Recenzja - Dreamweb
Dreamweb - recenzja
Wczorajszy, 17 kwietnia 2011
       [zobacz jak oceniamy gry]

Zalety:
+ klimat
+ muzyka
+ intrygująca historia
Wady:
- zbyt krótka
- potrafi być frustrująca
- kiepskie głosy postaci w wersji CD
Krótko:
Niezwykła pod wieloma względami gra, jednak nie dla każdego.

Ryana od lat nękają powtarzające się nocne koszmary, które stopniowo wyczerpują psychikę mężczyzny. "Czarne dziury" w pamięci wprowadzają dodatkowy niepokój. W ostatnim z koszmarów tajemnicza osoba zwana "opiekunem" zdradza naszemu bohaterowi przyczynę mrocznych wizji. Został wybrany, a jego zadaniem jest zamordowanie siedmiu osób, które zagrażają tytułowemu Dreamweb'owi - bytowi chroniącemu rzeczywisty świat przed wrogimi siłami. Gdy Ryan budzi się u boku swojej partnerki, na granicy obłędu, ubezwłasnowolniony, decyduje się wykonać makabryczne zadanie.

Wielką zaletą i jednocześnie elementem dominującym w Dreamweb jest przytłaczający, mroczny klimat. Oddanie go było chyba największą ambicją twórców i muszę przyznać, że udało im się to wzorowo. Na plus trzeba też zaliczyć bezkompromisowość w przedstawieniu brutalnej rzeczywistości. Efektem ubocznym jest fakt, że gra w momencie premiery była dozwolona od lat 18 i nawet została zakazana w kilku krajach.

Dobrze nakreślone zostały osobowości postaci. Postępowanie głównego bohatera jest spójne z jego charakterem. Styl życia i ostatnie wydarzenia tłumaczą desperację Ryana - człowieka żyjącego w świecie bezwzględnym i zepsutym, dla którego jedynym oparciem jest partnerka Eden i stary kumpel, który jest chyba jeszcze większym wrakiem człowieka. Przed rozpoczęciem gry zdecydowanie polecam przeczytać dołączony do niej "Pamiętnik szaleńca" (oryg. "Diary of a (Mad?) man"). Jest on swego rodzaju prologiem, który wprowadzi do świata Dreamweb i przybliży postać głównego bohatera.

Główną rolę w budowaniu klimatu gry odgrywa muzyka. Mam wrażenie, że bez niej Dreamweb nie byłaby nawet w połowie tak dobra. Graczowi towarzyszą depresyjne i niepokojące utwory skomponowane przez Matta Seldona. W sumie usłyszymy kilkanaście ciekawych motywów, a wśród nich świetne "The Deliverer", "The Dealer", "Like killing Hitler" czy mój ulubiony "Blood-Stained Santa". Co ważniejsze - wszystkie wyśmienicie pasują do tego co dzieje się na ekranie jak i do całej gry. Nawiasem mówiąc, wydana w późniejszym czasie wersja na płycie CD wzbogacona została o dodatkowe utwory (umieszczone poza grą) oraz głosy postaci. Są one jednak tak nieumiejętnie dobrane, a kwestie tak źle odczytywane, że tylko psują zabawę.

Rozgrywka, ze względu na nietypowe rozwiązania, pewnie nie każdemu się spodoba. Po pierwsze, świat gry obserwujemy z góry. Ponadto w odróżnieniu od innych przygodówek możemy zbierać nie tylko te przedmioty, które będą nam potrzebne. W lodówce znajdziemy np. sok i kanapki, w szufladzie sztućce, w łazience mydło, pastę do zębów, szczoteczkę, ręcznik. Nawet pety porozrzucane po podłodze. Jeśli uzmysłowimy sobie, że inwentarz ograniczony jest do trzydziestu miejsc (z czego kilka zajmuje odzież, okulary, obrączka) to zrozumiemy jaki czeka nas ból głowy przy ustalaniu co może się podczas gry przydać, a czego należy się pozbywać. Taka swoboda potrafi być frustrująca. Szczególnie gdy utkniemy w miejscu i chcemy zastosować znaną każdemu miłośnikowi przygodówek ostatnią deskę ratunku - "sprawdzanie wszystkiego na wszystkim".

Na szczęście zadania są łatwe i logiczne. Jeżeli więc już zdarza się utknąć, to powodem jest przede wszystkim kolejna, charakterystyczna właściwość gry - miniaturowość. Ponieważ obszar gry zajmuje około 1/4 powierzchni ekranu (cała reszta jest jedynie dużą, statyczną ramką) wszystko jest tutaj malutkie. W tej 1/4 twórcy zmieścili poszczególne lokacje, w których trafiają się przedmioty o rozmiarze dwóch pikseli. Również ze względu na rzut z góry trudno zauważyć wiele pionowych elementów. Dla ułatwienia mamy lupę, która powiększa nam wybrane miejsca, dzięki czemu możemy precyzyjniej badać otoczenie. Ciekawym rozwiązaniem wspomagającym nieczytelną perspektywę są również rozbudowane opisy, wzorowane na starych grach tekstowych.

Fabuła Dreamweb na pierwszy rzut oka może wydawać się banalna (ponownie mamy ocalić ludzkość), ale moim zdaniem tkwi w niej duży potencjał. I tak jak w przypadku "Obcego: Ósmego pasażera Nostromo" z kolejnej "walki z potworem" zrobiono niezwykły film, tak autorzy Dreamweb umiejętnie podeszli do kwestii ratowania świata. Dali nam wiarygodną postać, w której motywy jesteśmy w stanie uwierzyć. Sposób w jaki Ryan chce osiągnąć cel nie jest z założenia nie do zrealizowania. Nie ma tu żadnego oszustwa... do czasu. No właśnie. Tutaj pojawia się mój problem z oceną gry. Mógłbym powiedzieć, że największym jej mankamentem jest rozwinięcie fabuły. W założeniu karkołomne zadanie stojące przed naszym bohaterem okazuje się być proste i bezproblemowe. Brakuje urozmaicenia i większych przeszkód w dotarciu do naszych, ponoć potężnych wrogów. Z drugiej strony, gdyby założyć, że Ryan jest zwykłym schizofrenikiem, który słyszy głosy nakazujące mu zabijać, wtedy grę można uznać za majstersztyk. Interpretacja Dreamweb nie jest taka oczywista, ale głębszej analizy kilku wątków przytaczał nie będę, żeby nie psuć zabawy. Polecam za to uważnie przyjrzeć się fabule dla wyrobienia sobie własnej opinii.

Podsumowując, Dreamweb jest na pewno grą wartą uwagi. Potrafi sobą zmęczyć, ale też przyciąga towarzyszącym nastrojem i intrygującą historią. Wydaje mi się jednak, że pewną ciężkostrawność wybaczyć mogą jej jedynie miłośnicy cyberpunkowego klimatu. Dla reszty osób będzie on nie do zniesienia.

Copyright (c) Przygodoskop. Wszelkie prawa zastrzeżone.