowo rozwiązane. Mimo wszystko mam nadzieję, że twórcy w kolejnych sezonach rozbudują solidnie tę część gry, chociażby kosztem nietrafionych i mało dopracowanych elementów zręcznościowych, obecnych w każdej z odsłon.

Niewiele można zarzucić oprawie graficznej gry - jest barwna, pomysłowa i zbliżona stylem do pierwowzoru. Nie jest tu wprawdzie techniczny majstersztyk, ale nie to było zamierzeniem twórców. Jak się wydaje gra miała być po prostu kolorowa i niezbyt wymagająca sprzętowo. Przesiadka na trójwymiar nie była może najlepszym pomysłem, ale okazała się mniej bolesna niż przypuszczałem. Ze swojej strony preferowałbym bardziej komiksową stylistykę (idealnym rozwiązaniem byłby wracający ostatnio do łask cell-shading), ale nie można mieć wszystkiego. Zauważalnym mankamentem jest za to brak kreskówkowej dynamiki, którą charakteryzowała się poprzednia gra. Przydałoby się nieco "podkręcić" kilka elementów, w szczególności Maxa, który na mój gust jest nieco za mało... nadpobudliwy. Smuci też skromniutki obszar działań, sprowadzający się w zasadzie do jednej, niczym nie wyróżniającej się przecznicy oraz dodatkowej lokacji, innej dla każdego z epizodów. O szalonej wyprawie przez pomyloną Amerykę z jej Największymi Kłębkami Świata i Muzeami Warzywnych Sław musimy więc zapomnieć. Nie spotkamy też zbyt wielu znajomych z pierwszej części gry - na pocieszenie pozostawiono ekscentrycznego sklepikarza Bosco, który z elementu tła awansował tutaj do rangi "pierwszorzędnego bohatera drugoplanowej". A to już spore wyróżnienie, bo ilość postaci w każdym z epizodów możemy policzyć na palcach jednej ręki. Liczebną skromność obsady rekompensuje za to pomysłowość w kreśleniu ich absurdalnych charakterów.

Pod względem muzyki twórcy stanęli na wysokości zadania i zaserwowali nam znakomitą jazzową składankę - swingująca, dynamiczną, stylową i wpadającą w ucho. Tak dobrą, że gracz łapie się na mimowolnym gibaniu w fotelu i pstrykaniu palcami do taktu. Oryginalne głosy postaci prezentują równie wysoki kunszt i powinny zadowolić nawet konserwatywnych fanów, choć przecież nie usłyszymy tu aktorów z Hit the Road ani z kreskówki. Nieco gorzej jest z polskim dubbingiem - wydawca za wszelką cenę starał się uatrakcyjnić grę gwiazdorską obsadą, co nie przełożyło się, niestety, na jakość. W rezultacie apatyczny wokal Wojciecha Manna dokumentnie uśpił postać Sama, a Max w wykonaniu Jarosława Boberka jest wrzaskliwy, irytujący, a przede wszystkim zbyt podobny do Kruka z dyptyku Najdłuższa Podróż. Nieco inne mogą być wrażenia graczy, którzy z tytułowym duetem zatkną się po raz pierwszy już w polskiej wersji językowej, mi jednak udało się do rodzimych głosów postaci co najwyżej przywyknąć. Na szczęście niezbyt trafny dobór lektorów w pewnej mierze rekompensuje wspomniane już wyborne tłumaczenie.

Interfejs jest prosty i intuicyjny, podobny do tego z jakim mieliśmy do czynienia w pierwowzorze. Także i tutaj kierujemy zasadniczo Samem, a Max orbituje wokół niego komentując poczynania w typowy dla siebie sposób, by w razie potrzeby samemu włączyć się do akcji. Nie występuje tu problem z towarzyszem tarasującym dojście do kluczowych przedmiotów, bo Sam w takich wypadkach ciska bezceremonialnie swoim królikowatym kompanem w inny kąt pomieszczenia.

Nie da się ukryć, że reaktywacja Sama i Maxa w świecie gier komputerowych mogłaby być nieco lepsza, bardziej spójna, dynamiczna i spektakularna. Gdzieś pomiędzy palcami twórców uciekło też nieco magii poczciwego pierwowzoru. Mimo to pierwszy sezon ich zmagań ze złem tego świata bez większej przesady można zaliczyć do ekstraklasy humorystycznych przygodówek ostatnich lat oraz dawać za przykład błyskotliwej i twórczej polonizacji. To efekt fachowej, sumiennej pracy zdolnego zespołu deweloperskiego, wsparty dodatkowo poważnym podejściem rodzimego dystrybutora. W efekcie otrzymujemy estetycznie i bogato wydany tytuł, który każdy miłośnik gatunku obdarzony dobrodziejstwem poczucia humoru powinien z radością przywitać na swojej półce oraz twardym dysku.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.