|
|
Barrow Hill: Klątwa Kamiennego Kręgu
|
Jak tylko zobaczyłam fragmenty rozgrywki w jakimś programie telewizyjnym, od razu wiedziałam, że muszę kupić tę grę. Staromodne poruszanie się węzłowe (sztywne poruszanie się z punktu do punktu, niby od "planszy" do "planszy", pozbawione swobody przemieszczenia się po otoczeniu), miejscówki odtworzone z fotografii, boleśnie tanie i kłujące w oczy "animacje" w znieruchomiałym, wydającym niepokojące dźwięki świecie... Stawiam na wyobraźnię i oddziaływanie sugestywne (lepiej przekonywać o istnieniu potwora, niż zepsuć wszystko po prostu go pokazując), a poza tym mam sentyment do "oldschool'a" i opowieści z dreszczykiem, dlatego nie miałam wątpliwości, że będę się przy Barrow Hill dobrze bawić.
I rzeczywiście dostarcza ona wybornej rozrywki - ale tylko pod warunkiem, że podchodzi się do tego z podobnym do mojego nastawieniem: z przymrużeniem oka, zgodą na archaizmy i niskobudżetowe zagrania. Nie trzeba wszak wiele, by stworzyć niepokojącą atmosferę - wystarczy ciemna noc i niespokojne odgłosy powtarzające się z głośników. Twórcy Barrow Hill to wiedzieli. Szkoda tylko, że historia, którą przedstawili, jest żenująco niepoważna. Nie chcę tu niczego zdradzać, ale gdybym opisała jednym zdaniem, o co właściwie się rozchodzi, pozostałoby tylko wybuchnąć śmiechem. I ja się śmiałam.
Ale też cieszyłam się jak dziecko, rozwiązując kolejne zagadki i gromadząc fakty na temat przedziwnego kamiennego kręgu. Podkreślam, że w większości wynikało to z mojego pozytywnego nastawienia i zgody na wszystko, co mi tytuł proponuje, a nie dlatego, że jest to jakaś wybitnie dobra gra.
Bo nie jest. Dałabym jej co najwyżej trzy i pół gwiazdki, dlatego że działa, da się przejść, nie frustruje i potrafi nawet całkiem zaciekawić. Powiem tak - jeśli jesteś fanem point'n'clickowych przygodówek, nie wyobrażam sobie, byś nie zagrał w Barrow Hill. Jak powiedział Bertrand Russell "The time you enjoy wasting is not wasted time".
|
|
|